Motocykle zawsze wywoływały we
mnie żywsze bicie serca. Będąc dzieckiem marzyłem o motorowerze czy motorynce,
z zazdrością patrząc na kolegów, którym dane było posiadać dwa kółka z
silnikiem. Spotęgowało się to z chwilą gdy przeprowadziliśmy się na obrzeża
miasta, gdzie za płotem kłaniały nam się już łany zbóż, a wysoki stopień
mechanizacji polskiej wsi dotarł również do nastolatków z podstawówek, w
postaci różnego rodzaju ogarków, komarków, kadetów, jawek czy wypasionych
simsonów. Ach jak ja im zazdrościłem.
Po polskich drogach i bezdrożach
pędziły krajowe Gazele, Gile, Kobuzy, Bąki. Ci z zasobniejszym portfelem mogli
poszpanować MZ250 lub JAWA lub CEZET 350, które sprawiały już wrażenie
dorosłych, dużych motocykli.
Niestety moi rodziciele świadomi
w pełni zagrożeń jakie niosą dwa koła, skutecznie utrudniali mi możliwość
posiadania czegoś więcej niż rower.
Aż przyszedł moment, gdy w
czasach liceum udało mi się wytargać od dziadka, spod gruszy (dosłownie), starą
rdzewiejącą CEZET 175, rocznik 1961 i wspólnie z ojcem doprowadzić ją do stanu
użytkowego. Zdążyłem się nią nacieszyć przez jakiś czas, jednak z racji braku
uprawnień pozwolić sobie mogłem jedynie na ujeżdżanie po okolicznych polach i
dróżkach.
Z chwilą gdy zdałem egzaminy na
prawo jazdy A i B zarzuciłem swoją pasję i przesiadłem się do wygodniejszego
(sic!) malucha. Motocykl był jeszcze przez jakiś czas użytkowany incydentalnie
przeze mnie, aż spoczął w kącie w garażu przysypywany coraz większą ilością
różnych „niezwykle potrzebnych” gratów. Spędził tam około 20 lat, aż historia
zatoczyła koło i zainteresował się nim mój młodszy o tyleż (prawie) brat.
Podobnie jak w końcówce lat 80, wspólnymi siłami z ojcem, podjął próby jego
odrestaurowania i przywrócenia mu pierwotnej świetności.
Tego projektu niestety nie udało
się doprowadzić do końca i motocykl znowu trafił w moje ręce cierpliwie
czekając na wolne chwile i zasoby, które pozwolą dokończyć jego restaurację.
W międzyczasie, po około 17
latach przerwy, w dość niespodziewany sposób, został obudzony we mnie ponownie
motowirus.
W lipcu 2007 roku miałem szansę
dosiąść się do Hondy Shadow, którą kupiła moja przyszła lepsza połowa. Od tego
momentu przygoda z motocyklem zaczęła na nowo pisać swoją historię.
Pierwsze jazdy wykonywałem z
duszą na ramieniu, przerażony wielkością i ciężarem motocykla, w porównaniu do
drzewiej użytkowanej CEZET-ki, a przede wszystkim przerażony świadomością jak
wielkim zagrożeniem są dla mnie wszyscy inni użytkownicy drogi. Dopiero
pierwsze jazdy przypomniały mi i uświadomiły jak bardzo ważna jest stara
zasada, którą tłukli mi kilkanaście lat wcześniej na kursie, „jak widzisz
drugiego użytkownika drogi, z miejsca przestajesz mu ufać”. W samochodzie,
będąc otoczonym kilogramami blach, wsporników, plastików i stref kontrolowanego
zgniotu, dość łatwo o tym się zapomina. A ja byłem pozbawiony stref zgniotu, a
co więcej nie miałem ani odpowiedniego stroju, ani kasku, ani w zasadzie
żadnego wyposażenia, bez którego dzisiaj nie wyobrażam sobie żeby dosiąść
motocykla.
W pierwszy „sezon” przejechałem,
a w zasadzie przejechaliśmy, ponieważ moja partnerka stwierdziła, że będziemy
jeździć razem, kilkaset kilometrów,
oswajając się z nowym środkiem transportu, ciesząc się z coraz szybciej
pokonywanych łuków czy zakrętów. Jesień i zimę poświęciłem na poznawanie
teoretycznych podstaw poruszania się jednośladem oraz szukanie odpowiedniego
dla siebie stroju, który choć trochę zabezpieczy mnie przed niebezpieczeństwem.
Niestety wyszły wówczas również największe mankamenty motocykla typu
chopper:
- niewygodna pozycja za kierownicą,
- niewygodne miejsce dla pasażera
- mocno ograniczone możliwości ładunkowe
Wówczas padła też ważna decyzja, że pozbywamy się naszego cudeńka. Wiedzieliśmy już że potrzebujemy motocykla, którym jednorazowo można przejechać kilkaset kilometrów we dwójkę, który można objuczyć kuframi czy sakwami i co najważniejsze pojedzie też tam gdzie droga się skończy. Zbyt często zdarzało nam się zawracać z chwilą, gdy droga zmieniała się w szuter, czy piach, lub dziurawą nitkę przez knieje.
Wówczas padła też ważna decyzja, że pozbywamy się naszego cudeńka. Wiedzieliśmy już że potrzebujemy motocykla, którym jednorazowo można przejechać kilkaset kilometrów we dwójkę, który można objuczyć kuframi czy sakwami i co najważniejsze pojedzie też tam gdzie droga się skończy. Zbyt często zdarzało nam się zawracać z chwilą, gdy droga zmieniała się w szuter, czy piach, lub dziurawą nitkę przez knieje.
Podjęliśmy próby sprzedania tego co mamy oraz sfokusowaliśmy nasze
poszukiwania na tzw. turystycznych enduro. Z miejsca odpadły wszelakie
ścigacze, kolejne choppery, goldwingi itp. wynalazki przeznaczone do turystyki
autostradowej, a także, z żalem, tzw. klasyki typu Triumph Bonneville.
Stwierdziliśmy, że nie chcemy kolejnego motocykla, którego funkcja ograniczy
się do wyskoku do miasta na kawę, lub zwiedzania okolicznych wiosek i
polerowania chromów.
W końcu, gdy udało się sprzedać Shadow-kę, co ze względu na światowy
kryzys trwało bardzo długo, zaczęliśmy poszukiwania odpowiedniego, choć niekoniecznie
wymarzonego czy najładniejszego motocykla.
Oczywiście marzył mi się duży BMW GS, ale najczęściej był on poza
zasięgiem naszych możliwości finansowych. Ponadto pewne obiekcje wprowadzały
tez wystające na boki cylindry boksera. Mały GS nie znalazł z kolei uznania w
oczach mojej połowicy z racji „tego nieszczęsnego dzioba”. W tym wypadku, również ja miałem obiekcje ze względu na jednocylindrowy silnik i „jedynie” 50KM
mocy.
Jeżdżąc wcześniej elastyczną V-ką, i czytając również o tych silnikach
szukałem czegoś właśnie w układzie V.
Przyszedł jednak moment, gdy moja Ania przypadkiem przysiadła się w
salonie BMW na nowy wypust fabryki, model G650GS, który de facto był kopią
nieprodukowanego przez 3 lata modelu F650GS. W tym momencie stało się jasne, że
żaden inny motocykl niż BMW nie ma szansy stanąć pod domem.
Moje wątpliwości co do niewystarczającej mocy, udało się szybko
zracjonalizować. Przecież moje główne założenie w zakresie mocy dotyczyło
ograniczenia mocy maksymalnej do 80KM. Poziom minimalny był li jedynie
sugestią. Wiedza o modelu powiększyła się o dodatkowe punkty in plus, w temacie
wzorcowej ergonomii oraz bardzo
elastycznego silnika. No i zaczęły się poszukiwania…
Poszukiwania, które dość szybko zaowocowały nabyciem 7 letniego
motocykla w kolorze czarnym, który od 2011 roku służy nam wiernie, pokonując z
nami dziesiątki tysięcy kilometrów.
Pierwszy sezon na nowym motocyklu zamknął się zrobieniem nim 9.000km,
co już samo w sobie było dla mnie wielkim wyczynem, skoro wcześniej robiłem
maksymalnie 6.000 rocznie. I pewnie kilometrów tych by jeszcze przybyło, gdybym
we wrześniu nie został zgarnięty z drogi przez niecierpliwego kierowcę, któremu
znudziło się stać w korku.
Kolejny sezon, 2012, zacząłem wcześnie bo już w połowie marca. W
pewnym sensie zmusiła mnie do tego
sytuacja, ale miało to o tyle dobrą stronę, że okazało się że motocykl mogę z
powodzeniem użytkować nawet przy ujemnych temperaturach na zewnątrz. W tym roku
zmienił się też sposób podejścia do motocykla. Przestał on już być li tylko
odskocznią od codzienności, odstresowywaczem, fajną przygodą, ale stał się dla
mnie po prostu środkiem transportu, który użytkuję z powodzeniem jeśli tylko na
ulicach nie zalega śnieg. Doszło wręcz do tego, że mając gdzieś jechać
odruchowo zakładam na siebie strój motocyklowy, zapominając że pod domem stoi
samochód, w który zawsze mogę wsiąść bez tej całej ceremonii ubierania
"pancerza".
Wciąż mnie bawi jazda motocyklem, wciąż marzę o nowych przygodach,
naszych kolejnych podróżach. Na razie nasze doświadczenie zdobywamy w podróżach
po Polsce, odkrywając nieznane dla nas wcześniej zakątki, co roku zwiększając
przejechany przez nas dystans, kompletując i weryfikując niezbędny w czasie
tych podróży sprzęt, przygotowując się mentalnie do zagranicznych wojaży w
rejony niekoniecznie uznawanych przez nas za cywilizowane. Co przyniesie przyszłość
się okaże.





