sobota, 30 sierpnia 2014

2014 Chorwacja - wyspa Krk



Dzień 1. 15/08/2014 320km
Nadmiar obowiązków sprawił, że pakowanie rozpoczęliśmy dopiero w piątek rano i ruszyliśmy w samo południe. Z założenia chcieliśmy omijać główne drogi więc w Lesznie odbiliśmy na Górę, gdzie pogubiliśmy drogę i wąskimi, malowniczymi i pustymi drogami, całkiem niezamierzenie, wylądowaliśmy w Legnicy. W Bolkowie dopadł nas deszcz, który przeczekaliśmy, po ostrej reprymendzie Ani, pałaszując obiad i przygotowując się do dalszej podróży w mniej atrakcyjnych warunkach pogodowych. W tym czasie ulicami płynęły potoki.
Na szczęście wypogodziło się trochę i ruszyliśmy dalej z zamiarem noclegu, gdzieś przed Hradec Kralove. Przegapiliśmy nasze miejsce docelowe i musieliśmy poszukać noclegu w mieście. Nie była to zła opcja, bo przynajmniej można było liczyć na jakieś wieczorne atrakcje. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że to Czechy i tam po godzinie 20 wszystko wymiera. Miasto piękne, tylko dlaczego takie martwe.







 Dzień 2. 16/08/2014 430km
W nocy znowu padało, w hotelu brak ciepłej wody, ale chyba nikomu oprócz nas to nie przeszkadza, bo recepcjonistka była zaskoczona tym faktem. Podczas śniadania nie żałowałem sobie dokładek ;-)
Ruszyliśmy na południe. W Jihlavie objazdy wyrzuciły nas bocznymi ścieżynami na drogę 602, zamiast na Trest. Kręcąc się uroczymi dróżkami docieramy wreszcie do Telc, które zaskakuje nas swoim pięknem. Dodatkowo trwa jakiś jarmark i co rusz natykamy się na osobników w średniowiecznych strojach. Przerwa robi nam dobrze, wyszło słońce, podsuszamy nasze kurtki, rozgrzewamy się czekoladą. 



W Austrii jak zwykle zanosi się na deszcz. Znowu dopadają nas objazdy i kluczenie bocznymi drogami, ale przynajmniej nie pada. Dopiero koło 17, gdy już jesteśmy w Alpach z nieba zaczyna lecieć, na szczęście nie jest to ulewa. Szkoda, bo trasa robi się coraz bardziej urokliwa, widoki powalają, majestat gór zmusza do pokory. Zresztą droga też, nawet 16% zjazdy czy podjazdy, serpentyny… Zaczynamy powoli przemarzać i czas pomyśleć o noclegu. Wąską Landstrasse L713 docieramy pod Trieben, gdzie zatrzymujemy się u pierwszej napotkanej Bauerki.
 







Dzień 3. 17/08/2014 400km
Poranne słońce wyciąga esencję kolorów, z tego co mamy za oknem. Jest pięknie. Ruszamy około 9,30 ciesząc się widokami. W końcu w górach pogoda potrafi zmienić się momentalnie. 


Jedziemy drogą 114 i mam takiego banana na twarzy, jak już dawno nie. Czasem tylko zastanawiam się, czy Ania z tyłu nie potrzebuje już reanimacji. Niepotrzebnie skręcam na L514. Po pierwsze nie grzeje nas już słońce, po drugie, po kilkunastu km zaczynamy tańczyć na drobnym żwirku, który grubą warstwą zalega na asfalcie. Wreszcie wracamy na główniejszą drogę i mamy już dość bocznych ścieżek. Kupujemy pierwszą i jedyną winietkę i pędzimy do Klagenfurtu. 



Czekają nas jeszcze inne kraje. Po drodze mamy przełęcz Loibl, która Anię przyprawia o palpitacje. A przecież mieliśmy jechać pierwotnie drogą 882, która na satelicie wygląda na dużo bardziej krętą. 

W navi mamy wbitą opcje omijania autostrad i tak kierujemy się na Ljubljanę. Po drodze tylko jeszcze krótki postój na kawę, na trawniku przy opuszczonej gospodzie. Tam zrzucamy wreszcie niepotrzebne podpinki, robi się ciepło, a nas za chwile czeka zwiedzanie. 

Ljubljana to taka trochę mała Wenecja. Zachwyca pięknem, przeraża cenami. 



Po godzinnym zwiedzaniu, wiemy że w tym mieście nie będziemy głodni, więc wsiadamy na rumaka i kierujemy się na Kocevje, i w kierunku granicy SLO-CRO i dalej Delnice. 

Wciąż omijając autostrady, drogą nr 3 i 501 dojeżdżamy ok. 19 do wyspy Krk. O tej porze nie ma co szukać sensownego lokum, więc decydujemy się na noc na campingu. Okazuje się to nie takie łatwe, bo np. w Malinskiej zawalony turystami. Wreszcie znajdujemy miejsce w Glavotok. Wprawdzie panie z obsługi są mało pomocne, ale dość szybko znajdujemy kawałek wolnego placu dla siebie. Czas na jakiś porządny posiłek, bo ostatni był jeszcze w Polsce. Siadamy na tarasie campingowej restauracji i wcinamy słuszne porcje w cenach niższych niż nad polskim morzem. To chwilowe rozluźnienie kosztuje nas możliwość skorzystania z ciepłego prysznica, które są o 22 zamykane. Pozostaje więc prysznic zimny i zakopanie się w śpiworach.




Dzień 4. 18/08/2014
Zwijamy obozowisko po śniadaniu, z zamiarem znalezienie jakiegoś stałego dachu nad głową. 

Prognozy nie są optymistyczne i przyda się pokój czy małe studio, na te kilka dni. Będąc nad morzem lubimy przetrzeń więc odpada północna i wschodnia część wyspy. W zasadzie jedynym sensownym wyborem wydaje się Stara Baśka. Tam też podążamy przez Krk i Punat. Ania wprawdzie optuje za większą Baśką, ale udaje mi się spacyfikować jej pomysły. Po krótkich poszukiwaniach i różnych propozycjach decydujemy się na pokój u dziadka Ivana. Urocze miejsce z meblami art-deco, widokiem na morze i malutkim tarasem, w sam raz na poranne posiłki.
Po zrzuceniu bambetli idziemy na plażę, zanurzyć się wreszcie w wodach Adriatyku. Wieczorem jedziemy na zakupy do Krk i obiad w Punat. Droga z Punat do Starej Baśki rzuca na kolana, na razie, dla mnie numer 1.! Ale ja mało w życiu widziałem ;-) W ciągu najbliższych kilku dni pokonam ją wielokrotnie i za każdym razem zachwyca mnie widokami jakie oferuje.



Dzień 5. 19/08/2014
Odsypiamy podróż i dzień zaczynamy ok. 10. Niestety niebo zachmurzone, coś tam kapie. Z racji aury pada propozycja wycieczki pieszej do Baśki przez góry. Pierwszy odcinek dość trudny, ponieważ stroma ścieżka zbudowana jest z luźnych kamieni. 



Po drodze mijamy owce, nas mijają niemieccy turyści, perspektywa się poszerza, a na szczycie sycimy oczy widokami. Kolejne km są łatwiejsze bo wiodą płaskowyżem. 







Niestety jak się weszło to trzeba kiedyś zejść i nasze kolana dostają w kość. Będąc już na dole łapiemy okazję do centrum samej Baski. Pierwsze wrażenie z miasteczka to turystyczny moloch naszpikowany komercją. Dopiero później, kierując się w stronę portu, miasteczko zyskuje. Stare kamieniczki, wąskie uliczki, wiszące w oknach pranie. Podróż powrotna przez góry nie wchodzi w grę. Decydujemy się na jedyne dostępne rozwiązanie czyli autostop. I tak na raty, stosunkowo szybko docieramy pod drzwi naszego domu. Pomocni okazują się i przesympatyczni Chorwaci i na końcu Włosi. 







Po krótkim plażowaniu wsiadamy na motocykl i wracamy do Baśki na obiad. Nad lądem błyskają pioruny, na wyspie na szczęście nie spada ani kropla, a ja dostaję opieprz, że za pewnie się czuje na zakrętach.
 
Dzień 6. 20/08/2014
Po plażowaniu jedziemy do Krk na obiad. Niestety krążące wokół wyspy burze nie pozwalają nam cieszyć się spokojem. Decydujemy wcześniej wrócic do domu co okazuje się słuszne. Chwile później rozpętuje się piekło, które trwa do godzin porannych.




Dzień 7. 21/08/2014
Dziś w planie zwiedzanie Vrbnik. Miasteczko może i urokliwe jednak jakoś przytłacza. Gubimy się co rusz w wąskich uliczkach. Ja mam skojarzenie z „Piknikiem pod wiszącą skałą”. Wracamy do Krk. Niestety tym razem radość jedzenia psuje nam informacja, że młody został potrącony przez samochód. Ania w nerwach, bo na miejscu nie ma nikogo dorosłego, kto mógłby zajrzeć do chłopaków. Na szczęście sytuacja wydaje się być opanowana i było więcej strachu.






Dzień 8. 22/08/2014
Wracamy na odkryte poprzedniego dnia skałki i cieszymy się skokami na głęboka wodę. Wieczorem nawiedzamy Malińską, gdzie dokonujemy zakupu ostatnich gadżetów na prezenty.





Dzień 9. 23/08/2014 410km
Niestety czas zwijać mandżur i ruszać do domu. Cały Kverner w łzach, że mamy go opuścić. Pada deszcz, mruczą burze. W jakimś chwilowym okienku bez deszczu ruszamy. 


Do Malińskiej dojeżdżamy szybko, by tam utknąć w 15km korku do mostu. Początkowo nieśmiało przeskakuję po kilka aut, aż wyprzedza nas grupa Austriaków. Od tej pory nie ma przebacz. Jedziemy równo środkiem obojętnie czy mijają się osobówki, kampery czy ciężarówki. Opuszczamy wyspę i znowu pniemy się w kierunku Delnice. Niestety pogoda się nie poprawia. Jesteśmy na tyle wysoko w górach, że co rusz wjeżdżamy w jakąś chmurę, zaczyna też padać. W Kupjak odpuszczamy sobie i decydujemy się na dalszą podróż autostradą A6. Z widoków nie skorzystamy w tych warunkach i tak, a może uda się opuścić ten front pogodowy. Na autostradzie już regularnie leje. Co więcej wszystkie stacje benzynowe i towarzyszące im bary zawalone wracającymi z urlopów turystami. Wreszcie udaje nam się gdzieś usiąść i wlać w siebie coś ciepłego. Rozważamy opcję noclegu w Zagrzebiu, może poprawi się do jutra pogoda. Oczywiście, gdy mijamy Zagrzeb nie pada, więc pędzimy autobahną dalej. Mamy jeden pewny nocleg w Keszthely, ale Ania optuje by odbić bardziej na północ. Do Wiednia czy Bratysławy i tak nie damy rady dojechać. Wybór pada na Szombathely, chyba że wcześniej padniemy. Przed Słowenią zjeżdżamy z autostrady i drogami na Varażdin, Ćakovec, kierujemy się na Mursko Srediśće. Na przejściu SLO-HU pogranicznik widząc jak z nas leci woda macha tylko ręką, żeby jechać dalej. Docieramy w końcu do Szombathely, gdzie znowu z nieba lecą potoki wody. Okazuje się, że w mieście trwa jakiś jarmark ludowy i wszystkie hotele są zajęte. Udaje nam się trafić do pensjonatu, w którym jest ostatni wolny pokój i zakręcona właścicielka coś tam dukająca po niemiecku, ale najlepiej jednak jej się włada madziarskim. Niemniej ma tyle pozytywnej w sobie energii, że bez problemu się „dogadujemy” nie rozumiejąc ani słowa. Znowu obiad w postaci turystycznej, bo na zewnątrz nawet nie ma co próbować wyjść. Deszczu nam wystarczy na dziś.

Dzień 10. 24/08/2014
Budzi nas słońce. HURRRAAA!!! Przemoczone ciuchy nie dały rady wyschnąć przez noc. Na szczęście podpinki wciąż dają radę i my pozostaliśmy susi. Ruszamy na kawę do Wiednia. Przeschniemy po drodze. 




Niestety zaczyna mocno wiać co daje się nam obojgu we znaki. W Wiedniu parkujemy na starym mieście i ruszamy w kierunku katedry św. Szczepana. Kawa w pobliskiej jadłodajni jest niedobra, jedzenie też takie sobie. Spada krótka ulewa, lecz my jesteśmy schowani po parasolami. 



Ruszamy dalej, na szczęście wypogodziło się. Bezsensownie krążę po Brnie nie mogąc się zdecydować czy słuchać navi czy kierować drogowskazami. Tracimy przez to pół godziny. Wreszcie bocznymi drogami jedziemy na północ. Do Polski mamy około 150km, ale nie wiemy czy nocować będziemy po naszej stronie. Dojeżdzamy około 20 do Śumperk licząc na znalezienie jakiegoś noclegu. Miejscowość sprawia wrażenie większej, jednak odbijamy się od drzwi około 6 hosteli, moteli czy pensjonatów. Wszystko pozamykane, ulice jak to w Czechach wymarłe. Pod Grand Hotelem zaczepia nas kobieta i po krótkiej wymianie zdań każe jechać za sobą. Ania coraz bardziej przerażona, bo wyjeżdżamy z miasta, mijamy kolejne wioski i wjeżdżamy w góry. Na dworze ciemno, zimno, a my nie wiemy gdzie jedziemy. Uspokajam ją, że znalazł się dobry człowiek, który chce pomóc, to należy się cieszyć, a nie panikować. Trafiamy do klimatycznego Bikers Hotelu w Sobotin. Motocykl dostaje garaż, więc nie trzeba wszystkiego tachać na górę, a my pijemy gorącą herbatę w barze, gdzie właściciel robi sobie podśmiechujki z motocyklistów, którzy nie kończą dnia Jackiem Danielsem. Mamy na to wyrąbane, bo ważne że jest gdzie spać i jest ciepła woda.




Dzień 11. 25/08/2014 420km
Opuszczamy Czechy przez Boboszów. Po tankowaniu w Międzylesiu kierujemy się na drogę 389 do Kudowy Zdrój. Droga jest w katastrofalnym stanie. Resztki asfaltu, wielkie dziury. A miało być tak pięknie. W końcu wypadamy na autostradę sudecką z nowymi dywanikami. Skręcamy na Duszniki, aby za Szczytną uciec z zatłoczonej E67 na Karłów. Wróciliśmy na drogi, gdzie 5 lat temu zaczęliśmy naszą przygodę z podróżami motocyklowymi. Miała to być taka wisienka na torcie naszej wyprawy, choć po odcinku Nowa Ruda – Dzierżoniów, Ania stwierdziła, że mam już chyba tort wiśniowy. Dodatkowo za Dzierżoniowem remontowana jest trasa do Łagiewnik i ciągle mamy  jakieś objazdy. W końcu decydujemy uciec wiejskimi drogami przez Oleszną do Jordanowa. To była dobra decyzja bo wypadamy tuż przed końcem ostatniego zwężenia trasy E67 do Wrocławia. Dalej pędzimy już do domu z krótkim postojem na obiad w Psarach i przed 19 lądujemy w domu.









Podsumowanie:
W sumie przejechaliśmy 2760km, z czego ok.2500km to była podróż tam i z powrotem. Motocykl mimo, że nie ma wielkiej mocy spisywał się świetnie, zarówno na prostych drogach jak i górskich serpentynach.  Nie zawiódł nas nigdy.
Możemy powiedzieć, że jesteśmy gotowi na dalekie podróże. Oprócz jakichś podstawowych narzędzi, wszystko inne okazało się potrzebne. Niestety najbardziej przeciwdeszczowe podpinki. Praktycznie udałoby się ominąć płatne drogi gdyby nie deszcz.