czwartek, 30 września 2021

2021 Bałkany

PROLOG

Plany były różne. Jak to w naszym wypadku najważniejszy plan to wyjechać. Miała być Serbia, a wyszła Albania. Przygotowania do podróży jak zwykle z dupy. W międzyczasie okazuje się, że dość nieoczekiwanie zmieniam motocykl i pod domem, na tydzień przed wyjazdem, ląduje Yamaha Tenere T7, którą muszę przygotować do podróży. Motocykl Ani wymaga nowej opony przedniej, bo obecna mogłaby nie przeżyć tak długiej podróży, a względy bezpieczeństwa są dla mnie ważne. Wymieniamy też z Anią płyn hamulcowy, który… nikt nie wie ile miał już lat. Pierwszy raz w życiu, ale udało się nie zapowietrzyć układu.

30/07/2021

Na szczęście pakowanie zaczęliśmy już wcześniej, ale zanim wyruszyliśmy i tak zrobiło się po 19. Nie wiedzieliśmy gdzie dojedziemy, ważne było żeby za Wrocław. Szybki przelot zmusił nas do tankowania jeszcze przed Wrocławiem, gdzie ogarnęliśmy nocleg w Dzierżoniowie. Była już 21 a godzina drogi przed nami, więc na koń i jedziemy. W Łagiewnikach na światłach Ania trafia na plamę oleju, co kończy się upadkiem i połamanym deflektorem. Na szczęście to jedyne straty.

31/07/2021

Dzisiejszy plan to przebić się przez Czechy, Słowację i znaleźć nocleg na Węgrzech w okolicach Székesfehérvár. Po sutym śniadaniu i odkręceniu resztek deflektora wsiadamy na motocykle i ruszamy jeszcze przed 9 rano. 

Na ostatniej stacji w PL spotykamy motocyklistę na T7, który podobnie jak ja, dopiero co ją odebrał. Zamieniamy parę uwag, wypijamy kawę i gnamy dalej, przez Svitavy na Brno. Ruch jest spory, co chwile roboty drogowe, więc wleczemy się niemiłosiernie. W końcu przed Brnem wpadamy na autostradę, którą ciągniemy aż pod Gyor na Węgrzech. Jak na razie wszystkie granice przelatujemy bez żadnych kontroli. Jadąc bocznymi już drogami zatrzymujemy się na stacji obok jakiejś knajpy. Niestety odmawiają nam obsługi, bo nie mamy rezerwacji. Dobrze to nie wróży w temacie noclegu. Do celu mamy około 1h, więc Ania zaczyna przebąkiwać żeby pociągnąć dalej do Chorwacji pod Osijek. To kolejne 200km dalej, a nie chcę żebyśmy się przeforsowali. W Székesfehérvár udaje się zjeść obiad i sprawdzamy możliwości noclegu w HU i CRO. Do granicy damy rade dojechać, ale nie wiemy jaka sytuacja na samej granicy, tym bardziej, że doniesienia z granic CRO mamy mało pocieszające. 21,30 dojeżdżamy do Udvar. Na szczęście nie ma wielkiej kolejki, rezerwujemy szybko nocleg 20km dalej i chwile po 22 meldujemy się w B&B Ana. Bierzemy prysznic, Ania dostaje lampkę wina i wciąż niedowierzamy, że daliśmy radę przejechać 710km jednego dnia.








01/08/2021


Dzisiejsza trasa do Sarajewa to w sumie kilometrowo niewiele. Mamy się tam spotkać z naszymi przyjaciółmi. Zanim zebraliśmy się od Any i ruszyliśmy w trasę zrobiła się 11,30 ale przynajmniej mieliśmy już zarezerwowany nocleg. Droga do Sarajewa okazała się sporym wyzwaniem, choć było to tylko 270km. W Chorwacji jechało się sprawnie, granica w sumie też, a potem zaczął się ciąg wiosek, miasteczek i samochodów. Temperatura momentami osiągała +41°C . W Sarajewie pierwszy zgrzyt gdy okazało się że nocleg jest w innym miejscu niż wskazał booking. Za chwilę nerwowa wymiana zdań z właścicielem, bo zaparkowaliśmy na bardzo stromej uliczce i Ania miała problem żeby ruszyć, czy zsiąść. Apartament też nie okazał się tak super jak wskazywały na to opisy czy nawet opinie. W końcu dobiliśmy do naszych przyjaciół i wspólnie pozwiedzaliśmy historyczne centrum miasta z targiem Baščaršija.



02/08/2021

O 10,15 ruszamy do Mostaru. 

Sporo czasu zajmuje nam przebicie się przez Sarajewo. W połowie drogi robimy postój na uzupełnienie płynów i nasze śniadanie. Przerwa była potrzebna. Widoki z drogi na Jablanicko jezero i później Neretwę są urocze. Mostar choć niebyt duży robi wrażenie. Niestety również pozostałościami po wojnie, która skończyła się ponad 20 lat temu. Szkielety ostrzelanych budynków widać nie tylko na obrzeżach miasta ale i w centrum. Słynny most, rzeka Neretva i starówka są piękne. Dzięki koronawirusowi nie ma tłumów i można spokojnie zwiedzać. Decydujemy się na kąpiel w rzece i wycieczkę motorówką pod mostem. Wspinamy się na minaret by z góry popodziwiać miasteczko z jego atrakcjami. 





































Do Sarajewa wracamy koło 21 , żegnamy z naszymi przyjaciółmi, którzy zaczynają swoją drogą powrotną, a my idziemy na ostatnią bosnacka kaffe.



03/08/2021

Noc była niespokojna, nie mamy coś szczęścia przy wyborze lokum. W apartamencie jest duszno, klaustrofobicznie, bez możliwości otwarcia okna. Budzimy się około 8,30 i powoli zbieramy do wyjazdu. Droga do Gorażdże początkowo jest łatwa. Później przestaje być już tak lajtowo. Ostrymi serpentynami pniemy się w górę. Początkowo mijamy jednego samotnego GS, później jeszcze jeden samochód i to wszystko na starej drodze M5. Pierwszy postój robimy na wzgórzu z którego ostrzeliwano miasto, a potem zatrzymujemy się na śniadanie przy moście nad Driną. 










Po posiłku ruszamy na Pluzine, przeprawiając się w Foca na drugą stronę rzeki. No i zaczyna się hardcore. Droga wąska, miejscami brakuje na dłuższych odcinkach asfaltu, trudno wymijać samochody. Wpadamy nagle na małe przejście graniczne Hum w Scepan Polje. Przejazd wąskim drewnianym granicznym mostkiem nad Tarą, z luźnymi lub brakującymi deskami, pozostawia niezatarte wrażenie. 

Wjeżdżamy do Czarnogóry i widoki z miejsca nas powalają. Piękna droga wiedzie przez wykute w skale tunele brzegiem rzeki Piva. Jesteśmy zachwyceni, urzeczeni… brak słów. 





Tankujemy w Pluzine i wracamy na słynną drogę P14 ze skrzyżowaniem w skalnym tunelu. To trasa która od lat była moim marzeniem. Zaczynamy piąć się w górę i z każdym zakrętem jest coraz piękniej. Po prostu petarda. Drogą czasem ida wypasające się owce, konie, czasem walczą na niej młode byczki. Ruch niewielki, motocyklistów jak na lekarstwo. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna tego miejsca. Wiemy że tam jeszcze wrócimy. Wybieramy najdłuższą drogę przez Trsa do Żabljaka i nie żałujemy żadnego kilometra. Momentami wiedzie takimi półkami skalnymi że zaczynam odczuwać lęk wysokości, którego przecież nie mam.


























W końcu dłuższy postój na obiad w Żabljaku i rezerwujemy nocleg nad mostem Durdevica nad rzeką Tara.



04/08/2021

Po tym co doświadczyliśmy wczoraj most już nie robi takiego wrażenia. Jemy śniadanie, pakujemy się i ruszamy wzdłuż Tary w kierunku Mojkovic. Droga ładna, ale wczorajszych wrażeń nie przebije. Za Mojković odbijamy w kierunku stolicy, Podgoricy. No i przestaje być fajnie. Spory ruch, upał, spaliny, robi się nużąco.

Gnamy w kierunku Albanii nie mając planu co dalej. Na granicy tracimy około godziny, karnie stojąc w kolejce na patelni. Dopiero grupa 4 motocyklistów z Węgier, która na bezczela ominęła kolejkę ośmiela nas i powielamy ich manewr, żeby nie zdechnąć w tym upale. Ruch w Albanii nie przypomina tego co znamy z innych bałkańskich krajów. Bliższy jest azjatyckiemu chaosowi, ale po pierwszym szoku szybko się ogarniamy i dostosowujemy. Jazda pod prąd, na skrót przez rondo, nie powinna zaskakiwać, w tym kraju Mercedesów. Robimy przerwę w Schengjin próbując znaleźć jakiś nocleg. Niestety bez sukcesu więc lecimy dalej w kierunku Durres, gdzie udaje się zarezerwować hotel. Po szybkiej kąpieli, na lekko wsiadamy na motocykl i zjeżdżamy do miasta coś zjeść. Zrobiła się 22, a my tylko o porannym omlecie.


05/08/2021

Hotel jest położony na wzgórzu i mamy super widok na całe Durres i morze. Przy śniadaniu spotykamy francuza, który objeżdża swoim KTM całą Europę, jadąc do Trójmiasta do swojej polskiej żony. Okazuje się, że też jedzie dzisiaj do Sarandy na południu Albanii. Początkowo droga daje się we znaki silnym wiatrem, ale jest w miarę pusto i dwupasmówka. Przez Vlorę przebijamy się korkami szybko, korzystając z naszych wietnamskich doświadczeń. Za Orikum droga SH8 zaczyna dostarczać podobnych wrażeń widokowych jak P14 w Durmitorze. Urok psuje tłok, wyziewy starych diesli, a przejazd przez miasteczka wymaga sporo uwagi. W końcu udaje się dotrzeć do celu, Sarandy, gdzie czekają na nas z apartamentem przyjaciele. Po rozpakowaniu i koniecznych ablucjach idziemy na miasto. Tłumy, jazgot z knajp przeraża. Na szczęście mieszkamy na uboczu i nas bezpośrednio nie będzie to dotyczyć.




















06-12/08/2021

W Sarandzie spędzamy kilka dni. Za dużo. Niestety jest to podyktowane naszymi niedyspozycjami. Trochę plażujemy, trochę zwiedzamy, trochę odchorowujemy, co opóźnia nasz wyjazd. Klimat tego miejsca nam nie odpowiada. Urzeka nas za to Gjirokastra, miasto srebrnych dachów z potężnym zamkiem górującym nad nim. Odwiedzamy też Syri Kalter, czyli źródła Blue Eye, oraz największe stanowisko archeologiczne w Butrint.



























12/08/2021

Pierwotny plan wyjazdu w środę spalił na panewce, ponieważ oboje ciężko odchorowaliśmy wtorkową kolację i środę mieliśmy wyciętą z życiorysu. Skorzystaliśmy z polisy, teleporady, transgranicznej recepty i skończyło się na antybiotykach. 

nasze tradycyjne albańskie śniadanie, i to nie jest ten serek w pudełku 

Mimo osłabienia, odwodnienia i przemianowaniu Sarandy na Srandę, decydujemy się na podróż w czwartek. Nie spodziewam się ze daleko dojedziemy w naszym stanie. Unikamy zatłoczonej nadmorskiej SH8 i przebijamy się przez góry w kierunku na Gjirokastrę. Zwiedzamy po drodze Tepelenę z mostem Alego Paszy, ponoć najdłuższym w Albanii. Tepelena to już drugie miasto, które robi dobre wrażenie, w przeciwieństwie do nadmorskich kurortów. Jakże odmienny tu klimat, życie płynie spokojniej, ludzie bardziej przyjaźni. Żegnamy się z naszymi przyjaciółmi i zaczynamy podróż na północ.

















Szkoda, że nasze niedyspozycje nas uziemiły na tyle że musimy odpuścić sobie wschodnią część Albanii. Tradycyjnie na wysokości Milot zaczynają się korki, które ciągną się do końca naszej dzisiejszej drogi. Mamy już dość i kawałek przed Shkodrą zatrzymujemy się na jakiś lekki posiłek, żeby nie nadwyrężyć naszych zmasakrowanych żołądków. Ania znajduje fajny hotel 20km dalej i to jedyna rozsądna opcja. Niestety znowu stajemy w gigantycznym korku, który ciągnie się następne 6km. Ponieważ jest już ciemno, a to Albania nie podejmujemy ryzyka jazdy środkiem. Do hotelu trafiamy, ale wykończona Ania wymięka na ostatnim podjeździe, co mnie szczególnie nie dziwi. I tak ją podziwiam, bo jest bardzo dzielna po naszych przebojach. Hotel okazuje się strzałem w 10, w dodatku stosunkowo niedrogi. Po ogarnięciu się i uzupełnieniu płynów wskakujemy do hotelowego basenu z widokiem na dolinę rzeki Buna i ruiny weneckiego zamku Rozafy. 

13/08/2021

Wieczorna kąpiel kończy się dla mnie katarem.

IMG_0449.JPEG
na szczęście zdarzały się też takie śniadania

20210813_093946.jpg
20210813_093927.jpg
20210813_093903.jpg

Dzisiejszy plan to dojechać do Kotoru. 160km nie brzmi może zbyt ambitnie, ale zależy mi żeby dojechać od strony Cetinje, a po drodze zobaczyć jeszcze Stari Bar. Granicę AL-MNE zdobywamy dość szybko omijając ciągnący się do niej kilkukilometrowy korek.

00040324.JPG

00530331.JPG

to nie śnieg, to popiół - pożar w Czarnogórze

Różnica między tymi dwoma krajami jest widoczna od razu. Większy porządek, inna kultura jazdy, znowu jest pięknie i gęby nam się cieszą. Bar z oddali trochę przeraża, ale na szczęście Ania zauważa drogowskaz na Stari Bar i szybko opuszczamy korek. Podjeżdżamy pod twierdzę i popełniam błąd , próbując sprawdzić co jest wyżej. Po 300m odpuszczam stając na stromej, wąskiej uliczce. Dobrze że Ania nie pojechała za mną. Ja się motam z z załadowanym motocyklem próbując go nawrócić.  No szczęście operacja obywa się bez przygód choć momentami miałem pełne galoty. Robimy przerwę na uzupełnieni płynów, lody, kilka zdjęć.

DSC08479.JPG

DSC08482.JPG

DSC08483.JPG

DSC08485.JPG

DSC08493.JPG

Lecimy dalej na Cetinje. Skracam drogę tunelem Sozina i przeprawiamy się przez góry. Mój OSMAND wyznaczył trasę własnymi ścieżkami przez Gornji Brčeli i Utrg, na której jest podejrzanie wąsko, dziurawo i brakuje drogowskazów do naszego punktu pośredniego. Jeśli dalej tak będzie wyglądać droga P1 to nie zazdroszczę nie tylko Ani ale i sobie. 

03180343.JPG03240344.JPG

DSC08496.JPG

DSC08498.JPG

03430348.JPG

03440349.JPG

03460350.JPG

04060354.JPG

04060355.JPG

04070357.JPG

W końcu ścieżyna wypluwa nas na główną drogę M2.3 Budva-Podgorica. Tankujemy w Cetinje motocykle i siebie i zaczynamy zjazd drogą na której każdy zakręt zapiera dech w piersiach. Ania wniebowzięta, ja też. Trasa okazuje się porządną drogą z dobrym asfaltem, więc nie jest tak wymagająca jak się spodziewałem, a Ania radzi sobie świetnie. Zresztą trudy wynagradzają widoki. 

DSC08502.JPG

DSC08504.JPG

DSC08506.JPG

DSC08509.JPG

DSC08510.JPG

DSC08514.JPG

DSC08515.JPG

DSC08517.JPG

DSC08522.JPG

DSC08527.JPG

W końcu docieramy do Kotoru i podejmujemy decyzję o noclegu. Poza murami twierdzy znajdujemy tani hotelik, bierzemy prysznic i  idziemy na miasto. Tu naprawdę czujemy się dobrze. Nie ma łomotu muzyki, z zagłuszających się wzajemnie knajp, są uliczni grajkowie, muzyka na żywo w knajpach, grane standardy jazzowe lub rockowe, nikt się nie ściga kto głośniej. Jemy wspaniały obiad, włóczymy naszym zwyczajem i cieszymy miejscem.  

DSC08533.JPG

DSC08534.JPG

DSC08543.JPG

DSC08548.JPG

DSC08552.JPG

DSC08565.JPG

DSC08567.JPG

DSC08578.JPG

DSC08580.JPG

DSC08582.JPG

DSC08588.JPG

DSC08616.JPG

DSC08627.JPG

DSC08634.JPG

DSC08638.JPG

14-16/08/2021

Znowu mało ambitnie bo tylko 180km. Kolejny przystanek to półwysep Peljesac i wioska Żuljana w Chorwacji. Objeżdżamy Bokę Kotorską, z krótkim postojem w Perast.


Później w każdym miasteczku napotykamy na korki. W pewnym momencie tubylcowi stojącemu za nami zrobiło się chyba nas żal i klaksonem i ruchem ręki zachęcił nas ominięcia korka i pojechania środkiem. Chwała mu za to! Dzięki temu udaje się trochę przyspieszyć naszą podróż. Robimy ostatnie tankowanie za EUR i za moment opuszczamy MNE.


Pod chorwacką granicą znowu stoją auta w korkach, ale bezczelnie przebijamy się na sam początek. W ten sposób ośmielamy prażących się na tej patelni motocyklistów z Francji, co dla nas jest swoistym odwdzięczeniem za pomoc w korkach przed Herceg Novi. Pogranicznik jak słyszy o celu naszej podróży od razu wdaje się z nami w pogawędkę o Peljesac i zaczyna polecać miejsca do odwiedzenia. W Chorwacji czujemy się jak u siebie. Mijamy pusty (sic!) Dubrovnik, trochę żałując że nie mamy już sił na jego odwiedzenie w motocyklowym rynsztunku. Dziwnie wyglądają te puste mury wcześniej tętniące życiem i tabunami przewalających się turystów.


Dojeżdżamy wykończeni do Żuljany i decydujemy na pole namiotowe. Milion Star Hotel to jedyna dostępna opcja, ale nie żałujemy. Właścicielka jest przeurocza, pole jest starym gajem oliwnym, dookoła są winnice, a zaplecze sanitarne mimo że skromne to zawsze czyste i zaopatrzone. Jest też mały sklepik z warzywami, owocami z własnego ogródka i winem z własnej winnicy. Odpoczywamy tutaj 2 dni zanim ruszymy dalej. Co gorsza w tym miejscu kończy mi się plan dalszej podróży, jest tylko zarys by dojechać do Rijeki. Biwakując w Żuljanie poświęcamy jeden dzień na plażowanie i kąpiele w ciepłej zatoce, a drugiego wsiadamy na motocykl i popołudniu jedziemy do Orebic.

a ja się przejmowałem stanem bieżnika w wieśniaku














 

17/08/2021

Długo zbieramy się z pola bo jakoś nam się nie spieszy. W końcu ruszamy koło południa zaopatrzywszy się uprzednio w wino u naszej gospodyni. Trasa wije się leniwie aż za Mali Ston wypadamy znowu na D8 czyli Jadrankę. Widoki przepiękne, wszędzie pełno winnic, jest zielono, a upał tak bardzo nam nie dokucza, bo łamiemy nasze zasady i kurtki motocyklowe leżą pod siatką na motocyklu. Nie wiemy gdzie dojedziemy, ale liczymy na nocleg w Rogoźnicy. Mój plan nie do końca się udaje i lądujemy znowu na polu namiotowym, gdzie z opresji późnej pory ratują nas górale z Podhala, podpowiadając, gdzie dobrze i szybko można zjeść.















18/08/2021

Rano szybko się pakujemy, dziękujemy za pomoc sąsiadom i jedziemy zjeść śniadanie w urokliwym Primosten. Dzisiejszy dzień to taka podróż sentymentalna. Jedziemy przez miejsca, które znamy od lat. Zatrzymujemy się w Pakostane, w którym kilkanaście lat temu zaczęła się nasza przygoda i zauroczenie Chorwacją. Niestety plan noclegu w Rijece jest nieosiągalny. Miasto okazuje się białą plamą w portalach noclegowych. Czeka nas znowu nocleg w Million Star Hotel. Po minięciu Zadaru jedziemy wzdłuż Vinodolski Kanal. Dojeżdżamy do Senj, ale camping na który liczyliśmy niestety jest pełen i musimy szukać czegoś poza miastem. Kolejny nie odpowiada Ani. W końcu, 6km za Senj udaje się rozbić na nowym polu dla kamperów. Mamy zacienione stanowisko z widokiem na morze, nowe zaplecze sanitarne i wszędzie daleko. Ania rozbija namiot gdy ja ogarniam motocykle i bagaże, wbijamy się w cywilne ciuchy i wracamy do miasteczka na kolację i zrobić zakupy na śniadanie. Po przebojach z Sarandy miałem obiekcje czy będę w stanie zjeść jeszcze grillowane kalmary, ale podjąłem ryzyko i nie pożałowałem. Na szczęście urazu nie mam. Dopchałem się jeszcze cevapi których nie zjadła Ania i wróciliśmy do namiotu, po męczącym dniu jazdy, momentami w porywistym wietrze. Na szczęście trudy wciąż wynagradzały widoki z drogi.














19/08/2021

Plażujemy i zbieramy siły przed powrotem do domu. Woda nie jest już tak ciepła jak na południu, ale słońce wciąż praży, co pozwoli utrwalić naszą opaleniznę. Robimy też wstępne plany kolejnych etapów podróży. Po plażowaniu i kolejnych kąpielach w zatoce Kvaerner jedziemy do Novi Vinodolski na obiad.

20/08/2021

Rano sprawnie pakujemy mandżur i wsiadamy na motocykle. Tym razem kurtki lądują na naszych ramionach. Oczywiście nadal omijamy autostrady więc ciągniemy wybrzeżem prawie pod Rijekę. W cafe Melina wypijamy ostatnią chorwacką kawę i jemy ostatnie lody, by za chwilę zacząć się wspinać w kierunku Gorne Jelenjie i Delnice, by przekroczyć granicę HR-SLO w Brod na Kupi. Trasa przez Słowenię jest nużąca. Spory ruch nie bardzo pozwala cieszyć się widokami. Omijamy Ljubljanę i kierujemy się na przełącz Ljoblj, a tam… kilkukilometrowy korek. Na pałę mijamy samochody od czasu do czasu chowając się, gdy jedzie coś z naprzeciwka. Docieramy do tunelu, który jest przyczyną korku. Długi czas czekamy na zielone światło, które pozwoli przejechać na drugą stronę góry, żeby wjechać do Austrii. No i zaczyna się ostry zjazd serpentynami w dół. Droga momentami ma nachylenie 17%, a średnio 14%. Do Klagenfurtu docieramy wykończeni i szukamy miejsca, gdzie można coś zjeść. Wszędzie kawiarnie, lodziarnie, a restauracji jak na lekarstwo i oblegane. W końcu udaje się usiąść i zaczynamy poszukiwania noclegu.  W mieście nic nie ma. W końcu udaje się znaleźć coś za z trudem akceptowalną cenę 70km dalej. Wsiadamy na motocykle i jak w to w Austrii zaczyna padać. Uciekamy spod chmury i OSMAND prowadzi do celu swoimi ścieżkami. W połowie drogi przełączam się na googlemaps i gnamy do Gasthofu najprostszą możliwą drogą. Zmęczeni meldujemy się przed 22 i padamy w pościeli.













21/08/2021

Dzisiaj przewidujemy tylko jazdę. Po wczorajszej nauczce, nocleg w CZ zarezerwowałem wcześniej w Havlickuv Brod. Spokojnym tempem, alpejskimi asfaltami, podziwiając widoki kierujemy się na północ. Nad Dunajem robimy sobie przerwę na lody, a kolejny przystanek z obiadem w urokliwym Telc. Stamtąd mamy już godzinę drogi do naszego celu. Po zalogowaniu się w hotelu idziemy na miasto, które o dziwo nie jest wymarłe, jak większość czeskich miast po godzinie 20.



22/08/2021

Ruszamy do Polski o 10. Prognozy nie są optymistyczne, ale przez Czechy udaje się przejachać sucho. Deszcz dopada nas w Bolkowie (to już taka tradycja, prawie jak Austria) i nie odpuszcza aż do samego końca. W Legnicy motocykl Ani zaczyna świrować i gaśnie jej wyświetlacz. Okazuje się też że nie działają kierunki i światło stop. Zamieniamy się miejscami i asekuruję jej tyły sygnalizując nasze manewry. Pomimo deszczu nie odpuszczamy i koło 17 prawie pod samym domem stajemy na obiad u Ukraińców. Godzinę później, przemoczeni parkujemy motocykle pod domem.




Przejechaliśmy 4917km.