sobota, 1 września 2018

BMW G650X-Counrtry zwany także Wieśniakiem

Motocykl kupiony, radości co nie miara, coś jednak nie pasuje.
Dlaczego on taki wysoki? Przecież X-Country to była najniższa wersja serii G650X! A ten sprawia wrażenie że jest wyższy od mojego Dakara!
Jak się okazało pierwsze egzemplarze, a do takich musiał zaliczać się nasz nowy nabytek były stosunkowo wysokie. Dopiero później zastosowano niższy amor, węższą kanapę i kilka innych drobiazgów.
No cóż, czekało mnie kilka operacji mających na celu obniżenie motocykla aby Ania komfortowo mogła go obsługiwać. Na pierwszy ogień wpuściliśmy lagi ok 2,5cm niżej górnej półki, poźniej skręciliśmy śrubę przy tylnym amorze, a na końcu zastosowaliśmy niższą podkładkę pod sprężynę, Z racji obniżenia konieczne było zastosowanie niższej stopki bocznej, bo motocykl na swojej pierwotnej stał prawie pionowo na postoju. Kupiłem też drugą kanapę, którą dałem do obszycia i wyprofilowania wężej, składane klamki sprzęgła i hamulca, oraz szybę Isotta, dedykowaną do tego modelu, która znacznie poprawiła Ani komfort jazdy zwłaszcza z wyższymi prędkościami. Z racji naszego zamiłowania do podróży dostał też kuferek , grzane manetki, aluminiową osłonę silnika i parę innych gadżetów przydatnych przy dalszych wyjazdach.
Motocykl po roku zdążył podwoić ze sporą nawiązką swój dotychczasowy przebieg. Wygląda na to, że Ania przejechała nim już około 7000km, ja kolejny 1000km.





 
Ania z motocykla jest bardzo zadowolona. Nie dość powiedzieć że w tym roku zdążyła pojechać na Ukrainę do Zbaraża, kilka razy nad polskie morze, pokręcić się po okolicy, przeprawić przez wydmy puszczy Nadnoteckiej drogą DW133 (zgroza!) 
Poniższe zdjęcie ze strony http://www.weekendpolska.pl/?p=651 przedstawia tylko znak, który powinien dać nam do myślenie i spowodować odwrót. Co było dalej... poniżej

 A mimo to Ania nie ma wciąż dość i chce jeździć dalej zaskoczona łatwością jego prowadzenia nawet w tak ekstremalnych warunkach jako powyżej.

niedziela, 11 lutego 2018

sierpień 2017 niespodzianka

W grudniu 2016 roku sprzedał się nasz mały GS którym jeździła ostatnimi czasy Ania

Nic nie wskazywało że prędko kupimy coś nowego dla Ani, a tu proszę...






Rumunia 2017 – odczarowujemy kraj Drakuli


PROLOG

Rumunia chodziła mi po głowie od dawna. Choć mieliśmy marne doświadczania z tym krajem sprzed 10 lat, opisy ostatnich podróży jakie znalazłem na naszym forum czy ogólnie w internecie, były dla mnie inspiracją do odwiedzin tego kraju i przełamania stereotypów jakie siedziały we mnie i jakie krążą po Polsce. Największym wyzwaniem wydawało się przekonanie Ani, że 10 lat później może być dużo lepiej. O dziwo była przygotowana i nie oponowała. Chyba zbyt często jej marudziłem, że chcę do Rumuni i czuła że prędzej czy później będzie trzeba się zmierzyć z przeszłością 😊 Niestety tym razem nie jedziemy motocyklem. Ostatnie lata nadwyrężania naszych kręgosłupów dały nam się na tyle we znaki, że chcąc nie chcąc trzeba było odpuścić i pojechać samochodem. 

30-06-2017

Jak zwykle ruszamy skoro świt. Tym razem jest 13, ale to jeszcze nie jest początek podróży. Dopiero godzinę później ruszamy na południe. Ponieważ ma to być tylko dojazdówka nie przewidujemy żadnego zwiedzania po drodze. Nie oznacza to że droga nie obfituje w atrakcje. Choć jedziemy samochodem najpierw omijamy korek pod Sulejowem jakąś szutrową drogą by potem przeprawić się promem przez Wisłę. Przed 21 lądujemy w Tarnowie, gdzie mamy nocleg przed kolejnym etapem podróży.

01-07-2017

Śpimy długo, za oknem szaro i mokro. Zbieramy się z pokoju i jemy własne śniadanie na hotelowym tarasie. Prze Gorlice kierujemy się na Konieczną jadąc w strugach deszczu. Po przekroczeniu granicy nie jest lepiej. Kierujemy się w kierunku Tokaju, by tam zrobić pierwszy postój. Miasteczko okazuje się małą dziurą, w której nie znajdujemy nic co by nas zachwyciło. 


Po sutym obiedzie na brzegi Cisy ruszamy dalej w kierunku Rumunii. Około 20 lądujemy w Oradei, logujemy się w klimatycznym hotelu Gobe Csarda i ruszamy na miasto. 

Parkujemy w okolicach placu Unirii i odbiera nam mowę. Widać jak ogromną kasę wpompowano z UE. Miasto zachwyca, plac i dalej ulica Republiki wręcz kapie secesją. Wszystko czyste, odremontowane, gwarno, ciepło, przyjaźnie. Spacerujemy oniemiali. Jest jeszcze sporo do zrobienia, ale ogrom pracy jaki już włożono widać doskonale. Miał rację ten co powiedział, że potrafili wykorzystać fundusze unijne jeszcze lepiej niż my. Mamy wrażenie, że Drezno, które nas oczarowało 1,5 miesiąca temu to przy Oradei mały pikuś. Zmęczeni siadamy przy wieczornej kawie i proseco. Zauważamy zmianę czasu jaka się dokonała i wracamy do hotelu.



02-07-2017

W nocy wyją psy, wrzeszczą koty. Zwlekamy się z łózka o 9 i opuszczamy nasze lokum. Jeszcze raz podjeżdżamy do centrum Oradei by zrobić kilka fotek w świetle dziennym.


Zamieniamy kilka słów z motocyklistą z Lublina i ruszamy dalej. Kilkanaście kilometrów dalej wdrapujemy się na szczyt tamy Che Lugasu gdzie robimy sobie śniadanie na trawie. 

Po drodze mijamy cygańskie miasto Huedin. Walt Disney mógłby  pozazdrościć. 

Cluj Napoca nie olśniewa już jak Oradea, ale też widać że kasa płynie i wszystko się remontuje. Tu też ilość secesyjnych kamienic przytłacza. 


Kolejny przystanek to Alba Iulia, dawna stolicą Siedmiogrodu z potężną cytadelą. Spacerujemy w jej murach, podziwiamy obie katedry, prawosławną i katolicką. Tu też zmieniło się wiele przez ostatnich 10 lat co najlepiej oddają zdjęcia ukazujące stan cytadeli przed renowacją.


Nie bardzo mamy pomysł co dalej, prognozy na jutro takie sobie, więc jazda Transalpiną w deszczu mija się z celem. Proponuję Ani ucieczkę od miasta, hotelowych standardów i zaszycie się w górach.
Kawałek przed Sugag wdrapujemy się stromą ścieżką na wzgórze, by trafić do Pensiunea Briboaie. Jesteśmy w środku niczego, a za oknem zaczyna lać. 





03-07-2017

Nasza chatka ma chyba dobre feng shui. Ja spałem bite 9 godzin, Ania 1,5 godziny dłużej. Za oknem pochmurno, co chwile coś kapie. Podumaliśmy chwilę nad pomysłem na dzisiejszy dzień i wybraliśmy zwiedzanie Sibiu. W Sasciori skręcamy w boczną drogę 670C na Garbova, by ominąć główne drogi. Już w pierwszej wiosce napotykamy chłopską warownię albo warowny kościół. Kolejny jest już w Garbova. Drogi choć białe, mają nowy asfalt na ponad 90% długości. Drogą E81 docieramy do Sibiu. Wyciągamy parasol i ruszamy na zwiedzanie. Miasto robi podobne wrażenie jak Oradea choć ma zupełnie inny klimat. To już nie monumentalna secesja z barokiem, bardziej typ średniowieczny, trochę gotyku. Wszystko w mniejszej skali, która nie przytłacza. Choć nadal cukierkowo, to ma też skazy. 


Zwiedzamy Wielki i Mały Rynek, krążymy uliczkami czując na sobie „oczy miasta”, podziwiamy kościoły, a największe wrażenie robi prawosławna bazylika świętej trójcy. Pozostałe są dużo skromniejsze w wystroju. Widok po wdrapaniu się na wieżę ratuszową przypomina wloskie miasteczka. Podziwiamy  „most kłamców” – pierwszą żeliwną konstrukcją w Transylwani, która miała się zawalić jeśli przejdzie po nim kłamca. 
,


W końcu siadamy przy obiedzie, robimy szybkie zakupy i znowu bocznymi dogami wspinamy się przez góry aż do Jina. Zachwycamy się mijanymi wioskami, ich malowniczością, zdobieniami domów i bram. Po wyjeździe z Jiny droga ostrymi serpentynami schodzi w dół. Dodatkowo przebijamy się przez chmurę więc widoczność jest mocno ograniczona. Ania lekko panikuje nie wyobrażając sobie jak mielibyśmy jechać tędy motocyklem. Po dzisiejszych ulewach miejscami rozmyło trochę góry i zasypało drogi błotnistą mazią. Wprawdzie zostało to już uprzątnięte i droga jest przejezdna ale wciąż zalega na niej spora ilość błota i drobniejszych kamieni. W końcu wypadamy na Transalpinę i za chwilę wdrapujemy się do naszej górskiej chatki, w której odwiedza nas młody lisek.


 

04-07-2017

Za oknem bezchmurne niebo. Ogarniamy się powoli, strzelamy ostatnie foty tego uroczego miejsca i już po 10,30 ruszamy w drogę. Droga do Novaci to raptem 100km, wydaje się że to nic. Początkowo jedziemy wąwozami , zbyt wiele do podziwiania nie ma. Przy Tau Bistra spotykamy motocyklistów z Szamotuł, którzy ambitnie twierdzą, że zrobią dziś Transalpinę i Transfogarską. 


Przy zalewie Oasa zaczyna być już trochę bardziej widokowo, ale dopiero po minięciu rozjazdu na drogę 7A zaczyna się prawdziwa Transalpina. Zakręty wiodą ostrymi serpentynami w górę, momentami muszę redukować do pierwszego biegu. Droga jest efektowna ale i mega wymagająca. Nie ma zbyt wielkiego ruchu, na szczęście, a widoki zwalają z nóg. Widok z przełęczy Urdele na Wołoszczyzne wymiata. 






Nasz GPS pokazuje wysokość 2152m npm., termometr +9st. C. Ten odcinek drogi zajął nam ponad 3 godziny jazdy. Teraz zaczyna się jazda w dół, ale wcale nie jest szybciej. Co chwile trzeba się zatrzymać, pstryknąć kilka fotek. 






W końcu dojeżdżamy do Novaci, by tam odbić na Horezu przez Baia de Fier. W okolicy odwiedzamy jeszcze jakieś kościółki i monastyr w Bistricy. 



Robi się późno więc lecimy do Curtea de Arges zobaczyć najstarszy kościół na Wołoszczyźnie, cerkiew książęca św. Mikołaja, gdzie przygarnia nas lokalny przewodnik i opowiada całą historię miejsca wraz z odniesieniami do Zawiszy Czarnego. 

Nie możemy też pominąć katedry, Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej, o niesamowicie ozdobnej fasadzie i niezwykłych wieżach. Ta mieszanka stylów rodzimych, bizantyjskich i arabskich robi wrażenie.

Najwyższy czas coś zjeść i pomyśleć o noclegu. Daleko nie dojedziemy więc logujemy się w Corbeni. Podjeżdżamy tylko jeszcze do zamku Vlada Palovnika, ale 1600 stromych schodów skutecznie nas zniechęca do podziwiania zachodu słońca z zamkowych murów.

05-07-2017

Budzi nas koszmarnie skrzypiące łóżko i ryczące krowy na pastwisku. Zaczynamy tradycyjnie śniadaniem na trawie. Czeka nas jeszcze wizyta u miejscowego mechanika bo coś podejrzanie tłucze mi się w zawieszeniu.

Szybka diagnoza – puściła śruba mocowania wahacza. Chłopaki szybko się uwinęły, a my ruszamy na Transfogarską.
Góry są tu inne od tych z Transalpiny. Bardziej surowe, bloki skalne wznoszą się wysoko, a gdzieś powyżej wije się dalsza część naszej drogi. Choć początkowo mamy wrażenie, że droga wykuta w litej skale będzie technicznie trudniejsza od wczorajszej trasy okazuje się inaczej. Dopiero po chwili uświadamiamy sobie, że droga była budowana dla potrzeb wojska, a ciężki sprzęt, ostrego zakrętu o 180st. pod dużym kątem pod górę nie pokona. Dojechaliśmy do tamy Vidraru, kilka okolicznościowych fotek i uciekamy z tłumu turystów.


Dalej droga wiedzie przez las wzdłuż jeziora. Droga jest dość mocno zatłoczona w stosunku do Transalpiny. W końcu wyjechaliśmy powyżej linii lasu i szerokimi trawersami sunęliśmy po kolejnych zboczach. Tu już trzeba było się zatrzymywać co chwilę. Widoki zapierały dech. Na którymś z przystanków słyszymy swojskie „dzień dobry”. To krajanie, którzy delektują się drugim śniadaniem i  okolicznościami przyrody. W  końcu dojeżdżamy do tunelu i przeskakujemy na drugą stronę góry, w sam środek „Krupówek”.





Stajemy kawałek dalej unikając tłumów i kramów z bibelotami. Widok na dolinę z wijącą się nitką drogi jest niesamowity. Rozumiem dlaczego ta trasa zalicza się do jednych z najpiękniejszych dróg świata. Zjeżdżamy w dół robiąc miliardy fotek i kierujemy się do Brasov. Po drodze stajemy jeszcze na kawę i lody w Fogarasz z cytadelą w samym sercu miasta i urokliwym kebabem pod opieką cerkiewnych murów.

W parku przy Piata Republici mężczyźni grają w warcaby, co przypomina mi migawki z Włoch czy Francji.

Brasov śliczne jak Sibiu, z podobnym klimatem. Jemy obiad, błądzimy uliczkami, odwiedzamy najwęższą uliczkę w tej części świata, delektujemy miastem.



To nie koniec dzisiejszej podróży. Jedziemy do Buzau. Droga też urokliwa, niej jest już tak tłoczno, jednak ja znowu słyszę, że w zawieszeniu coś tłucze.

06-07-2017

Noc była niespokojna. W hotelu gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój okazało się że nie ma miejsc i szukaliśmy czegoś na szybko. Trafił się motel przy stacji benzynowej w stylu Etap czy Ibis Budget. Hałas ciężarówek wygonił nas wcześnie z łóżka. Nie mamy nic na śniadanie, ale to nic. Kupimy coś po drodze i zjemy na trawie. Najpierw jednak szukamy jakiegoś mechanika co rzuci okiem, czy możemy dalej jechać. Okazało się że pozrywały się gumy wahacza, ale ponoć można jechać. Mechanikiem nie jestem więc pozostaje mi zawierzyć fachowcom. Na jakiejś bocznej drodze wśród pastwisk jemy śniadanie.



Urokliwie, pasą się konie, krowy, jakiś pastuszek moczy kija w kałuży. Jedziemy do Braila, żeby przekroczyć Dunaj. Najpierw trzeba go znaleźć. Miasto jest oderwane od rzeki jak jeszcze do niedawna Poznań.


Podczas przeprawy promowej zagaduje nas chłopak , mieszkający od kilku lat w Belgii i pracujący z Polakami. Całą przeprawę przegadaliśmy zamiast strzelać fotki. W międzyczasie zadzwonili też z Booking.com z przeprosinami za sytuację z ubiegłej nocy i propozycją rabatu i pomocy przy kolejnej rezerwacji. Przetoczyliśmy się przez Tulca nie znajdując żadnego powodu, który by nas skłonił do zatrzymania się, koszmarne miasto. Cygański Babadag też różnił się mocno do wcześniejszego Huedin. Tu domy były dużo skromniejsze, czuć biedę. Odnajdujemy Vadu i z przerażeniem uciekamy. Opuszczona rozpadająca się fabryka, niedokończone bloki widma w środku wioski. Krajobraz przypomina Kołomino z pojezierza Drawskiego. Na horyzoncie majaczą się instalacje rafinerii w Novodari. Krajobraz księżycowo-industrialny to nie miejsce do odpoczynku na plaży. Jedziemy dalej i trafiamy na wielki plac budowy. Powstają wieżowce, apartamentowce, jeden obok drugiego, jeden wyższy od drugiego. Jedynym sensownym wyborem zdaje się pole namiotowe, ukryte wśród drzew. Szybko rozbijamy naszą norkę, bo zbliża się burza i idziemy na zasłużony obiad. A tam, po chwili, spotykamy warszawiaków, którzy dotarli na motocyklach. Wieczór kończymy na kawą na plaży.

 07-07-2017

Wybraliśmy bardzo dobre miejsce na polu, bo poranne słońce nie wygania nas z namiotu. Śpimy do 9 rano co w namiocie jest dobrym wyczynem.

Tradycyjne śniadanie na trawie i poznajemy naszych sąsiadów, z którymi się dogadujemy że podładują nam telefony. Czas wygrzać tyłki na plaży i zanurzyć w wodach Czarnego Morza. Niestety silny wiatr od morza skutecznie nas zniechęca do realizacji drugiego punktu planu. Trochę to zdradliwe, bo nie czujemy, że słońce nas skutecznie przypieka. Nie potrafimy zbyt długo siedzieć w miejscu, więc plażą ruszamy do Mamaia. Liczymy że gondola która ma tam stację kończy swój bieg w Konstancy. Plaże zastawione parasolkami i leżakami, ale tłoczno bywa tylko momentami.


Na jednej z plaż przy parasolkach rozstawione kartki z inrygującym napisem „Reserved for the bitch customers”. Mam ochotę dopytać o szczegóły zwłaszcza w temacie aktualności badań lekarskich ale Ania kopie mnie w kostkę i idziemy dalej. Słońce grzeje, wiatr wieje, a my nabieramy coraz ciekawszych odcieni czerwieni. Docieramy do Mamai, gondola jest ale jedzie tylko na drugi koniec miasteczka, Zaporowa cena zniechęca nas, wolimy tą kasę przeznaczyć na żarcie. Snujemy się deptakiem, idziemy na molo, upał powstrzymuje od jedzenia a jego sygnały Ania gasi ciastkiem z bryndzą, a ja porcją frytek. Ruszamy z powrotem plażą, znowu pod słońce które jest już coraz niżej. Apartamentowce rzucają na plażę cień. Docieramy na nasz camping, przebieramy się i idziemy na obiad do knajpy gdzie wczoraj piliśmy kawę. Mają akurat wieczór meksykański. Jest pięknie, na plaży zapalają się ogniska, kucharz przygotowuje na naszych oczach fajitas, a ja dostaję owoce morza. Do tego wino, kawa i czego chcieć więcej.

08-07-2017

W nocy mieliśmy technoparty. W Konstancy rozpoczął się jakiś festiwal o którym wspominał nasz drug z promu w Braila. Muzyka dudniła do samego rana. Tradycyjne śniadanie i pożegnanie z sąsiadami, którzy ruszali w drogę powrotną do Polski. Wieje trochę mniej więc ruszamy na plażę. Niestety warunki na plaży podobne do wczorajszych, choć temperatura wyższa. Na szczęście woda w morzu jest ciepła i po chwili bawimy się wśród fal. Ponieważ dzień wcześniej przesadziliśmy ze słońcem chcemy pojechać do Konstancy. Łapiemy busa i po kilkunastu minutach dreptamy blokowiskami w kierunku starówki. Mamy mieszane uczucia. Blokowiska za nami, zaczęła się stara zabudowa, ale co chwila wyrasta jakiś koszmarek z minionej epoki betonu, lub niedokończona budowa, sprzed kilkunastu lat. Docieramy do placu Owidiusza, schodzimy do mariny, szukamy starego kasyna.

Szkoda że ten piękny secesyjny budynek, będący wizytówką tego miasta wciąż nie doczekał się renowacji i popada w ruinę. To wszystko jakoś się nie klei, bo dookoła zrobiona piękna promenada, ze stylizowanymi latarniami, ławeczkami. Tak jakby coś próbowało się ruszyć, a nie mogło. Deliberujemy gdzie i co zjeść, aż trafiamy do Gastrobaru, gdzie zrobiło się właśnie pusto. Dostajemy takąż wyżerkę że tak dobrze jeszcze nie było. Jedzenia jest opór, nie jesteśmy w stanie tego przejeść, a na dodatek wszystko pyszne.

Gdyby nie fakt że zaczęło się robić późno, zostalibyśmy tam jeszcze na kawę. Ociężale ruszamy w kierunku powrotnym. Miasto zaczyna nam się coraz bardziej podobać – no tak, przez żołądek do serca.



09-07-2017

Dzisiejszy dzień ogłaszamy dniem książki. Po śniadaniu idziemy na plaże wykupujemy leżaki pod parasolem i cały dzień spędzamy pogrążeni w lekturze. Wieczorem wsiadamy do auta po raz pierwszy od 3 dni i jedziemy na obiad do Corbu. Tam spotykamy sympatyczną parę z Transylwanii, która zaoferowała nam pomoc w tłumaczeniu. Po obiedzie jedziemy do Mamai. Niestety Ani zaczyna doskwierać kręgosłup więc wracamy do namiotu.

10-07-2017

O ile w Konstancy skończył się festiwal, to zaczął się nowy na naszym polu namiotowym. O 5 rano jakiś babsztyl zaczął zawodzić na tyle głośno że obudził całe pole. Skończyło się interwencją policji po godzinie awantur. Po śniadaniu ruszyliśmy na plazę. Przestało wiać, zniknęli kite-surferzy, a słońce zaczęło konkretnie piec. Koło 14 wsiadamy w samochód i jedziemy na południe do Eforie. Zaskoczenie. Znaleźliśmy miejsce bardziej podobne do naszych nadmorskich miejscowości i to tych mniejszych. Stare miasteczko, bez wielkich apartamentowców, hoteli, jazgoczącej na plaży muzyki, są pokoje do wynajęcia od prywatnych właścicieli, plaże prawie puste. Klimat jak w Mrzeżynie, czyli nic za bardzo się nie dzieje.

Wracając zatrzymujemy się na obiad w Konstancy, w znanej nam już knajpie. Znou pysznie i trudno to wszystko wchłonąć.

11-07-2017

Upał i sąsiedzi budzą nas jeszcze przed 8 rano. Kończymy nasz nadmorski epizod w Rumuni i ruszamy do Bukaresztu. Podziwianie płaskiego krajobrazu Dobrudży mało nas podnieca więc jedziemy autostradą i ok.14 jesteśmy na miejscu. Znajdujemy nocleg tuż przy starówce i placu Unirii. Bukareszt to dziwne miasto. Chora wizja słońca narodu Caucescu kazała wyburzyć całe kwartały ulic, dla jego planu zbudowania pól elizejskich w tym Paryżu południa. Gigantyczny gmach parlamentu góruje na wzgórzu zamykając perspektywę. Wokół alei ciągną się wieżowce o wymyślnych detalach architektonicznych, nawiązujących do antyku, secesji, art-deco czy baroku. Totalne pomieszanie z poplątaniem. Zaraz za blokami, wciśnięte są zabudowania sprzed 100 i więcej lat. Tam widać antyczne ruiny, obok cerkiew z XIV w., kamienica z XIXw. i wciśnięty między to koszmarek socrealistyczny. Albo stara cerkiewka w narożnika podwórza blokowiska. Wieczorem miasto znacznie zyskuje. Tętnią życiem kawiarnie, bary, tłumy bawiącej się młodzieży, wszystko oświetlone. Szwendamy się do 2 w nocy.






  

12-07-2017

Dzisiejszy plan to Rasnov i Sigisoara. Choć dystans nie wydaje się daleki trochę czasu nam to zajmuje. Zaczynamy od samochodowej wycieczki ulicami Bukaresztu, z obowiązkowym przystankiem pod łukiem triumfalnym. Do Rasnova docieramy ok. 15, wjeżdżamy kolejką na górę i zwiedzamy twierdzę chłopską. Opis z przewodnika „trwała ruina” wprawił nas w rozbawienie ale warto było się zatrzymać i zwiedzić.


 Uciekamy przed gigantyczną burzą która nachodzi i jedziemy do Sigisoary. Nocleg znajdujemy pod górną basztą. Miejsce bardzo klimatyczne pod samą wieżą bramy starego miasta, skąd na starówkę mamy dwa kroki. Po obiadokolacji wspinamy się zabytkowymi schodami szkolnymi na wzgórze, które króluje nad miastem, z najstarszym gimnazjum i katedrą św. Mikołaja. Niestety wszystko zarośnięte i panoramy żadnej nie da się uchwycić. Trochę się włóczymy uliczkami i idziemy spać.




13-07-2017

Po skromnym śniadaniu wsiadamy w samochód i kierujemy się przez targu Mures do Sapanty. Za oknem znowu widoki zwalające z nóg. W targu Mures próbujemy złapać jakiś klimat miasta ale opornie nam to idzie. W końcu decydujemy ze rezygnujemy z Wesołego Cmentarza pod ukraińską granicą i rezerwujemy nocleg na Węgrzech w środku niczego. Sapantę odwiedzimy kolejnym razem, mam nadzieję że wówczas już na motocyklu. Na razie chcemy trochę odetchnąć przed powrotem i ni czujemy powodu żeby się śpieszyć.


14-07-2017

Miejsce w Tiszabod okazuje się strzałem w 10. Daleko od cywilizacji, żadnej ruchliwej ulicy w pobliżu, za to woda, bociany, kury, kaczki drób… Dodatkowo ekstra apartament i właścicielka, mówiąca z brytyjskim akcentem. Miejsce czyste, czuć nowością, trawniki równo przystrzyżone, schludnie i ładnie. Dzień z książką zaczynamy od śniadania.

Koło południa spacer do pobliskiego pałacu. Pałac ładnie odnowiony ale dookoła żal patrzeć. W wiejskim sklepiku  lody Koral i obowiązkowy arbuz.

Po południu jedziemy do Miskolc Tapolca na baseny w grotach skalnych. Pierwsze wrażenie ekstra, trochę się gubimy w skalnych korytarzach, ale po niedługim czasie stwierdzamy że mało tu atrakcji.


Na obiad jedziemy do Miskolc. Wybieramy knajpę przy miejskim placyku gdzie trwają jazzowe koncerty. Wybieram z ciekawości danie z duszonym selerem i jest to kolejny strzał w 10. W życiu bym się nie spodziewał że seler podany podobnie jak puree z ziemniaków będzie tak rewelacyjnie smakował. Dość powiedzieć, że weszło to danie na stałe do naszej kuchni. Ania tez szczęśliwa a za plecami leci standard „Sunny side of the street”.

15-07-2017

Pospaliśmy, pojedliśmy i myślimy co dalej. Jest tu tak pięknie że nie chce się ruszać i wracać na północ, tym bardziej po sprawdzeniu prognoz. Problem sam się rozwiązuje bo nie ma wolnych miejsc od dzisiaj i musimy jechać. Szybkie pakowanie i o 11 „on the road again”. Po 20 minutach znowu płyniemy promem. Tym razem rzeka Tisza. Kawałek przed słowacką granicą skręcamy w jakąś boczną drogę. Ruch tu dość spory żeby robić piknik, ale udaje nam się kupić za jakieś psie pieniądze tonę moreli. Piknik robimy kilkanaście km dalej, a ok. 17 przekraczamy polską granice i zatrzymujemy się w Piwnicznej Zdrój, na obiad. Nie bardzo jest sens jechać dalej, więc rezerwujemy pokój w górskim domku w Wierchowinie Malej i za chwilę wspinamy się ostro po zboczu jakiejś góry.
 





PODSUMOWANIE

Rumunia przez 10 lat zmieniła się i to bardzo. Gdy w 2007 roku przekraczaliśmy granicę HU-RO powitały nas góry śmieci leżące wzdłuż dróg, koszmarne warunki sanitarne na polu namiotowym w Sigisoarze , zamiłowanie do supermarketów podobnie jak w Polsce, co trochę ratowało poziom sanitarny oraz patrole policji na słupkach każdej miejscowości. Teraz spotkaliśmy porządek, jakiego nie powstydzili by się Niemcy, malownicze odnowione górskie wioski, przy których austriackie mogą się schować, piękne widoki, przyjaźnie nastawionych ludzi, dobre jedzenie i standardy na poziomie nie odbiegającym w niczym od tego co oferuje nasz kraj. Oczywiście nie cała Rumunia taka jest. Wyraźnie odstaje od tego Dobrudża, gdzie fundusze unijne jeszcze nie dotarły, albo zostały spożytkowane na co innego. Są miejsca gdzie nie warto, a nawet nie należy się zapuszczać, ale który kraj ich nie ma. Nie zmienia to faktu, że do Rumuni warto jechać i nie była to nasza ostatnia wizyta w tym pięknym kraju.