środa, 23 października 2024

Wolny Kraj - podróż do przyszłości 2567r.

Prolog


Oczywiście miało być zupełnie inaczej. Wprawdzie od czasu do czasu przeglądaliśmy jakieś loty do Azji, ale szło to jakoś opornie, pomimo parcia na daleki wschód. W końcu nawet Ania obwieściła, że może jednak w tym roku odpuścimy i w październiku załadujemy motocykle na przyczepę i pojedziemy do Włoch, żeby zrealizować Sardynię, która nam rok wcześniej nie wyszła z racji ekstremalnych upałów w sierpniu.

Ale los bywa przewrotny i w połowie sierpnia niespodziewanie kupiliśmy bilety do Tajlandii. Z racji naszej wyprawy do Wietnamu przed pandemią, mieliśmy już jakieś obycie, a mandżur nie wymagał jakiś wielkich przygotowań. W zasadzie ograniczyliśmy się do dawki przypominającej szczepień na dur brzuszny.

24.09.2024

Dopinamy ostatnie sprawy zawodowe i domowe. O 16.30 mamy pociąg do Krakowa, gdzie lądujemy około 22 i robimy sobie jeszcze 7km spacer po starym mieście i Kazimierzu, gdzie „pachnie szczyną i historią w starych bramach”.



25.09.2024 – 26.09.2567


Wprawdzie wylot jest dopiero o 13,45, ale jakoś trzeba dostać się na lotnisko, zjeść śniadanie i przepakować delikatnie, bo tylko jeden plecak leci jako bagaż nadawany.



Ok. godz. 11 mój plecak znika z zawieszką Fast Track, a my przebijamy się prze kolejne kontrole i tradycyjnie kupujemy sobie do lektury egzemplarz Świata Motocykli. Z przykrością dowiadujemy się że kolejne wydania miesięcznika wiszą na włosku, bo zabija je technologia. W końcu ładujemy się do samolotu i zaskoczenie. Air Arabia to taki międzykontynentalny tai przewoźnik jak Ryanair, czy WizzAir. Samoloty wąskokadłubowe, miejsca wiele nie ma, ale za to nie ma zdzierstwa za posiłki i napoje na pokładzie samolotu. Na szczęście nie posadzili nam 3 osoby i mamy jedno miejsce ekstra.




Przesiadka w Sharjah ekspresowa, bo mamy ok 45minut i znowu w powietrzu. Niestety tym razem samolot pełen i trudno się przespać, choć mamy wrażenie, że jest trochę więcej miejsca. Koło 8 rano lokalnego czasu lądujemy na lotnisku Phuket w roku 2567. Ogarniamy na lotnisku trochę waluty i transport do hotelu.





Po zalogowaniu i odświeżeniu zalegamy na hotelowych leżakach, przy basenie patrząc na morze Andamańskie. Jesteśmy po ponad 500-letniej podróży lekko wygięci więc trochę podsypiamy, ale w końcu zwycięża ciekawość i idziemy do miasteczka. Zjadamy nasz pierwszy obiad przyszłości, ogarniamy sobie skuter, który będzie nam służyć przez cały okres naszej podróży do przyszłości.













27.09.2567


Rano słyszę głosy… no dobra… słyszę głos Ani: „Marcin, musimy wstawać na śniadanie”. Co? Która jest? 9,30???!!! Tzn. że przespałem ponad 9h. Dla Ani to żaden wyczyn, a raczej norma, ale dla mnie raczej niespotykane. Dla Ani wyczynem jest raczej to, że to ona mnie budziła. Szybko się zbieramy i jemy śniadanie „w tych pięknych okolicznościach przyrody, i tego… i niepowtarzalnych”.


Trasa na dziś to Big Buddha patrzący ze wzgórza na Challong i w sumie całe Phuket. Niestety na miejscu okazuje się, że z powodu osuwiska ziemi jakie miało miejsce jakiś czas temu, dostęp do samego posągu jest zamknięty na bliżej niekreślony czas.

















Strzeliliśmy więc parę fotek na okolicę i pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża przez przylądek Promthep w kierunku plaż Kata i Karon. Na rondzie w Challong zaliczamy naszą pierwszą kontrolę policyjną. Te kontrole staną się właściwie rytuałem każdego dnia. Na szczęście przed wyjazdem wyrobiliśmy sobie prawo jazdy międzynarodowe i jak policjant je zobaczył, to tylko zasalutował i życzył miłej jazdy. Kulturalnie, sympatycznie, z uśmiechem, zupełnie inaczej niż zasłyszane historie z Wietnamu, gdzie nam szczęśliwie udało się uniknąć spotkania z policją. Potem w Rawai pierwsze lody zielona herbata i marakuja, spacer wśród straganów z owocami morza.











Na skuterze przestawienie się na ruch lewostronny jest dużo prostsze niż samochodem. Nawet łapię się na zastanawianiu się jak to w sumie jeździ się w Polsce? Zaliczamy kolejne punkty po drodze aż w końcu jest pierwsza kąpiel w morzu Andamańskim. Temperatura wody zbliżona do powietrza, spore fale pozwalające na surfowanie, złoty piasek i owocowe smoothie i kokosy z obwoźnych straganów.












Na plaży Karon chwytamy w obiektyw ostatnie promienie chowającego się w morzu słońca.






Ania wynajduje jakiś targ z owocami morza, gdzie stajemy na zasłużony obiad. Wracając do domu kupujemy jeszcze siatkę rambutanów, które pochłaniamy przy hotelowym basenie.




28.09.2567


Po leniwym śniadaniu jedziemy najpierw do Chaithararam Temple - Wat Chalong, buddyjskiego kompleksu świątynnego z XIXw.



















Po zwiedzaniu pędzimy skuterem dalej do Phuket Elephant Nature Reserve. Wybór miejsca był dla nas oczywisty.







W Tajlandii jest kilka rodzajów „rezerwatów”, gdzie można poobcować ze słoniami. Pierwszy mijaliśmy jadąc do Big Buddha. Słonie stanowiły rozrywkę dla turystów i sposób nabijania kabzy Tajów. Osiodłane, spętane, słabo to wyglądało. W innych słonia można pogłaskać, nakarmić, wykąpać się z nimi. Jakoś nas to nie przekonało. Kąpiel z defekującymi w wodzie słoniami, choćby nie wiem, jak miało to być zdrowe dla skóry czy włosów… nie dziękuję. Za to w Nature Reserve słonia nawet nie mogliśmy dotknąć. Przygotowaliśmy im posiłki, które same zjadły, poobserwowaliśmy, posłuchaliśmy o ich zwyczajach oraz historii tych, które były w rezerwacie i to wszystko. W ramach ciekawostki z fekaliów słonia robi się papier, być może nawet toaletowy ;-), a tajskie piwo określa się szczynami słonia. Po naszemu sikacz.


















Po wizycie u słoni ruszyliśmy w kierunku zachodnich plaż Phuket aż trafiliśmy na Surin Beach. Niestety tam poparzyły nas meduzy, przy czym Anię dość efektownie. Na szczęście żadne z nas nie jest uczulone i wstrząs anafilaktyczny nie jest nam straszny. Ania poszła do ratowników, którzy z uznaniem popatrzyli na pręgi/blizny, psiknęli jakimś roztworem octu i zasugerowali odpuszczenie dalszych kąpieli dziś. Przy zachodzącym słońcu zebraliśmy się z plaży i wzdłuż wybrzeża obraliśmy drogę powrotna. W którymś z mijanych miasteczek, wzdłuż drogi rozstawiły się stragany z żarciem. Tego nam było trzeba, łaziliśmy od jednego do drugiego, co chwilę czegoś próbując. Azjaci na grilla potrafią wrzucić wszystko. Mięso czy owoce morza to sprawy oczywiste, ale potrafią się tam znaleźć też jakieś dziwne grzybki, meduzy, parówki, kurze serca. Robią z tego takie mini szaszłyczki, którymi wszyscy się zajadają. W kolejnym miasteczku zatrzymaliśmy się przy jakimś mega centrum handlowych Jungceylon, przy którym był kolejny foodmarket, ale też szansa skorzystania z bardzo cywilizowanych toalet.




















29.09.2567


Jak tylko dotarliśmy na śniadanie lunął deszcz. Zanim zdążyliśmy je zjeść, znowu świeciło słońce. Taką porę deszczową lubimy. Podobnie było w Wietnamie. Krótka ulewa, czasem w dzień, czasem w nocy, a potem spokój. Dziś zwiedzamy miasto Phuket, ale najpierw punkt widokowy z ponoć dużą ilością małp. Jednak jak się okazało, że nie da się podjechać, tylko mamy drałować 2km pod górkę w tym upale, wśród psów i małp, to ograniczyliśmy się do zwiedzenia świątyni Charoen Samanakij u podnóża Monkey Hill.








Potem podjechaliśmy w dwa miejsca na wybrzeżu w okolicach Coconut Island, aż w końcu wylądowaliśmy w kolonialnej zabudowie Phuket, w stylu portugalskim. W niedzielę akurat trwa tam targ, więc znowu pełno straganów z jedzeniem, ciuchami, bibelotami, uliczni grajkowie, ladyboy-e i zabawki.













takie skojarzenie



























30.09.2567


Po wczorajszej miejskiej włóczędze dziś chcemy odpocząć od zgiełku miasta więc… robimy rundę po optykach na Phuket, bo Ania chce sobie zrobić okulary przeciwsłoneczne z korekcją. Po bezskutecznym objechaniu kilku salonów zajeżdżamy na nasza ulubioną plażę Kata. Dziś jest wiatr to i fale większe. Po kąpieli w promieniach zachodzącego słońca robimy ostatnie podejście do optyka w naszej okolicy. Bingo! Ania wreszcie znalazła czego szukała, cena jest zadowalająca, termin wykonania bezpieczny. Może nie jest tak tanio jak w Wietnamie, ale nadal 2-3 razy taniej jak w Polsce. Na koniec jedziemy na kolację przy plaży Rawai.













01.10.2567


Dziś zaczynamy wcześniej, ponieważ mamy wykupiony rejs na wyspy Phi Phi. Kierowca o dziwo odbiera nas punktualnie o 8.30 (to naprawdę Azja?). Przed 10 jesteśmy zaokrętowani na speed boat i zaczyna się ostra jazda.






Po ok. godzinie dopływamy do pierwszego punktu wycieczki – Pi Leh Lagoon. Łódź staje wraz z kilkudziesięcioma innymi łodziami przed laguną, a my przesiadamy się na long tail boat, typowa tajska łódź, znana z pocztówek i wpływamy do zatoki. Nieziemskie widoki psuje dziki tłum łodzi i turystów.











Kolejnym punktem jest Maya Bay, gdzie Di Caprio się kąpał w filmie z 2000r. Niebiańska Plaża. Plaża jest dziś udostępniona pierwszy dzień po 2-mieisęcznej przerwie. Miejsce powala urokiem, gdyby znowu nie ta ilość turystów, tłoczących się tuż przy wyjściu na nią. Ale też wystarczy przejść 100-150metrow w prawo, by poczuć się prawie, jakby ten raj należał tylko do nas. W zatoce nie wolno się kąpać, bo to teren parku narodowego, a przerwa w zwiedzaniu związana jest z obumierającą rafą koralową, po tym jak plaża stała się popularna na kanwie wspomnianego filmu. Ma to wspomóc ekosystem.






Chwilę później, z naszego speedboat’a, stojącego na kotwicy wraz kilkoma innymi łodziami, skaczemy z maskami do snurkowania i podziwiamy kolorowe rybki, rafę, jeżowce, małe ośmiornice i różne inne morskie stwory. Na szczęście, mając twarz zanurzoną nie widać tłumów. Na Phi Phi Don mamy dłuższy postój, ponieważ jest też przerwa na obiad. Ten mi się nie przysłużył. Za to po drugiej stronie przewężenia wyspy widoki znowu zapierają dech.











Kolejny przystanek to już nie bardzo wiadomo po co, chyba żeby nabić kabzę miejscowym. Stajemy na „wyspie”, a raczej jest to łacha piachu pośrodku morza, na której sklecono ze wszystkiego co było pod ręką jakieś bary z astronomicznymi cenami napojów i drinków.









Ogólnie wycieczka byłaby świetna, gdyby nie te dzikie tłumy. Zatoka Pi Leh z tego powodu nie zrobiła wielkiego wrażenia na mnie, w Maya Bay, można było poczuć się jak w raju. Największym atutem był nasz przewodnik Dee Dee, który świetnie mówił po angielsku, a dodatkowo miał poczucie humoru i spory dystans do wszystkiego.

02.10.2567

Noc miałem ciężką, bo odchorowywałem wczorajszy lunch żywienia zbiorowego. Sczyściło mnie nieźle, a dodatkowo od 2 dni cierpiał mój kręgosłup, bo wykonałem jakiś, nie taki, ruch. Śniadanie tym razem pochłaniam skromne i… no cóż… nie będziemy przecież gnić w pokoju. Wsiadamy na skuter, zaopatrzywszy się w odpowiednie leki i w ramach odpoczynku, okrężną drogą, jedziemy na naszą ulubioną plażę, gdzie bierzemy leżaki z parasolką.










Kąpiele w morzu, lektura e-booków, jakieś owocowe smoothie dla Ani, a ja uzupełniam braki różnymi elektrolitami i wodą z kokosa, zagryzając bananami. Schodzimy o 18 i podjeżdżamy na jakiś nightmarket z kolejnym street-foodem. Mnie od samych zapachów zaczyna skręcać, ale nie wiem czy to efekt strucia, czy głodu. W każdym razie ja ograniczam się do lekkiego posiłku w postaci sticky rice with mango. To taka lokalna, narodowa odmiana naszego ryżu z jabłkami. Ania zajada się pierożkami.



03.10.2567


Późne śniadanie, gdzie spotykamy chyba wszystkich krajan obecnych w naszym hotelu. Trochę długo przegadujemy, jedni byli w Bangkoku, inni wyskoczyli na Krabi, a my jak dupy siedzimy, bo mam sraczkę. Ale ile można siedzieć? Zrobiło się południe, wsiadamy na skuter i jedziemy w kierunku mostu Sarasin, którym wjeżdża się na wyspe Phuket. Tam podejmiemy decyzję, czy jedziemy dalej w kierunku Krabi, czy może bardziej na północ do Hat Thai Mueang National Park. Koło 13 jesteśmy na moście, robimy fotki i dumamy co dalej.











Przed nami do Krabi ponad 120km na naszym skuterze ADV. Ruszamy i chwilę po zakupach w 7-eleven zatrzymujemy się przy świątyni Wat Maneesri Mahathat, która potem okazuje się muzeum figur woskowych.









Kolejna świątynia Wat Suwan Khuha z leżącym Buddhą jest wyjątkowa. Nie dość, że Buddha leży to cały kompleks świątynny znajduje się w naturalnych jaskiniach. Wow, efektowne. Dookoła mnóstwo małp, które turyści dokarmiają, a miejscowi przeganiają. A z małpami, jak to w życiu bywa, trzeba być ostrożnym.














Robi się późno, my robimy się głodni, a kawałek jeszcze przed nami i trzeba zagęścić ruchy. Niestety zaczyna też coś kropić z nieba. Na szczęście na czas wbijamy się w nasze przeciwdeszczowe pelerynki. Gdy dojeżdżamy do Ao Nang już nie pada, parkujemy przy promenadzie i zamurowuje nas widok na morze z rozsianymi wysepkami, a raczej skałkami.

















Szybko bookujemy pokój 200m od miejsca, w którym stoimy z widokiem na morze, śniadaniem i po zameldowaniu idziemy na nocną wyżerkę. Po poprzednim dniu folguję już sobie. Dzień kończymy na zakupowej włóczędze, targując się ze sprzedawcami.










04.10.2567




Koło 8 budzę Anię i już o 9 po śniadaniu podjeżdżamy kawałek do miejsca, gdzie odpływają long boat’y na Railay Beach, do której dostęp jest tylko od strony morza.




















To był strzał w 10. No może nie licząc wyprawy na punkt widokowy. Widok może był, ale trasa dość niebezpieczna, słabo oznaczona, bez zabezpieczeń, ze skaczącymi nad głowami małpami. Unoraliśmy się w czerwonej glinie, spociliśmy, ale do laguny nie dotarliśmy. No może gdybyśmy mieli lepsze obuwie, a byli też śmiałkowie w japonkach i crocksach. Więc "mientkie faje" z nas 😉





















Po zejściu z góry, dalszy spacer na plażę wiódł ścieżką wśród niesamowitych formacji stalaktytowych.






A na plaży nagle, ni stąd ni zowąd, z wody wylazł ponad 1,5m waran, który zaczął sobie spacerować wśród plażowiczów, mając ich totalnie w dupie, a ci w większości się bali tego wielkiego jaszczura.









Trochę popływaliśmy, trochę pokajakowaliśmy i ok. 16 byliśmy z powrotem w Ao Nang przy skuterze.














mamy wrażenie, że ktoś na obserwuje i nie ma dobrych zamiarów 😉








Decyzja, wracamy do Chalong, może uciekniemy przed burzą.









No nie udało się. Jakieś 0,5h po wyruszeniu lunęła tropikalna ulewa, która nie chciała się skończyć. Znowu mieliśmy szczęście, bo w porę przyodzialiśmy przeciwdeszczówki. Największe nawałnice staraliśmy się przeczekać pod różnymi zadaszeniami i tak skokami parliśmy na północ, aż udało się wyskoczyć spod burzowego frontu. Niestety na moście Sarasin znowu zaczęło kropić, a kierunek naszej podróży odwrócił się na południowy. Ania miała już trochę dość, byliśmy głodni ale udało się wypatrzeć jakąś knajpkę, która nie była pod gołym niebem. Chwilę trwało zanim udało nam się do niej dotrzeć. Wchodzimy, wygląda dobrze, ale na początku obsługuje nas chłopak który nie gada po angielsku. Okazuje się że jesteśmy w lokalu serwującym shabu-shabu.








Podali nam dwa rodzaje bulionów na kuchence podgrzewającej je, a naszym zadaniem było dobranie sobie kombinacji mięs, owoców morza, warzyw, tofu, które maczaliśmy w tych bulionach, a po ugotowaniu wyciągaliśmy, maczaliśmy w wybranych sosach. Mogliśmy też całość przelać do miski i zjeść jak normalną zupę. Tego nam było trzeba. Ponad 150km w drodze, 4h, z czego mniej więcej połowa w ulewnym deszczu. Posililiśmy się, rozgrzaliśmy i już szczęśliwi jechaliśmy do hotelu. Jednak w Phuket minęliśmy jakąś świątynię, przy której ewidentnie coś się działo.





Kawałek dalej, już bardziej w centrum, znowu jakieś poruszenie. Ludzie łażący w bladofioletowych „piżamach”, jakieś stragany, to już nie odpuściliśmy i wpadliśmy w tłum świętujących ludzi. Okazało się że w Phuket trwa Festiwal Dziewięciu Bogów-Cesarzy znany również jako Festiwal Wegetariański. Jak na wegetarian dość okrutne święto. Coś czułem, że ten cały wegetarianizm to jakaś ściema. Łazimy, smakujemy i dopiero koło północy lądujemy w hotelu.







05.10.2567


Rano czuję się jakbym miał jetlaga. Chyba poprzedni dzień trochę dał nam w kość. Po śniadaniu zaczyna się burza i dumamy co dalej. Jakiś plan powstał i jak tylko przestało padać wskakujemy na skuter i ruszamy na przylądek Panwa.













nasz wierny towarzysz wędrówki







Kolejny punkt wycieczki to plaża w parku Sirinat, czyli na drugim prawie końcu wyspy. Ładna, długa, pusta plaża, ciągnie się chyba kilka km. Na południu nad Bai Chai Nam, nisko kłębią się ciemne chmury. Jest odpływ a my sobie spacerujemy.




twarzy nie widać bo RODO 😂











Robi się 16, a Ania ma koło 17 do odbioru swoje nowe okulary. Na szczęście wszystko pasuje, okulary są perfekcyjne więc opłaciło się.

jak to skomentował kolega:
"wyglądasz jak wesoły kondom z reklamy durexa" 😂😂😂








Jedziemy do Phuket na Naka Weekend Market, gdzie robimy ostatnie zakupy giftów i zajadamy się azjatyckim street foodem.

sushi z parówką



06.10.2567


Rano przy śniadaniu spotykamy poznanych wcześniej Holendrów. Wymieniamy się uwagami i wrażeniami. Ania pochwaliła się nowymi okularami, pogadaliśmy o kulturze jazdy Azjatów. Dziś ostatni dzień, a my mamy jeszcze kilka niezrealizowanych punktów, Trzeba korzystać póki można bo odlot jutro wcześnie rano, a prognoza na dziś jakaś niesprzyjająca. Wskakujemy na skuter i i jedziemy znowu na plaże Kata. Znowu ta sama, ale ponoć to najlepszy spot do surfowania na fali. Jak na złość dziś fal za bardzo nie ma. No cóż… pozostaje nam kąpiel w ciepłym morzu, lektura, owocowe smoothie i kokosy. No skoro nie udaje się posurfować, to może zaliczymy ten tajski masaż. Oj… łatwo nie było, ale było warto. Po masażu wracamy do siebie, zdajemy skuter i idziemy na ostatni obiad. Trafiamy do knajpki, w której prawie zjedliśmy pierwszego dnia, gdyby nie odstraszyły nas przyjacielskie, podpite stare, angielskie wilki morskie. Zanim zaczęliśmy się pakować, wskoczyliśmy jeszcze ostatni raz do hotelowego basenu, by z tej perspektywy rzucić okiem na morze Andamańskie.





















07.10.2567


Wczesna pobudka bo na 6 rano zamówiliśmy transport na lotnisko. Dziewczyna sprawnie przewozi nas przez cała wyspę, Po drodze przy chińskiej świątyni mijamy procesję pokutników. Gdzieś tam migają nam ci, co dokonali w ramach pokuty tych samookaleczeń. Na lotnisku sprawnie przechodzimy wszystkie kontrole i przed 9 jesteśmy w powietrzu.

naprawdę mamy wracać?







Tym razem mamy 3 miejsca dla siebie. Przerwa w Sharjah to jakaś masakra. Lotnisko klasy Poznań Ławica, więc błąkamy się między duty free a food corner. Mamy tu spędzić ponad 6h.





W końcu pod wieczór wsiadamy w samolot, który okazuje się w ok. ¼ pusty. Szybko więc rezerwuję sobie po drugiej stronie „swoje” 3 miejsca i mamy zapewniony względny komfort spania. Prawie całą podróż przesypiamy i koło 23 lądujemy w okolicach zimnego Leszka.

Podsumowanie


Tajlandia to bardzo cywilizowany kraj. Dużego doświadczenia nie mamy, ale pewnie jeden z bardziej ucywilizowanych w całej Azji. Poziom tzw. "syfu" zbliżony do południowych Włoch, więc nie ma tragedii. W porównaniu do Wietnamu... inny świat.

Bez problemu można dogadać się po angielsku, praktycznie wszędzie.

Ruch lewostronny na jednośladzie to żaden problem. Samochody jeżdżą raczej ostrożnie, bo się boją, że zostaną porysowane przez skutery, które nie wiadomo, czy mają jakieś ubezpieczenie (taka hipoteza na własny użytek). Przez cały pobyt i zrobienie prawie 1000km na skuterze, nie widzieliśmy ani jednego wypadku czy kolizji. Drogi szerokie, wielopasmowe, a z racji podmokłego terenu trudno je omijać i poruszać wewnętrznymi ścieżkami, które raczej dalej z niczym się nie łączą. W miejskim ruchu "do not fight, just adapt". Ta zasada przyświeca nam każdorazowo, jak gdzieś jedziemy na dwóch kółkach w Azji. Ani razu nie czułem zagrożenia jadąc skuterem. Tutaj nawet klaksonów za bardzo nie używają.

Policja choć wyczulona na turystów, bardzo uprzejma. Wystarczy mieć międzynarodowe prawo jazdy, by się nie czepiali, tylko salutowali. Mieliśmy sytuację, że źle zaparkowałem i po powrocie skuter był przewiązany łańcuchem z jakąś kartką. Ponoć mandat. Po chwili podjechał policjant, zobaczył, że turyści, odpiął łańcuch, podarł mandat i życzył miłej podróży. Kultura jak się patrzy. To nie mrożące krew opowieści ze spotkania z funkcjonariuszem w Wietnamie.

Jedzenie na ulicach - to lubimy najbardziej, nie ma się czego obawiać. Ryzyko takie samo, jak każdy inny street food, na całym świecie, ale nie większe niż Niewiadów z pizzą nad polskim morzem.

Obawiać się należy małp, potrafią być agresywne – jedna próbowała zresztą dobrać mi się do torby, na szczęście w porę zareagowałem.

Analogicznie jak do Wietnamu, zabraliśmy jakieś środki na komary (muga). I, analogicznie jak w Wietnamie, robactwo to widziałem głównie w formie prażonej na straganach. Zdarzyły się może 3 muchy, jakiś pojedynczy komar.

Dlaczego wylądowaliśmy na miejscu w XXVIw.? Tajowie liczą czas od narodzin Buddhy, czyli od 563r. p.n.e.. Buddyzm to najbardziej popularna religia w tym kraju. Buddha nie jest też żadnym bogiem, to słowo oznacza człowieka oświeconego.

To tyle... trzeba wrócić, zwiedzić resztę kraju.