6-7 czerwca
Ponieważ
wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały że, w bliżej nieokreślonej
przyszłości, może to być ostatnia szansa na wyrwanie się z domu, ruszyliśmy znowu nad morze.
Tym razem w towarzystwie znajomych, którzy świeżo nabyli prawdziwy motocykl i napawają się duchem prawdziwego motocyklizmu
Standardowo, mieliśmy prawie 3-godzinną obsuwę z wyjazdem, ale tym razem byliśmy usprawiedliwieni.
Na szczęście znajomi nie należą do osób które zanadto przejmują się czasomierzami i dogoniliśmy ich w Wałczu.
Standardowo stanęliśmy na posiłek w Starym Drawsku w gospodzie Podzamcze
i ruszyliśmy dalej na północ
przystanek Karlino i ruiny starego spichlerza
później szukaliśmy kolejnych ruin w jakiejś Koziej Wólce(?) nie! Koziej Górze, ale bez powodzenia
trafiliśmy za to do Lubiechowa
skąd drogą przez pola dojechaliśmy do Kłopotowa, ach jak ja lubię takie drogi :-)
no i dotarlismy nad morze
wracaliśmy do Poznania, dzień później, znowu opłotkami
za Świdwinem trafiliśmy na kawę do pałacu w Słonowicach, poznaliśmy trochę jego historii i gościnnego zarządcę
a później już bocznymi drogami, z krótkimi postojami pognaliśmy do obowiązków, jakie czekały na nas w domu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz