Dzień 1. 15/08/2014 320km
Nadmiar obowiązków sprawił, że
pakowanie rozpoczęliśmy dopiero w piątek rano i ruszyliśmy w samo południe. Z
założenia chcieliśmy omijać główne drogi więc w Lesznie odbiliśmy na Górę,
gdzie pogubiliśmy drogę i wąskimi, malowniczymi i pustymi drogami, całkiem
niezamierzenie, wylądowaliśmy w Legnicy. W Bolkowie dopadł nas deszcz, który
przeczekaliśmy, po ostrej reprymendzie Ani, pałaszując obiad i przygotowując
się do dalszej podróży w mniej atrakcyjnych warunkach pogodowych. W tym czasie
ulicami płynęły potoki.
Na szczęście wypogodziło się
trochę i ruszyliśmy dalej z zamiarem noclegu, gdzieś przed Hradec Kralove.
Przegapiliśmy nasze miejsce docelowe i musieliśmy poszukać noclegu w mieście.
Nie była to zła opcja, bo przynajmniej można było liczyć na jakieś wieczorne
atrakcje. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że to Czechy i tam po godzinie 20
wszystko wymiera. Miasto piękne, tylko dlaczego takie martwe.
Dzień 2. 16/08/2014 430km
W nocy znowu padało, w hotelu
brak ciepłej wody, ale chyba nikomu oprócz nas to nie przeszkadza, bo
recepcjonistka była zaskoczona tym faktem. Podczas śniadania nie żałowałem
sobie dokładek ;-)
Ruszyliśmy na południe. W
Jihlavie objazdy wyrzuciły nas bocznymi ścieżynami na drogę 602, zamiast na
Trest. Kręcąc się uroczymi dróżkami docieramy wreszcie do Telc, które zaskakuje
nas swoim pięknem. Dodatkowo trwa jakiś jarmark i co rusz natykamy się na
osobników w średniowiecznych strojach. Przerwa robi nam dobrze, wyszło słońce,
podsuszamy nasze kurtki, rozgrzewamy się czekoladą.
W Austrii jak zwykle zanosi
się na deszcz. Znowu dopadają nas objazdy i kluczenie bocznymi drogami, ale
przynajmniej nie pada. Dopiero koło 17, gdy już jesteśmy w Alpach z nieba
zaczyna lecieć, na szczęście nie jest to ulewa. Szkoda, bo trasa robi się coraz
bardziej urokliwa, widoki powalają, majestat gór zmusza do pokory. Zresztą
droga też, nawet 16% zjazdy czy podjazdy, serpentyny… Zaczynamy powoli
przemarzać i czas pomyśleć o noclegu. Wąską Landstrasse L713 docieramy pod
Trieben, gdzie zatrzymujemy się u pierwszej napotkanej Bauerki.
Dzień 3. 17/08/2014 400km
Poranne słońce wyciąga esencję
kolorów, z tego co mamy za oknem. Jest pięknie. Ruszamy około 9,30 ciesząc się
widokami. W końcu w górach pogoda potrafi zmienić się momentalnie.
Jedziemy
drogą 114 i mam takiego banana na twarzy, jak już dawno nie. Czasem tylko
zastanawiam się, czy Ania z tyłu nie potrzebuje już reanimacji. Niepotrzebnie skręcam
na L514. Po pierwsze nie grzeje nas już słońce, po drugie, po kilkunastu km
zaczynamy tańczyć na drobnym żwirku, który grubą warstwą zalega na asfalcie.
Wreszcie wracamy na główniejszą drogę i mamy już dość bocznych ścieżek.
Kupujemy pierwszą i jedyną winietkę i pędzimy do Klagenfurtu.
Czekają nas
jeszcze inne kraje. Po drodze mamy przełęcz Loibl, która Anię przyprawia o
palpitacje. A przecież mieliśmy jechać pierwotnie drogą 882, która na satelicie
wygląda na dużo bardziej krętą.
W navi mamy wbitą opcje omijania autostrad i
tak kierujemy się na Ljubljanę. Po drodze tylko jeszcze krótki postój na kawę,
na trawniku przy opuszczonej gospodzie. Tam zrzucamy wreszcie niepotrzebne
podpinki, robi się ciepło, a nas za chwile czeka zwiedzanie.
Ljubljana to taka
trochę mała Wenecja. Zachwyca pięknem, przeraża cenami.
Po godzinnym
zwiedzaniu, wiemy że w tym mieście nie będziemy głodni, więc wsiadamy na rumaka
i kierujemy się na Kocevje, i w kierunku granicy SLO-CRO i dalej Delnice.
Wciąż
omijając autostrady, drogą nr 3 i 501 dojeżdżamy ok. 19 do wyspy Krk. O tej
porze nie ma co szukać sensownego lokum, więc decydujemy się na noc na
campingu. Okazuje się to nie takie łatwe, bo np. w Malinskiej zawalony
turystami. Wreszcie znajdujemy miejsce w Glavotok. Wprawdzie panie z obsługi są
mało pomocne, ale dość szybko znajdujemy kawałek wolnego placu dla siebie. Czas
na jakiś porządny posiłek, bo ostatni był jeszcze w Polsce. Siadamy na tarasie
campingowej restauracji i wcinamy słuszne porcje w cenach niższych niż nad
polskim morzem. To chwilowe rozluźnienie kosztuje nas możliwość skorzystania z
ciepłego prysznica, które są o 22 zamykane. Pozostaje więc prysznic zimny i
zakopanie się w śpiworach.
Dzień 4. 18/08/2014
Prognozy nie są
optymistyczne i przyda się pokój czy małe studio, na te kilka dni. Będąc nad
morzem lubimy przetrzeń więc odpada północna i wschodnia część wyspy. W
zasadzie jedynym sensownym wyborem wydaje się Stara Baśka. Tam też podążamy
przez Krk i Punat. Ania wprawdzie optuje za większą Baśką, ale udaje mi się
spacyfikować jej pomysły. Po krótkich poszukiwaniach i różnych propozycjach
decydujemy się na pokój u dziadka Ivana. Urocze miejsce z meblami art-deco,
widokiem na morze i malutkim tarasem, w sam raz na poranne posiłki.
Dzień 5. 19/08/2014
Odsypiamy podróż i dzień
zaczynamy ok. 10. Niestety niebo zachmurzone, coś tam kapie. Z racji aury pada
propozycja wycieczki pieszej do Baśki przez góry. Pierwszy odcinek dość trudny,
ponieważ stroma ścieżka zbudowana jest z luźnych kamieni.
Po drodze mijamy
owce, nas mijają niemieccy turyści, perspektywa się poszerza, a na szczycie
sycimy oczy widokami. Kolejne km są łatwiejsze bo wiodą płaskowyżem.
Niestety
jak się weszło to trzeba kiedyś zejść i nasze kolana dostają w kość. Będąc już
na dole łapiemy okazję do centrum samej Baski. Pierwsze wrażenie z miasteczka
to turystyczny moloch naszpikowany komercją. Dopiero później, kierując się w stronę
portu, miasteczko zyskuje. Stare kamieniczki, wąskie uliczki, wiszące w oknach
pranie. Podróż powrotna przez góry nie wchodzi w grę. Decydujemy się na jedyne
dostępne rozwiązanie czyli autostop. I tak na raty, stosunkowo szybko docieramy
pod drzwi naszego domu. Pomocni okazują się i przesympatyczni Chorwaci i na
końcu Włosi.
Po krótkim plażowaniu wsiadamy na motocykl i wracamy do Baśki na
obiad. Nad lądem błyskają pioruny, na wyspie na szczęście nie spada ani kropla,
a ja dostaję opieprz, że za pewnie się czuje na zakrętach.
Dzień 6. 20/08/2014
Po plażowaniu jedziemy do Krk na
obiad. Niestety krążące wokół wyspy burze nie pozwalają nam cieszyć się
spokojem. Decydujemy wcześniej wrócic do domu co okazuje się słuszne. Chwile
później rozpętuje się piekło, które trwa do godzin porannych.
Dzień 7. 21/08/2014
Dziś w planie zwiedzanie Vrbnik.
Miasteczko może i urokliwe jednak jakoś przytłacza. Gubimy się co rusz w
wąskich uliczkach. Ja mam skojarzenie z „Piknikiem pod wiszącą skałą”. Wracamy
do Krk. Niestety tym razem radość jedzenia psuje nam informacja, że młody
został potrącony przez samochód. Ania w nerwach, bo na miejscu nie ma nikogo
dorosłego, kto mógłby zajrzeć do chłopaków. Na szczęście sytuacja wydaje się
być opanowana i było więcej strachu.
Dzień 8. 22/08/2014
Wracamy na odkryte poprzedniego
dnia skałki i cieszymy się skokami na głęboka wodę. Wieczorem nawiedzamy
Malińską, gdzie dokonujemy zakupu ostatnich gadżetów na prezenty.
Dzień 9. 23/08/2014 410km
Niestety czas zwijać mandżur i
ruszać do domu. Cały Kverner w łzach, że mamy go opuścić. Pada deszcz, mruczą
burze. W jakimś chwilowym okienku bez deszczu ruszamy.
Do Malińskiej dojeżdżamy
szybko, by tam utknąć w 15km korku do mostu. Początkowo nieśmiało przeskakuję
po kilka aut, aż wyprzedza nas grupa Austriaków. Od tej pory nie ma przebacz.
Jedziemy równo środkiem obojętnie czy mijają się osobówki, kampery czy
ciężarówki. Opuszczamy wyspę i znowu pniemy się w kierunku Delnice. Niestety
pogoda się nie poprawia. Jesteśmy na tyle wysoko w górach, że co rusz wjeżdżamy
w jakąś chmurę, zaczyna też padać. W Kupjak odpuszczamy sobie i decydujemy się
na dalszą podróż autostradą A6. Z widoków nie skorzystamy w tych warunkach i
tak, a może uda się opuścić ten front pogodowy. Na autostradzie już regularnie
leje. Co więcej wszystkie stacje benzynowe i towarzyszące im bary zawalone
wracającymi z urlopów turystami. Wreszcie udaje nam się gdzieś usiąść i wlać w
siebie coś ciepłego. Rozważamy opcję noclegu w Zagrzebiu, może poprawi się do
jutra pogoda. Oczywiście, gdy mijamy Zagrzeb nie pada, więc pędzimy autobahną
dalej. Mamy jeden pewny nocleg w Keszthely, ale Ania optuje by odbić bardziej
na północ. Do Wiednia czy Bratysławy i tak nie damy rady dojechać. Wybór pada
na Szombathely, chyba że wcześniej padniemy. Przed Słowenią zjeżdżamy z
autostrady i drogami na Varażdin, Ćakovec, kierujemy się na Mursko Srediśće. Na
przejściu SLO-HU pogranicznik widząc jak z nas leci woda macha tylko ręką, żeby
jechać dalej. Docieramy w końcu do Szombathely, gdzie znowu z nieba lecą potoki
wody. Okazuje się, że w mieście trwa jakiś jarmark ludowy i wszystkie hotele są
zajęte. Udaje nam się trafić do pensjonatu, w którym jest ostatni wolny pokój i
zakręcona właścicielka coś tam dukająca po niemiecku, ale najlepiej jednak jej
się włada madziarskim. Niemniej ma tyle pozytywnej w sobie energii, że bez
problemu się „dogadujemy” nie rozumiejąc ani słowa. Znowu obiad w postaci
turystycznej, bo na zewnątrz nawet nie ma co próbować wyjść. Deszczu nam
wystarczy na dziś.
Dzień 10. 24/08/2014
Budzi nas słońce. HURRRAAA!!!
Przemoczone ciuchy nie dały rady wyschnąć przez noc. Na szczęście podpinki
wciąż dają radę i my pozostaliśmy susi. Ruszamy na kawę do Wiednia.
Przeschniemy po drodze.
Niestety zaczyna mocno wiać co daje się nam obojgu we
znaki. W Wiedniu parkujemy na starym mieście i ruszamy w kierunku katedry św.
Szczepana. Kawa w pobliskiej jadłodajni jest niedobra, jedzenie też takie
sobie. Spada krótka ulewa, lecz my jesteśmy schowani po parasolami.
Ruszamy
dalej, na szczęście wypogodziło się. Bezsensownie krążę po Brnie nie mogąc się
zdecydować czy słuchać navi czy kierować drogowskazami. Tracimy przez to pół
godziny. Wreszcie bocznymi drogami jedziemy na północ. Do Polski mamy około
150km, ale nie wiemy czy nocować będziemy po naszej stronie. Dojeżdzamy około
20 do Śumperk licząc na znalezienie jakiegoś noclegu. Miejscowość sprawia
wrażenie większej, jednak odbijamy się od drzwi około 6 hosteli, moteli czy
pensjonatów. Wszystko pozamykane, ulice jak to w Czechach wymarłe. Pod Grand
Hotelem zaczepia nas kobieta i po krótkiej wymianie zdań każe jechać za sobą.
Ania coraz bardziej przerażona, bo wyjeżdżamy z miasta, mijamy kolejne wioski i
wjeżdżamy w góry. Na dworze ciemno, zimno, a my nie wiemy gdzie jedziemy.
Uspokajam ją, że znalazł się dobry człowiek, który chce pomóc, to należy się
cieszyć, a nie panikować. Trafiamy do klimatycznego Bikers Hotelu w Sobotin.
Motocykl dostaje garaż, więc nie trzeba wszystkiego tachać na górę, a my pijemy
gorącą herbatę w barze, gdzie właściciel robi sobie podśmiechujki z
motocyklistów, którzy nie kończą dnia Jackiem Danielsem. Mamy na to wyrąbane,
bo ważne że jest gdzie spać i jest ciepła woda.
Dzień 11. 25/08/2014 420km
Opuszczamy Czechy przez Boboszów.
Po tankowaniu w Międzylesiu kierujemy się na drogę 389 do Kudowy Zdrój. Droga
jest w katastrofalnym stanie. Resztki asfaltu, wielkie dziury. A miało być tak
pięknie. W końcu wypadamy na autostradę sudecką z nowymi dywanikami. Skręcamy
na Duszniki, aby za Szczytną uciec z zatłoczonej E67 na Karłów. Wróciliśmy na
drogi, gdzie 5 lat temu zaczęliśmy naszą przygodę z podróżami motocyklowymi.
Miała to być taka wisienka na torcie naszej wyprawy, choć po odcinku Nowa Ruda
– Dzierżoniów, Ania stwierdziła, że mam już chyba tort wiśniowy. Dodatkowo za
Dzierżoniowem remontowana jest trasa do Łagiewnik i ciągle mamy jakieś objazdy. W końcu decydujemy uciec
wiejskimi drogami przez Oleszną do Jordanowa. To była dobra decyzja bo wypadamy
tuż przed końcem ostatniego zwężenia trasy E67 do Wrocławia. Dalej pędzimy już
do domu z krótkim postojem na obiad w Psarach i przed 19 lądujemy w domu.
Podsumowanie:
W sumie przejechaliśmy 2760km, z czego ok.2500km to była podróż tam i z powrotem. Motocykl mimo, że nie ma wielkiej mocy spisywał się świetnie, zarówno na prostych drogach jak i górskich serpentynach. Nie zawiódł nas nigdy.
Możemy powiedzieć, że jesteśmy gotowi na dalekie podróże. Oprócz jakichś podstawowych narzędzi, wszystko inne okazało się potrzebne. Niestety najbardziej przeciwdeszczowe podpinki. Praktycznie udałoby się ominąć płatne drogi gdyby nie deszcz.






