PROLOG
Rumunia chodziła mi po głowie od dawna. Choć mieliśmy marne doświadczania
z tym krajem sprzed 10 lat, opisy ostatnich podróży jakie znalazłem na naszym
forum czy ogólnie w internecie, były dla mnie inspiracją do odwiedzin tego
kraju i przełamania stereotypów jakie siedziały we mnie i jakie krążą po
Polsce. Największym wyzwaniem wydawało się przekonanie Ani, że 10 lat później
może być dużo lepiej. O dziwo była przygotowana i nie oponowała. Chyba zbyt
często jej marudziłem, że chcę do Rumuni i czuła że prędzej czy później będzie
trzeba się zmierzyć z przeszłością 😊 Niestety tym razem nie jedziemy motocyklem. Ostatnie lata nadwyrężania naszych kręgosłupów dały nam się na tyle we znaki, że chcąc nie chcąc trzeba było odpuścić i pojechać samochodem.
30-06-2017
Jak zwykle ruszamy skoro świt. Tym razem jest 13, ale to
jeszcze nie jest początek podróży. Dopiero godzinę później ruszamy na południe.
Ponieważ ma to być tylko dojazdówka nie przewidujemy żadnego zwiedzania po
drodze. Nie oznacza to że droga nie obfituje w atrakcje. Choć jedziemy
samochodem najpierw omijamy korek pod Sulejowem jakąś szutrową drogą by potem
przeprawić się promem przez Wisłę. Przed 21 lądujemy w Tarnowie, gdzie mamy
nocleg przed kolejnym etapem podróży.
01-07-2017
Śpimy długo, za oknem szaro i mokro. Zbieramy się z pokoju i
jemy własne śniadanie na hotelowym tarasie. Prze Gorlice kierujemy się na Konieczną
jadąc w strugach deszczu. Po przekroczeniu granicy nie jest lepiej. Kierujemy
się w kierunku Tokaju, by tam zrobić pierwszy postój. Miasteczko okazuje się
małą dziurą, w której nie znajdujemy nic co by nas zachwyciło.
Po sutym
obiedzie na brzegi Cisy ruszamy dalej w kierunku Rumunii. Około 20 lądujemy w
Oradei, logujemy się w klimatycznym hotelu Gobe Csarda i ruszamy na miasto.
Parkujemy w okolicach placu Unirii i odbiera nam mowę. Widać jak ogromną kasę
wpompowano z UE. Miasto zachwyca, plac i dalej ulica Republiki wręcz kapie
secesją. Wszystko czyste, odremontowane, gwarno, ciepło, przyjaźnie.
Spacerujemy oniemiali. Jest jeszcze sporo do zrobienia, ale ogrom pracy jaki już
włożono widać doskonale. Miał rację ten co powiedział, że potrafili wykorzystać
fundusze unijne jeszcze lepiej niż my. Mamy wrażenie, że Drezno, które nas
oczarowało 1,5 miesiąca temu to przy Oradei mały pikuś. Zmęczeni siadamy przy
wieczornej kawie i proseco. Zauważamy zmianę czasu jaka się dokonała i wracamy
do hotelu.
02-07-2017
W nocy wyją psy, wrzeszczą koty. Zwlekamy się z łózka o 9 i
opuszczamy nasze lokum. Jeszcze raz podjeżdżamy do centrum Oradei by zrobić
kilka fotek w świetle dziennym.
Zamieniamy kilka słów z motocyklistą z Lublina
i ruszamy dalej. Kilkanaście kilometrów dalej wdrapujemy się na szczyt tamy Che
Lugasu gdzie robimy sobie śniadanie na trawie.
Po drodze mijamy cygańskie
miasto Huedin. Walt Disney mógłby pozazdrościć.
Cluj Napoca nie olśniewa już jak Oradea, ale też widać że kasa płynie i
wszystko się remontuje. Tu też ilość secesyjnych kamienic przytłacza.
Kolejny
przystanek to Alba Iulia, dawna stolicą Siedmiogrodu z potężną cytadelą. Spacerujemy
w jej murach, podziwiamy obie katedry, prawosławną i katolicką. Tu też zmieniło
się wiele przez ostatnich 10 lat co najlepiej oddają zdjęcia ukazujące stan
cytadeli przed renowacją.
Nie bardzo mamy pomysł co dalej, prognozy na jutro takie
sobie, więc jazda Transalpiną w deszczu mija się z celem. Proponuję Ani
ucieczkę od miasta, hotelowych standardów i zaszycie się w górach.
Kawałek przed Sugag wdrapujemy się stromą ścieżką na wzgórze,
by trafić do Pensiunea Briboaie. Jesteśmy w środku niczego, a za oknem zaczyna
lać.
03-07-2017
Nasza chatka ma chyba dobre feng shui. Ja spałem bite 9
godzin, Ania 1,5 godziny dłużej. Za oknem pochmurno, co chwile coś kapie. Podumaliśmy
chwilę nad pomysłem na dzisiejszy dzień i wybraliśmy zwiedzanie Sibiu. W
Sasciori skręcamy w boczną drogę 670C na Garbova, by ominąć główne drogi. Już w
pierwszej wiosce napotykamy chłopską warownię albo warowny kościół. Kolejny
jest już w Garbova. Drogi choć białe, mają nowy asfalt na ponad 90% długości.
Drogą E81 docieramy do Sibiu. Wyciągamy parasol i ruszamy na zwiedzanie. Miasto
robi podobne wrażenie jak Oradea choć ma zupełnie inny klimat. To już nie monumentalna
secesja z barokiem, bardziej typ średniowieczny, trochę gotyku. Wszystko w
mniejszej skali, która nie przytłacza. Choć nadal cukierkowo, to ma też skazy.


Zwiedzamy
Wielki i Mały Rynek, krążymy uliczkami czując na sobie „oczy miasta”, podziwiamy
kościoły, a największe wrażenie robi prawosławna bazylika świętej trójcy.
Pozostałe są dużo skromniejsze w wystroju. Widok po wdrapaniu się na wieżę
ratuszową przypomina wloskie miasteczka. Podziwiamy „most kłamców” – pierwszą żeliwną konstrukcją
w Transylwani, która miała się zawalić jeśli przejdzie po nim kłamca.
W końcu siadamy przy obiedzie, robimy
szybkie zakupy i znowu bocznymi dogami wspinamy się przez góry aż do Jina.
Zachwycamy się mijanymi wioskami, ich malowniczością, zdobieniami domów i bram.
Po wyjeździe z Jiny droga ostrymi serpentynami schodzi w dół. Dodatkowo
przebijamy się przez chmurę więc widoczność jest mocno ograniczona. Ania lekko
panikuje nie wyobrażając sobie jak mielibyśmy jechać tędy motocyklem. Po
dzisiejszych ulewach miejscami rozmyło trochę góry i zasypało drogi błotnistą
mazią. Wprawdzie zostało to już uprzątnięte i droga jest przejezdna ale wciąż
zalega na niej spora ilość błota i drobniejszych kamieni. W końcu wypadamy na
Transalpinę i za chwilę wdrapujemy się do naszej górskiej chatki, w której
odwiedza nas młody lisek.
04-07-2017
Za oknem bezchmurne niebo. Ogarniamy się powoli, strzelamy
ostatnie foty tego uroczego miejsca i już po 10,30 ruszamy w drogę. Droga do
Novaci to raptem 100km, wydaje się że to nic. Początkowo jedziemy wąwozami ,
zbyt wiele do podziwiania nie ma. Przy Tau Bistra spotykamy motocyklistów z
Szamotuł, którzy ambitnie twierdzą, że zrobią dziś Transalpinę i Transfogarską.
Przy zalewie Oasa zaczyna być już trochę bardziej widokowo, ale dopiero po
minięciu rozjazdu na drogę 7A zaczyna się prawdziwa Transalpina. Zakręty wiodą
ostrymi serpentynami w górę, momentami muszę redukować do pierwszego biegu.
Droga jest efektowna ale i mega wymagająca. Nie ma zbyt wielkiego ruchu, na
szczęście, a widoki zwalają z nóg. Widok z przełęczy Urdele na Wołoszczyzne
wymiata.
Nasz GPS pokazuje wysokość 2152m npm., termometr +9st. C. Ten odcinek
drogi zajął nam ponad 3 godziny jazdy. Teraz zaczyna się jazda w dół, ale wcale
nie jest szybciej. Co chwile trzeba się zatrzymać, pstryknąć kilka fotek.
W
końcu dojeżdżamy do Novaci, by tam odbić na Horezu przez Baia de Fier. W
okolicy odwiedzamy jeszcze jakieś kościółki i monastyr w Bistricy.
Robi się
późno więc lecimy do Curtea de Arges zobaczyć najstarszy kościół na
Wołoszczyźnie, cerkiew książęca św. Mikołaja, gdzie przygarnia nas lokalny
przewodnik i opowiada całą historię miejsca wraz z odniesieniami do Zawiszy
Czarnego.
Nie możemy też pominąć katedry, Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej, o
niesamowicie ozdobnej fasadzie i niezwykłych wieżach. Ta mieszanka stylów rodzimych,
bizantyjskich i arabskich robi wrażenie.
Najwyższy czas coś zjeść i pomyśleć o
noclegu. Daleko nie dojedziemy więc logujemy się w Corbeni. Podjeżdżamy tylko
jeszcze do zamku Vlada Palovnika, ale 1600 stromych schodów skutecznie nas
zniechęca do podziwiania zachodu słońca z zamkowych murów.
05-07-2017
Budzi nas koszmarnie skrzypiące
łóżko i ryczące krowy na pastwisku. Zaczynamy tradycyjnie śniadaniem na trawie.
Czeka nas jeszcze wizyta u miejscowego mechanika bo coś podejrzanie tłucze mi
się w zawieszeniu.
Szybka diagnoza – puściła śruba mocowania wahacza. Chłopaki
szybko się uwinęły, a my ruszamy na Transfogarską.
Góry są tu inne od tych z
Transalpiny. Bardziej surowe, bloki skalne wznoszą się wysoko, a gdzieś powyżej
wije się dalsza część naszej drogi. Choć początkowo mamy wrażenie, że droga
wykuta w litej skale będzie technicznie trudniejsza od wczorajszej trasy
okazuje się inaczej. Dopiero po chwili uświadamiamy sobie, że droga była
budowana dla potrzeb wojska, a ciężki sprzęt, ostrego zakrętu o 180st. pod
dużym kątem pod górę nie pokona. Dojechaliśmy do tamy Vidraru, kilka
okolicznościowych fotek i uciekamy z tłumu turystów.
Dalej droga wiedzie przez
las wzdłuż jeziora. Droga jest dość mocno zatłoczona w stosunku do Transalpiny.
W końcu wyjechaliśmy powyżej linii lasu i szerokimi trawersami sunęliśmy po
kolejnych zboczach. Tu już trzeba było się zatrzymywać co chwilę. Widoki
zapierały dech. Na którymś z przystanków słyszymy swojskie „dzień dobry”. To
krajanie, którzy delektują się drugim śniadaniem i
okolicznościami przyrody. W
końcu dojeżdżamy do tunelu i przeskakujemy na
drugą stronę góry, w sam środek „Krupówek”.
Stajemy kawałek dalej unikając
tłumów i kramów z bibelotami. Widok na dolinę z wijącą się nitką drogi jest
niesamowity. Rozumiem dlaczego ta trasa zalicza się do jednych z
najpiękniejszych dróg świata. Zjeżdżamy w dół robiąc miliardy fotek i kierujemy
się do Brasov. Po drodze stajemy jeszcze na kawę i lody w Fogarasz z cytadelą w
samym sercu miasta i urokliwym kebabem pod opieką cerkiewnych murów.
W parku
przy Piata Republici mężczyźni grają w warcaby, co przypomina mi migawki z
Włoch czy Francji.
Brasov śliczne jak Sibiu, z podobnym klimatem. Jemy obiad,
błądzimy uliczkami, odwiedzamy najwęższą uliczkę w tej części świata,
delektujemy miastem.
To nie koniec dzisiejszej podróży. Jedziemy do Buzau.
Droga też urokliwa, niej jest już tak tłoczno, jednak ja znowu słyszę, że w
zawieszeniu coś tłucze.
06-07-2017
Noc była niespokojna. W hotelu
gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój okazało się że nie ma miejsc i szukaliśmy
czegoś na szybko. Trafił się motel przy stacji benzynowej w stylu Etap czy Ibis
Budget. Hałas ciężarówek wygonił nas wcześnie z łóżka. Nie mamy nic na
śniadanie, ale to nic. Kupimy coś po drodze i zjemy na trawie. Najpierw jednak
szukamy jakiegoś mechanika co rzuci okiem, czy możemy dalej jechać. Okazało się
że pozrywały się gumy wahacza, ale ponoć można jechać. Mechanikiem nie jestem
więc pozostaje mi zawierzyć fachowcom. Na jakiejś bocznej drodze wśród pastwisk
jemy śniadanie.
Urokliwie, pasą się konie, krowy, jakiś pastuszek moczy kija w
kałuży. Jedziemy do Braila, żeby przekroczyć Dunaj. Najpierw trzeba go znaleźć.
Miasto jest oderwane od rzeki jak jeszcze do niedawna Poznań.


Podczas przeprawy
promowej zagaduje nas chłopak , mieszkający od kilku lat w Belgii i pracujący z
Polakami. Całą przeprawę przegadaliśmy zamiast strzelać fotki. W międzyczasie
zadzwonili też z Booking.com z przeprosinami za sytuację z ubiegłej nocy i
propozycją rabatu i pomocy przy kolejnej rezerwacji. Przetoczyliśmy się przez
Tulca nie znajdując żadnego powodu, który by nas skłonił do zatrzymania się,
koszmarne miasto. Cygański Babadag też różnił się mocno do wcześniejszego
Huedin. Tu domy były dużo skromniejsze, czuć biedę. Odnajdujemy Vadu i z
przerażeniem uciekamy. Opuszczona rozpadająca się fabryka, niedokończone bloki
widma w środku wioski. Krajobraz przypomina Kołomino z pojezierza Drawskiego.
Na horyzoncie majaczą się instalacje rafinerii w Novodari. Krajobraz księżycowo-industrialny
to nie miejsce do odpoczynku na plaży. Jedziemy dalej i trafiamy na wielki plac
budowy. Powstają wieżowce, apartamentowce, jeden obok drugiego, jeden wyższy od
drugiego. Jedynym sensownym wyborem zdaje się pole namiotowe, ukryte wśród
drzew. Szybko rozbijamy naszą norkę, bo zbliża się burza i idziemy na zasłużony
obiad. A tam, po chwili, spotykamy warszawiaków, którzy dotarli na motocyklach.
Wieczór kończymy na kawą na plaży.

07-07-2017
Wybraliśmy bardzo dobre miejsce na
polu, bo poranne słońce nie wygania nas z namiotu. Śpimy do 9 rano co w
namiocie jest dobrym wyczynem.

Tradycyjne śniadanie na trawie i poznajemy
naszych sąsiadów, z którymi się dogadujemy że podładują nam telefony. Czas
wygrzać tyłki na plaży i zanurzyć w wodach Czarnego Morza. Niestety silny wiatr
od morza skutecznie nas zniechęca do realizacji drugiego punktu planu. Trochę
to zdradliwe, bo nie czujemy, że słońce nas skutecznie przypieka. Nie potrafimy
zbyt długo siedzieć w miejscu, więc plażą ruszamy do Mamaia. Liczymy że gondola
która ma tam stację kończy swój bieg w Konstancy. Plaże zastawione parasolkami
i leżakami, ale tłoczno bywa tylko momentami.


Na jednej z plaż przy parasolkach
rozstawione kartki z inrygującym napisem „Reserved for the bitch customers”.
Mam ochotę dopytać o szczegóły zwłaszcza w temacie aktualności badań lekarskich
ale Ania kopie mnie w kostkę i idziemy dalej. Słońce grzeje, wiatr wieje, a my
nabieramy coraz ciekawszych odcieni czerwieni. Docieramy do Mamai, gondola jest
ale jedzie tylko na drugi koniec miasteczka, Zaporowa cena zniechęca nas,
wolimy tą kasę przeznaczyć na żarcie. Snujemy się deptakiem, idziemy na molo,
upał powstrzymuje od jedzenia a jego sygnały Ania gasi ciastkiem z bryndzą, a
ja porcją frytek. Ruszamy z powrotem plażą, znowu pod słońce które jest już
coraz niżej. Apartamentowce rzucają na plażę cień. Docieramy na nasz camping,
przebieramy się i idziemy na obiad do knajpy gdzie wczoraj piliśmy kawę. Mają
akurat wieczór meksykański. Jest pięknie, na plaży zapalają się ogniska,
kucharz przygotowuje na naszych oczach fajitas, a ja dostaję owoce morza. Do
tego wino, kawa i czego chcieć więcej.
08-07-2017
W nocy mieliśmy technoparty. W
Konstancy rozpoczął się jakiś festiwal o którym wspominał nasz drug z promu w
Braila. Muzyka dudniła do samego rana. Tradycyjne śniadanie i pożegnanie z
sąsiadami, którzy ruszali w drogę powrotną do Polski. Wieje trochę mniej więc
ruszamy na plażę. Niestety warunki na plaży podobne do wczorajszych, choć
temperatura wyższa. Na szczęście woda w morzu jest ciepła i po chwili bawimy
się wśród fal. Ponieważ dzień wcześniej przesadziliśmy ze słońcem chcemy
pojechać do Konstancy. Łapiemy busa i po kilkunastu minutach dreptamy blokowiskami
w kierunku starówki. Mamy mieszane uczucia. Blokowiska za nami, zaczęła się
stara zabudowa, ale co chwila wyrasta jakiś koszmarek z minionej epoki betonu,
lub niedokończona budowa, sprzed kilkunastu lat. Docieramy do placu Owidiusza,
schodzimy do mariny, szukamy starego kasyna.

Szkoda że ten piękny secesyjny
budynek, będący wizytówką tego miasta wciąż nie doczekał się renowacji i popada
w ruinę. To wszystko jakoś się nie klei, bo dookoła zrobiona piękna promenada,
ze stylizowanymi latarniami, ławeczkami. Tak jakby coś próbowało się ruszyć, a
nie mogło. Deliberujemy gdzie i co zjeść, aż trafiamy do Gastrobaru, gdzie
zrobiło się właśnie pusto. Dostajemy takąż wyżerkę że tak dobrze jeszcze nie
było. Jedzenia jest opór, nie jesteśmy w stanie tego przejeść, a na dodatek
wszystko pyszne.
Gdyby nie fakt że zaczęło się robić późno, zostalibyśmy tam
jeszcze na kawę. Ociężale ruszamy w kierunku powrotnym. Miasto zaczyna nam się
coraz bardziej podobać – no tak, przez żołądek do serca.
09-07-2017
Dzisiejszy dzień ogłaszamy dniem
książki. Po śniadaniu idziemy na plaże wykupujemy leżaki pod parasolem i cały
dzień spędzamy pogrążeni w lekturze. Wieczorem wsiadamy do auta po raz pierwszy
od 3 dni i jedziemy na obiad do Corbu. Tam spotykamy sympatyczną parę z
Transylwanii, która zaoferowała nam pomoc w tłumaczeniu. Po obiedzie jedziemy
do Mamai. Niestety Ani zaczyna doskwierać kręgosłup więc wracamy do namiotu.
10-07-2017
O ile w Konstancy skończył się
festiwal, to zaczął się nowy na naszym polu namiotowym. O 5 rano jakiś babsztyl
zaczął zawodzić na tyle głośno że obudził całe pole. Skończyło się interwencją
policji po godzinie awantur. Po śniadaniu ruszyliśmy na plazę. Przestało wiać,
zniknęli kite-surferzy, a słońce zaczęło konkretnie piec. Koło 14 wsiadamy w
samochód i jedziemy na południe do Eforie. Zaskoczenie. Znaleźliśmy miejsce
bardziej podobne do naszych nadmorskich miejscowości i to tych mniejszych.
Stare miasteczko, bez wielkich apartamentowców, hoteli, jazgoczącej na plaży
muzyki, są pokoje do wynajęcia od prywatnych właścicieli, plaże prawie puste.
Klimat jak w Mrzeżynie, czyli nic za bardzo się nie dzieje.
Wracając zatrzymujemy
się na obiad w Konstancy, w znanej nam już knajpie. Znou pysznie i trudno to
wszystko wchłonąć.
11-07-2017
Upał i sąsiedzi budzą nas jeszcze
przed 8 rano. Kończymy nasz nadmorski epizod w Rumuni i ruszamy do Bukaresztu.
Podziwianie płaskiego krajobrazu Dobrudży mało nas podnieca więc jedziemy
autostradą i ok.14 jesteśmy na miejscu. Znajdujemy nocleg tuż przy starówce i
placu Unirii. Bukareszt to dziwne miasto. Chora wizja słońca narodu Caucescu
kazała wyburzyć całe kwartały ulic, dla jego planu zbudowania pól elizejskich w
tym Paryżu południa. Gigantyczny gmach parlamentu góruje na wzgórzu zamykając perspektywę.
Wokół alei ciągną się wieżowce o wymyślnych detalach architektonicznych,
nawiązujących do antyku, secesji, art-deco czy baroku. Totalne pomieszanie z
poplątaniem. Zaraz za blokami, wciśnięte są zabudowania sprzed 100 i więcej
lat. Tam widać antyczne ruiny, obok cerkiew z XIV w., kamienica z XIXw. i wciśnięty
między to koszmarek socrealistyczny. Albo stara cerkiewka w narożnika podwórza
blokowiska. Wieczorem miasto znacznie zyskuje. Tętnią życiem kawiarnie, bary,
tłumy bawiącej się młodzieży, wszystko oświetlone. Szwendamy się do 2 w nocy.







12-07-2017
Dzisiejszy plan to Rasnov i
Sigisoara. Choć dystans nie wydaje się daleki trochę czasu nam to zajmuje.
Zaczynamy od samochodowej wycieczki ulicami Bukaresztu, z obowiązkowym
przystankiem pod łukiem triumfalnym. Do Rasnova docieramy ok. 15, wjeżdżamy
kolejką na górę i zwiedzamy twierdzę chłopską. Opis z przewodnika „trwała
ruina” wprawił nas w rozbawienie ale warto było się zatrzymać i zwiedzić.
Uciekamy przed gigantyczną burzą która nachodzi i jedziemy do Sigisoary. Nocleg
znajdujemy pod górną basztą. Miejsce bardzo klimatyczne pod samą wieżą bramy
starego miasta, skąd na starówkę mamy dwa kroki. Po obiadokolacji wspinamy się
zabytkowymi schodami szkolnymi na wzgórze, które króluje nad miastem, z
najstarszym gimnazjum i katedrą św. Mikołaja. Niestety wszystko zarośnięte i
panoramy żadnej nie da się uchwycić. Trochę się włóczymy uliczkami i idziemy
spać.
13-07-2017
Po skromnym śniadaniu wsiadamy w
samochód i kierujemy się przez targu Mures do Sapanty. Za oknem znowu widoki
zwalające z nóg. W targu Mures próbujemy złapać jakiś klimat miasta ale opornie
nam to idzie. W końcu decydujemy ze rezygnujemy z Wesołego Cmentarza pod
ukraińską granicą i rezerwujemy nocleg na Węgrzech w środku niczego. Sapantę
odwiedzimy kolejnym razem, mam nadzieję że wówczas już na motocyklu. Na razie
chcemy trochę odetchnąć przed powrotem i ni czujemy powodu żeby się śpieszyć.
14-07-2017
Miejsce w Tiszabod okazuje się
strzałem w 10. Daleko od cywilizacji, żadnej ruchliwej ulicy w pobliżu, za to
woda, bociany, kury, kaczki drób… Dodatkowo ekstra apartament i właścicielka,
mówiąca z brytyjskim akcentem. Miejsce czyste, czuć nowością, trawniki równo
przystrzyżone, schludnie i ładnie. Dzień z książką zaczynamy od śniadania.
Koło
południa spacer do pobliskiego pałacu. Pałac ładnie odnowiony ale dookoła żal
patrzeć. W wiejskim sklepiku
lody Koral
i obowiązkowy arbuz.
Po południu jedziemy do Miskolc Tapolca na baseny w
grotach skalnych. Pierwsze wrażenie ekstra, trochę się gubimy w skalnych
korytarzach, ale po niedługim czasie stwierdzamy że mało tu atrakcji.
Na obiad jedziemy do Miskolc.
Wybieramy knajpę przy miejskim placyku gdzie trwają jazzowe koncerty. Wybieram
z ciekawości danie z duszonym selerem i jest to kolejny strzał w 10. W życiu
bym się nie spodziewał że seler podany podobnie jak puree z ziemniaków będzie
tak rewelacyjnie smakował. Dość powiedzieć, że weszło to danie na stałe do
naszej kuchni. Ania tez szczęśliwa a za plecami leci standard „Sunny side of
the street”.
15-07-2017
Pospaliśmy, pojedliśmy i myślimy
co dalej. Jest tu tak pięknie że nie chce się ruszać i wracać na północ, tym
bardziej po sprawdzeniu prognoz. Problem sam się rozwiązuje bo nie ma wolnych
miejsc od dzisiaj i musimy jechać. Szybkie pakowanie i o 11 „on the road
again”. Po 20 minutach znowu płyniemy promem. Tym razem rzeka Tisza. Kawałek
przed słowacką granicą skręcamy w jakąś boczną drogę. Ruch tu dość spory żeby
robić piknik, ale udaje nam się kupić za jakieś psie pieniądze tonę moreli.
Piknik robimy kilkanaście km dalej, a ok. 17 przekraczamy polską granice i
zatrzymujemy się w Piwnicznej Zdrój, na obiad. Nie bardzo jest sens jechać
dalej, więc rezerwujemy pokój w górskim domku w Wierchowinie Malej i za chwilę
wspinamy się ostro po zboczu jakiejś góry.

PODSUMOWANIE
Rumunia przez 10 lat zmieniła się
i to bardzo. Gdy w 2007 roku przekraczaliśmy granicę HU-RO powitały nas góry
śmieci leżące wzdłuż dróg, koszmarne warunki sanitarne na polu namiotowym w
Sigisoarze , zamiłowanie do supermarketów podobnie jak w Polsce, co trochę
ratowało poziom sanitarny oraz patrole policji na słupkach każdej miejscowości.
Teraz spotkaliśmy porządek, jakiego nie powstydzili by się Niemcy, malownicze odnowione
górskie wioski, przy których austriackie mogą się schować, piękne widoki,
przyjaźnie nastawionych ludzi, dobre jedzenie i standardy na poziomie nie
odbiegającym w niczym od tego co oferuje nasz kraj. Oczywiście nie cała Rumunia
taka jest. Wyraźnie odstaje od tego Dobrudża, gdzie fundusze unijne jeszcze nie
dotarły, albo zostały spożytkowane na co innego. Są miejsca gdzie nie warto, a
nawet nie należy się zapuszczać, ale który kraj ich nie ma. Nie zmienia to
faktu, że do Rumuni warto jechać i nie była to nasza ostatnia wizyta w tym
pięknym kraju.