PROLOG
Plany były różne. Jak to w naszym
wypadku najważniejszy plan to wyjechać. Miała być Serbia, a wyszła Albania.
Przygotowania do podróży jak zwykle z dupy. W międzyczasie okazuje się, że dość
nieoczekiwanie zmieniam motocykl i pod domem, na tydzień przed wyjazdem, ląduje
Yamaha Tenere T7, którą muszę przygotować do podróży. Motocykl Ani wymaga nowej
opony przedniej, bo obecna mogłaby nie przeżyć tak długiej podróży, a względy
bezpieczeństwa są dla mnie ważne. Wymieniamy też z Anią płyn hamulcowy, który…
nikt nie wie ile miał już lat. Pierwszy raz w życiu, ale udało się nie
zapowietrzyć układu.
30/07/2021
Na szczęście pakowanie zaczęliśmy już wcześniej, ale zanim wyruszyliśmy i tak zrobiło się po 19. Nie wiedzieliśmy gdzie dojedziemy, ważne było żeby za Wrocław. Szybki przelot zmusił nas do tankowania jeszcze przed Wrocławiem, gdzie ogarnęliśmy nocleg w Dzierżoniowie. Była już 21 a godzina drogi przed nami, więc na koń i jedziemy. W Łagiewnikach na światłach Ania trafia na plamę oleju, co kończy się upadkiem i połamanym deflektorem. Na szczęście to jedyne straty.
31/07/2021
Dzisiejszy plan to przebić się przez Czechy, Słowację i znaleźć nocleg na Węgrzech w okolicach Székesfehérvár. Po sutym śniadaniu i odkręceniu resztek deflektora wsiadamy na motocykle i ruszamy jeszcze przed 9 rano.
Na ostatniej stacji w PL spotykamy motocyklistę
na T7, który podobnie jak ja, dopiero co ją odebrał. Zamieniamy parę uwag,
wypijamy kawę i gnamy dalej, przez Svitavy na Brno. Ruch jest spory, co chwile
roboty drogowe, więc wleczemy się niemiłosiernie. W końcu przed Brnem wpadamy na
autostradę, którą ciągniemy aż pod Gyor na Węgrzech. Jak na razie wszystkie
granice przelatujemy bez żadnych
kontroli. Jadąc bocznymi już drogami zatrzymujemy się na stacji obok jakiejś knajpy.
Niestety odmawiają nam obsługi, bo nie mamy rezerwacji. Dobrze to nie wróży w
temacie noclegu. Do celu mamy około 1h, więc Ania zaczyna przebąkiwać żeby
pociągnąć dalej do Chorwacji pod Osijek. To kolejne 200km dalej, a nie chcę
żebyśmy się przeforsowali. W Székesfehérvár udaje się zjeść obiad i sprawdzamy
możliwości noclegu w HU i CRO. Do granicy damy rade dojechać, ale nie wiemy
jaka sytuacja na samej granicy, tym bardziej, że doniesienia z granic CRO mamy
mało pocieszające. 21,30 dojeżdżamy do Udvar. Na szczęście nie ma wielkiej
kolejki, rezerwujemy szybko nocleg 20km dalej i chwile po 22 meldujemy się w
B&B Ana. Bierzemy prysznic, Ania dostaje lampkę wina i wciąż niedowierzamy,
że daliśmy radę przejechać 710km jednego dnia.
01/08/2021
Dzisiejsza trasa do Sarajewa to w sumie kilometrowo niewiele. Mamy się tam spotkać z naszymi przyjaciółmi. Zanim zebraliśmy się od Any i ruszyliśmy w trasę zrobiła się 11,30 ale przynajmniej mieliśmy już zarezerwowany nocleg. Droga do Sarajewa okazała się sporym wyzwaniem, choć było to tylko 270km. W Chorwacji jechało się sprawnie, granica w sumie też, a potem zaczął się ciąg wiosek, miasteczek i samochodów. Temperatura momentami osiągała +41°C . W Sarajewie pierwszy zgrzyt gdy okazało się że nocleg jest w innym miejscu niż wskazał booking. Za chwilę nerwowa wymiana zdań z właścicielem, bo zaparkowaliśmy na bardzo stromej uliczce i Ania miała problem żeby ruszyć, czy zsiąść. Apartament też nie okazał się tak super jak wskazywały na to opisy czy nawet opinie. W końcu dobiliśmy do naszych przyjaciół i wspólnie pozwiedzaliśmy historyczne centrum miasta z targiem Baščaršija.
02/08/2021
Sporo czasu zajmuje nam przebicie się przez Sarajewo. W połowie drogi robimy postój na uzupełnienie płynów i nasze śniadanie. Przerwa była potrzebna. Widoki z drogi na Jablanicko jezero i później Neretwę są urocze. Mostar choć niebyt duży robi wrażenie. Niestety również pozostałościami po wojnie, która skończyła się ponad 20 lat temu. Szkielety ostrzelanych budynków widać nie tylko na obrzeżach miasta ale i w centrum. Słynny most, rzeka Neretva i starówka są piękne. Dzięki koronawirusowi nie ma tłumów i można spokojnie zwiedzać. Decydujemy się na kąpiel w rzece i wycieczkę motorówką pod mostem. Wspinamy się na minaret by z góry popodziwiać miasteczko z jego atrakcjami.
Do Sarajewa wracamy koło 21 ,
żegnamy z naszymi przyjaciółmi, którzy zaczynają swoją drogą powrotną, a my
idziemy na ostatnią bosnacka kaffe.
03/08/2021
04/08/2021
Po tym co doświadczyliśmy wczoraj most już nie robi takiego wrażenia. Jemy śniadanie, pakujemy się i ruszamy wzdłuż Tary w kierunku Mojkovic. Droga ładna, ale wczorajszych wrażeń nie przebije. Za Mojković odbijamy w kierunku stolicy, Podgoricy. No i przestaje być fajnie. Spory ruch, upał, spaliny, robi się nużąco.
Gnamy w kierunku Albanii nie mając planu co dalej. Na granicy tracimy około godziny, karnie stojąc w kolejce na patelni. Dopiero grupa 4 motocyklistów z Węgier, która na bezczela ominęła kolejkę ośmiela nas i powielamy ich manewr, żeby nie zdechnąć w tym upale. Ruch w Albanii nie przypomina tego co znamy z innych bałkańskich krajów. Bliższy jest azjatyckiemu chaosowi, ale po pierwszym szoku szybko się ogarniamy i dostosowujemy. Jazda pod prąd, na skrót przez rondo, nie powinna zaskakiwać, w tym kraju Mercedesów. Robimy przerwę w Schengjin próbując znaleźć jakiś nocleg. Niestety bez sukcesu więc lecimy dalej w kierunku Durres, gdzie udaje się zarezerwować hotel. Po szybkiej kąpieli, na lekko wsiadamy na motocykl i zjeżdżamy do miasta coś zjeść. Zrobiła się 22, a my tylko o porannym omlecie.
05/08/2021
Hotel jest położony na wzgórzu i
mamy super widok na całe Durres i morze. Przy śniadaniu spotykamy francuza,
który objeżdża swoim KTM całą Europę, jadąc do Trójmiasta do swojej polskiej
żony. Okazuje się, że też jedzie dzisiaj do Sarandy na południu Albanii.
Początkowo droga daje się we znaki silnym wiatrem, ale jest w miarę pusto i
dwupasmówka. Przez Vlorę przebijamy się korkami szybko, korzystając z naszych
wietnamskich doświadczeń. Za Orikum droga SH8 zaczyna dostarczać podobnych
wrażeń widokowych jak P14 w Durmitorze. Urok psuje tłok, wyziewy starych
diesli, a przejazd przez miasteczka wymaga sporo uwagi. W końcu udaje się
dotrzeć do celu, Sarandy, gdzie czekają na nas z apartamentem przyjaciele. Po
rozpakowaniu i koniecznych ablucjach idziemy na miasto. Tłumy, jazgot z knajp
przeraża. Na szczęście mieszkamy na uboczu i nas bezpośrednio nie będzie to
dotyczyć.
06-12/08/2021
W Sarandzie spędzamy kilka dni.
Za dużo. Niestety jest to podyktowane naszymi niedyspozycjami. Trochę
plażujemy, trochę zwiedzamy, trochę odchorowujemy, co opóźnia nasz wyjazd. Klimat
tego miejsca nam nie odpowiada. Urzeka nas za to Gjirokastra, miasto srebrnych
dachów z potężnym zamkiem górującym nad nim. Odwiedzamy też Syri Kalter, czyli
źródła Blue Eye, oraz największe stanowisko archeologiczne w Butrint.
12/08/2021
Pierwotny plan wyjazdu w środę spalił na panewce, ponieważ oboje ciężko odchorowaliśmy wtorkową kolację i środę mieliśmy wyciętą z życiorysu. Skorzystaliśmy z polisy, teleporady, transgranicznej recepty i skończyło się na antybiotykach.
nasze tradycyjne albańskie śniadanie, i to nie jest ten serek w pudełkuMimo osłabienia, odwodnienia i przemianowaniu Sarandy na Srandę, decydujemy się na podróż w czwartek. Nie spodziewam się ze daleko dojedziemy w naszym stanie. Unikamy zatłoczonej nadmorskiej SH8 i przebijamy się przez góry w kierunku na Gjirokastrę. Zwiedzamy po drodze Tepelenę z mostem Alego Paszy, ponoć najdłuższym w Albanii. Tepelena to już drugie miasto, które robi dobre wrażenie, w przeciwieństwie do nadmorskich kurortów. Jakże odmienny tu klimat, życie płynie spokojniej, ludzie bardziej przyjaźni. Żegnamy się z naszymi przyjaciółmi i zaczynamy podróż na północ.
Szkoda, że nasze niedyspozycje nas uziemiły na tyle że musimy odpuścić sobie wschodnią część Albanii. Tradycyjnie na wysokości Milot zaczynają się korki, które ciągną się do końca naszej dzisiejszej drogi. Mamy już dość i kawałek przed Shkodrą zatrzymujemy się na jakiś lekki posiłek, żeby nie nadwyrężyć naszych zmasakrowanych żołądków. Ania znajduje fajny hotel 20km dalej i to jedyna rozsądna opcja. Niestety znowu stajemy w gigantycznym korku, który ciągnie się następne 6km. Ponieważ jest już ciemno, a to Albania nie podejmujemy ryzyka jazdy środkiem. Do hotelu trafiamy, ale wykończona Ania wymięka na ostatnim podjeździe, co mnie szczególnie nie dziwi. I tak ją podziwiam, bo jest bardzo dzielna po naszych przebojach. Hotel okazuje się strzałem w 10, w dodatku stosunkowo niedrogi. Po ogarnięciu się i uzupełnieniu płynów wskakujemy do hotelowego basenu z widokiem na dolinę rzeki Buna i ruiny weneckiego zamku Rozafy.
13/08/2021
Wieczorna kąpiel kończy się dla mnie katarem.
na szczęście zdarzały się też takie śniadaniaDzisiejszy plan to dojechać do Kotoru. 160km nie brzmi może zbyt ambitnie, ale zależy mi żeby dojechać od strony Cetinje, a po drodze zobaczyć jeszcze Stari Bar. Granicę AL-MNE zdobywamy dość szybko omijając ciągnący się do niej kilkukilometrowy korek.
to nie śnieg, to popiół - pożar w CzarnogórzeRóżnica między tymi dwoma krajami jest widoczna od razu. Większy porządek, inna kultura jazdy, znowu jest pięknie i gęby nam się cieszą. Bar z oddali trochę przeraża, ale na szczęście Ania zauważa drogowskaz na Stari Bar i szybko opuszczamy korek. Podjeżdżamy pod twierdzę i popełniam błąd , próbując sprawdzić co jest wyżej. Po 300m odpuszczam stając na stromej, wąskiej uliczce. Dobrze że Ania nie pojechała za mną. Ja się motam z z załadowanym motocyklem próbując go nawrócić. No szczęście operacja obywa się bez przygód choć momentami miałem pełne galoty. Robimy przerwę na uzupełnieni płynów, lody, kilka zdjęć.
Lecimy dalej na Cetinje. Skracam drogę tunelem Sozina i przeprawiamy się przez góry. Mój OSMAND wyznaczył trasę własnymi ścieżkami przez Gornji Brčeli i Utrg, na której jest podejrzanie wąsko, dziurawo i brakuje drogowskazów do naszego punktu pośredniego. Jeśli dalej tak będzie wyglądać droga P1 to nie zazdroszczę nie tylko Ani ale i sobie.
W końcu ścieżyna wypluwa nas na główną drogę M2.3 Budva-Podgorica. Tankujemy w Cetinje motocykle i siebie i zaczynamy zjazd drogą na której każdy zakręt zapiera dech w piersiach. Ania wniebowzięta, ja też. Trasa okazuje się porządną drogą z dobrym asfaltem, więc nie jest tak wymagająca jak się spodziewałem, a Ania radzi sobie świetnie. Zresztą trudy wynagradzają widoki.
W końcu docieramy do Kotoru i podejmujemy decyzję o noclegu. Poza murami twierdzy znajdujemy tani hotelik, bierzemy prysznic i idziemy na miasto. Tu naprawdę czujemy się dobrze. Nie ma łomotu muzyki, z zagłuszających się wzajemnie knajp, są uliczni grajkowie, muzyka na żywo w knajpach, grane standardy jazzowe lub rockowe, nikt się nie ściga kto głośniej. Jemy wspaniały obiad, włóczymy naszym zwyczajem i cieszymy miejscem.
14-16/08/2021
Znowu mało ambitnie bo tylko 180km. Kolejny przystanek to półwysep Peljesac i wioska Żuljana w Chorwacji. Objeżdżamy Bokę Kotorską, z krótkim postojem w Perast.
Później w każdym miasteczku napotykamy na korki. W pewnym momencie tubylcowi stojącemu za nami zrobiło się chyba nas żal i klaksonem i ruchem ręki zachęcił nas ominięcia korka i pojechania środkiem. Chwała mu za to! Dzięki temu udaje się trochę przyspieszyć naszą podróż. Robimy ostatnie tankowanie za EUR i za moment opuszczamy MNE.
Pod chorwacką granicą znowu stoją auta w korkach, ale bezczelnie przebijamy się na sam początek. W ten sposób ośmielamy prażących się na tej patelni motocyklistów z Francji, co dla nas jest swoistym odwdzięczeniem za pomoc w korkach przed Herceg Novi. Pogranicznik jak słyszy o celu naszej podróży od razu wdaje się z nami w pogawędkę o Peljesac i zaczyna polecać miejsca do odwiedzenia. W Chorwacji czujemy się jak u siebie. Mijamy pusty (sic!) Dubrovnik, trochę żałując że nie mamy już sił na jego odwiedzenie w motocyklowym rynsztunku. Dziwnie wyglądają te puste mury wcześniej tętniące życiem i tabunami przewalających się turystów.Dojeżdżamy wykończeni do Żuljany i decydujemy na pole namiotowe. Milion Star Hotel to jedyna dostępna opcja, ale nie żałujemy. Właścicielka jest przeurocza, pole jest starym gajem oliwnym, dookoła są winnice, a zaplecze sanitarne mimo że skromne to zawsze czyste i zaopatrzone. Jest też mały sklepik z warzywami, owocami z własnego ogródka i winem z własnej winnicy. Odpoczywamy tutaj 2 dni zanim ruszymy dalej. Co gorsza w tym miejscu kończy mi się plan dalszej podróży, jest tylko zarys by dojechać do Rijeki. Biwakując w Żuljanie poświęcamy jeden dzień na plażowanie i kąpiele w ciepłej zatoce, a drugiego wsiadamy na motocykl i popołudniu jedziemy do Orebic.
a ja się przejmowałem stanem bieżnika w wieśniaku
Długo zbieramy się z pola bo jakoś nam się nie spieszy. W końcu ruszamy koło południa zaopatrzywszy się uprzednio w wino u naszej gospodyni. Trasa wije się leniwie aż za Mali Ston wypadamy znowu na D8 czyli Jadrankę. Widoki przepiękne, wszędzie pełno winnic, jest zielono, a upał tak bardzo nam nie dokucza, bo łamiemy nasze zasady i kurtki motocyklowe leżą pod siatką na motocyklu. Nie wiemy gdzie dojedziemy, ale liczymy na nocleg w Rogoźnicy. Mój plan nie do końca się udaje i lądujemy znowu na polu namiotowym, gdzie z opresji późnej pory ratują nas górale z Podhala, podpowiadając, gdzie dobrze i szybko można zjeść.
18/08/2021
Rano szybko
się pakujemy, dziękujemy za pomoc sąsiadom i jedziemy zjeść śniadanie w
urokliwym Primosten. Dzisiejszy dzień to taka podróż sentymentalna. Jedziemy
przez miejsca, które znamy od lat. Zatrzymujemy się w Pakostane, w którym
kilkanaście lat temu zaczęła się nasza przygoda i zauroczenie Chorwacją.
Niestety plan noclegu w Rijece jest nieosiągalny. Miasto okazuje się białą
plamą w portalach noclegowych. Czeka nas znowu nocleg w Million Star Hotel. Po
minięciu Zadaru jedziemy wzdłuż Vinodolski Kanal. Dojeżdżamy do Senj, ale
camping na który liczyliśmy niestety jest pełen i musimy szukać czegoś poza
miastem. Kolejny nie odpowiada Ani. W końcu, 6km za Senj udaje się rozbić na
nowym polu dla kamperów. Mamy zacienione stanowisko z widokiem na morze, nowe zaplecze
sanitarne i wszędzie daleko. Ania rozbija namiot gdy ja ogarniam motocykle i
bagaże, wbijamy się w cywilne ciuchy i wracamy do miasteczka na kolację i
zrobić zakupy na śniadanie. Po przebojach z Sarandy miałem obiekcje czy będę w
stanie zjeść jeszcze grillowane kalmary, ale podjąłem ryzyko i nie pożałowałem.
Na szczęście urazu nie mam. Dopchałem się jeszcze cevapi których nie zjadła
Ania i wróciliśmy do namiotu, po męczącym dniu jazdy, momentami w porywistym
wietrze. Na szczęście trudy wciąż wynagradzały widoki z drogi.
19/08/2021
Plażujemy i zbieramy siły przed powrotem do domu. Woda nie jest już tak ciepła jak na południu, ale słońce wciąż praży, co pozwoli utrwalić naszą opaleniznę. Robimy też wstępne plany kolejnych etapów podróży. Po plażowaniu i kolejnych kąpielach w zatoce Kvaerner jedziemy do Novi Vinodolski na obiad.
Rano sprawnie
pakujemy mandżur i wsiadamy na motocykle. Tym razem kurtki lądują na naszych
ramionach. Oczywiście nadal omijamy autostrady więc ciągniemy wybrzeżem prawie
pod Rijekę. W cafe Melina wypijamy ostatnią chorwacką kawę i jemy ostatnie lody,
by za chwilę zacząć się wspinać w kierunku Gorne Jelenjie i Delnice, by
przekroczyć granicę HR-SLO w Brod na Kupi. Trasa przez Słowenię jest nużąca.
Spory ruch nie bardzo pozwala cieszyć się widokami. Omijamy Ljubljanę i
kierujemy się na przełącz Ljoblj, a tam… kilkukilometrowy korek. Na pałę mijamy
samochody od czasu do czasu chowając się, gdy jedzie coś z naprzeciwka.
Docieramy do tunelu, który jest przyczyną korku. Długi czas czekamy na zielone
światło, które pozwoli przejechać na drugą stronę góry, żeby wjechać do
Austrii. No i zaczyna się ostry zjazd serpentynami w dół. Droga momentami ma
nachylenie 17%, a średnio 14%. Do Klagenfurtu docieramy wykończeni i szukamy
miejsca, gdzie można coś zjeść. Wszędzie kawiarnie, lodziarnie, a restauracji
jak na lekarstwo i oblegane. W końcu udaje się usiąść i zaczynamy poszukiwania
noclegu. W mieście nic nie ma. W końcu
udaje się znaleźć coś za z trudem akceptowalną cenę 70km dalej. Wsiadamy na
motocykle i jak w to w Austrii zaczyna padać. Uciekamy spod chmury i OSMAND
prowadzi do celu swoimi ścieżkami. W połowie drogi przełączam się na googlemaps
i gnamy do Gasthofu najprostszą możliwą drogą. Zmęczeni meldujemy się przed 22
i padamy w pościeli.
21/08/2021
Dzisiaj
przewidujemy tylko jazdę. Po wczorajszej nauczce, nocleg w CZ zarezerwowałem
wcześniej w Havlickuv Brod. Spokojnym tempem, alpejskimi asfaltami, podziwiając
widoki kierujemy się na północ. Nad Dunajem robimy sobie przerwę na lody, a
kolejny przystanek z obiadem w urokliwym Telc. Stamtąd mamy już godzinę drogi
do naszego celu. Po zalogowaniu się w hotelu idziemy na miasto, które o dziwo
nie jest wymarłe, jak większość czeskich miast po godzinie 20.
22/08/2021
Ruszamy do
Polski o 10. Prognozy nie są optymistyczne, ale przez Czechy udaje się
przejachać sucho. Deszcz dopada nas w Bolkowie (to już taka tradycja, prawie
jak Austria) i nie odpuszcza aż do samego końca. W Legnicy motocykl Ani zaczyna
świrować i gaśnie jej wyświetlacz. Okazuje się też że nie działają kierunki i
światło stop. Zamieniamy się miejscami i asekuruję jej tyły sygnalizując nasze
manewry. Pomimo deszczu nie odpuszczamy i koło 17 prawie pod
samym domem stajemy na obiad u Ukraińców. Godzinę później, przemoczeni
parkujemy motocykle pod domem.
Przejechaliśmy 4917km.







































