środa, 12 grudnia 2012

jak to drzewiej bywało czyli aktywacja motowirusa

Motocykle zawsze wywoływały we mnie żywsze bicie serca. Będąc dzieckiem marzyłem o motorowerze czy motorynce, z zazdrością patrząc na kolegów, którym dane było posiadać dwa kółka z silnikiem. Spotęgowało się to z chwilą gdy przeprowadziliśmy się na obrzeża miasta, gdzie za płotem kłaniały nam się już łany zbóż, a wysoki stopień mechanizacji polskiej wsi dotarł również do nastolatków z podstawówek, w postaci różnego rodzaju ogarków, komarków, kadetów, jawek czy wypasionych simsonów. Ach jak ja im zazdrościłem.
Po polskich drogach i bezdrożach pędziły krajowe Gazele, Gile, Kobuzy, Bąki. Ci z zasobniejszym portfelem mogli poszpanować MZ250 lub JAWA lub CEZET 350, które sprawiały już wrażenie dorosłych, dużych motocykli.
Niestety moi rodziciele świadomi w pełni zagrożeń jakie niosą dwa koła, skutecznie utrudniali mi możliwość posiadania czegoś więcej niż rower.
Aż przyszedł moment, gdy w czasach liceum udało mi się wytargać od dziadka, spod gruszy (dosłownie), starą rdzewiejącą CEZET 175, rocznik 1961 i wspólnie z ojcem doprowadzić ją do stanu użytkowego. Zdążyłem się nią nacieszyć przez jakiś czas, jednak z racji braku uprawnień pozwolić sobie mogłem jedynie na ujeżdżanie po okolicznych polach i dróżkach.
Z chwilą gdy zdałem egzaminy na prawo jazdy A i B zarzuciłem swoją pasję i przesiadłem się do wygodniejszego (sic!) malucha. Motocykl był jeszcze przez jakiś czas użytkowany incydentalnie przeze mnie, aż spoczął w kącie w garażu przysypywany coraz większą ilością różnych „niezwykle potrzebnych” gratów. Spędził tam około 20 lat, aż historia zatoczyła koło i zainteresował się nim mój młodszy o tyleż (prawie) brat. Podobnie jak w końcówce lat 80, wspólnymi siłami z ojcem, podjął próby jego odrestaurowania i przywrócenia mu pierwotnej świetności.
Tego projektu niestety nie udało się doprowadzić do końca i motocykl znowu trafił w moje ręce cierpliwie czekając na wolne chwile i zasoby, które pozwolą dokończyć jego restaurację.
W międzyczasie, po około 17 latach przerwy, w dość niespodziewany sposób, został obudzony we mnie ponownie motowirus.
W lipcu 2007 roku miałem szansę dosiąść się do Hondy Shadow, którą kupiła moja przyszła lepsza połowa. Od tego momentu przygoda z motocyklem zaczęła na nowo pisać swoją historię.
Pierwsze jazdy wykonywałem z duszą na ramieniu, przerażony wielkością i ciężarem motocykla, w porównaniu do drzewiej użytkowanej CEZET-ki, a przede wszystkim przerażony świadomością jak wielkim zagrożeniem są dla mnie wszyscy inni użytkownicy drogi. Dopiero pierwsze jazdy przypomniały mi i uświadomiły jak bardzo ważna jest stara zasada, którą tłukli mi kilkanaście lat wcześniej na kursie, „jak widzisz drugiego użytkownika drogi, z miejsca przestajesz mu ufać”. W samochodzie, będąc otoczonym kilogramami blach, wsporników, plastików i stref kontrolowanego zgniotu, dość łatwo o tym się zapomina. A ja byłem pozbawiony stref zgniotu, a co więcej nie miałem ani odpowiedniego stroju, ani kasku, ani w zasadzie żadnego wyposażenia, bez którego dzisiaj nie wyobrażam sobie żeby dosiąść motocykla.
W pierwszy „sezon” przejechałem, a w zasadzie przejechaliśmy, ponieważ moja partnerka stwierdziła, że będziemy jeździć razem,  kilkaset kilometrów, oswajając się z nowym środkiem transportu, ciesząc się z coraz szybciej pokonywanych łuków czy zakrętów. Jesień i zimę poświęciłem na poznawanie teoretycznych podstaw poruszania się jednośladem oraz szukanie odpowiedniego dla siebie stroju, który choć trochę zabezpieczy mnie przed niebezpieczeństwem.



Kolejny sezon to trenowanie tego co się naczytałem, doskonalenie umiejętności, a przede wszystkim radość z jazdy. Nasza Honda okazała się bardzo wdzięcznym motocyklem, który nigdy nas nie zawiódł i w zasadzie wszędzie dowiózł. Nasze wycieczki dookoła komina były coraz dłuższe, aż przyszedł moment gdy wybraliśmy się motocyklem w naszą pierwszą „dużą” podróż motocyklem nad morze. Dużą bo do pokonania mieliśmy ponad 200km w jedną stronę. Do tej pory nasze wycieczki ograniczały się max do 150 km. Czuliśmy już że podróżowanie motocyklem to to co nas bawi najbardziej, ale przekonać się o tym było nam dane dopiero w drodze do Kołobrzegu.
Niestety wyszły wówczas również największe mankamenty motocykla typu chopper:
- niewygodna pozycja za kierownicą,
- niewygodne miejsce dla pasażera
- mocno ograniczone możliwości ładunkowe
Wówczas padła też ważna decyzja, że pozbywamy się naszego cudeńka. Wiedzieliśmy już że potrzebujemy motocykla, którym jednorazowo można przejechać kilkaset kilometrów we dwójkę, który można objuczyć kuframi czy sakwami i co najważniejsze pojedzie też tam gdzie droga się skończy. Zbyt często zdarzało nam się zawracać z chwilą, gdy droga zmieniała się w szuter, czy piach, lub dziurawą nitkę przez knieje.
Podjęliśmy próby sprzedania tego co mamy oraz sfokusowaliśmy nasze poszukiwania na tzw. turystycznych enduro. Z miejsca odpadły wszelakie ścigacze, kolejne choppery, goldwingi itp. wynalazki przeznaczone do turystyki autostradowej, a także, z żalem, tzw. klasyki typu Triumph Bonneville. Stwierdziliśmy, że nie chcemy kolejnego motocykla, którego funkcja ograniczy się do wyskoku do miasta na kawę, lub zwiedzania okolicznych wiosek i polerowania chromów.
W końcu, gdy udało się sprzedać Shadow-kę, co ze względu na światowy kryzys trwało bardzo długo, zaczęliśmy poszukiwania odpowiedniego, choć niekoniecznie wymarzonego czy najładniejszego motocykla.
Z racji doświadczeń jakie w międzyczasie mieliśmy okazję zdobyć, ja skłaniałem się ku Suzuki DL, który był nowoczesną jednostką, i która też zdobywała różne laury względem swojej użytkowości w czasopismach branżowych. Legendarny Transalp, mimo całej naszej sympatii do marki poległ z chwilą, gdy było nam dane się nim przejechać. AT była zbyt starą dla nas konstrukcją, Kawasaki nie miało nic sensownego do zaoferowania, a może Versys był po prostu zbyt kontrowersyjny, a do Yamahy Tenere miałem zbyt daleko.




Oczywiście marzył mi się duży BMW GS, ale najczęściej był on poza zasięgiem naszych możliwości finansowych. Ponadto pewne obiekcje wprowadzały tez wystające na boki cylindry boksera. Mały GS nie znalazł z kolei uznania w oczach mojej połowicy z racji „tego nieszczęsnego dzioba”. W tym wypadku, również ja miałem obiekcje ze względu na jednocylindrowy silnik i „jedynie” 50KM mocy.
Jeżdżąc wcześniej elastyczną V-ką, i czytając również o tych silnikach szukałem czegoś właśnie w układzie V.
Przyszedł jednak moment, gdy moja Ania przypadkiem przysiadła się w salonie BMW na nowy wypust fabryki, model G650GS, który de facto był kopią nieprodukowanego przez 3 lata modelu F650GS. W tym momencie stało się jasne, że żaden inny motocykl niż BMW nie ma szansy stanąć pod domem.
Moje wątpliwości co do niewystarczającej mocy, udało się szybko zracjonalizować. Przecież moje główne założenie w zakresie mocy dotyczyło ograniczenia mocy maksymalnej do 80KM. Poziom minimalny był li jedynie sugestią. Wiedza o modelu powiększyła się o dodatkowe punkty in plus, w temacie  wzorcowej ergonomii oraz bardzo elastycznego silnika. No i zaczęły się poszukiwania…
Poszukiwania, które dość szybko zaowocowały nabyciem 7 letniego motocykla w kolorze czarnym, który od 2011 roku służy nam wiernie, pokonując z nami dziesiątki tysięcy kilometrów.
 
Pierwszy sezon na nowym motocyklu zamknął się zrobieniem nim 9.000km, co już samo w sobie było dla mnie wielkim wyczynem, skoro wcześniej robiłem maksymalnie 6.000 rocznie. I pewnie kilometrów tych by jeszcze przybyło, gdybym we wrześniu nie został zgarnięty z drogi przez niecierpliwego kierowcę, któremu znudziło się stać w korku.
Kolejny sezon, 2012, zacząłem wcześnie bo już w połowie marca. W pewnym sensie zmusiła  mnie do tego sytuacja, ale miało to o tyle dobrą stronę, że okazało się że motocykl mogę z powodzeniem użytkować nawet przy ujemnych temperaturach na zewnątrz. W tym roku zmienił się też sposób podejścia do motocykla. Przestał on już być li tylko odskocznią od codzienności, odstresowywaczem, fajną przygodą, ale stał się dla mnie po prostu środkiem transportu, który użytkuję z powodzeniem jeśli tylko na ulicach nie zalega śnieg. Doszło wręcz do tego, że mając gdzieś jechać odruchowo zakładam na siebie strój motocyklowy, zapominając że pod domem stoi samochód, w który zawsze mogę wsiąść bez tej całej ceremonii ubierania "pancerza". 
Wciąż mnie bawi jazda motocyklem, wciąż marzę o nowych przygodach, naszych kolejnych podróżach. Na razie nasze doświadczenie zdobywamy w podróżach po Polsce, odkrywając nieznane dla nas wcześniej zakątki, co roku zwiększając przejechany przez nas dystans, kompletując i weryfikując niezbędny w czasie tych podróży sprzęt, przygotowując się mentalnie do zagranicznych wojaży w rejony niekoniecznie uznawanych przez nas za cywilizowane. Co przyniesie przyszłość się okaże.

piątek, 30 listopada 2012

2012 Ćwiartka Północno-Wschodnia

Wtorek, 14/08/2012


Udało się wyruszyć o 17:35 :) jesteśmy najedzeni i szczęśliwi z powodu czekającej nas drogi. Słońce świeci i tylko prognozy psują aurę. Ze względu na późną porę wybieramy podroż autostradą. W okolicach Łodzi zaczyna padać i wiać. Im dalej tym coraz zimnej i ciemnej. W Błoniach zjeżdżamy na Nowy Dwór Mazowiecki i lecimy na obwodnicę Serocka, gdzie czytamy plan dojazdu do Miuosha. Potem już coraz wężej, kończy się asfalt i pozostało tylko gliniaste, rude błoto. Do celu docieramy po 22. Wreszcie coś ciepłego i sucho. 

Środa, 15/08/2012


 
Budzimy się koło 9, krótkie sprawdzenie trasy i długie śniadanie, jajecznica ala'miuosh :) Wyruszamy dopiero około 11.30. Trasa wiedzie przez Wyszków do Małkini, gdzie się gubimy. Zataczamy pętlę koszmarną drogą przez Treblinkę i Kosów Lacki. Gdy znowu jesteśmy na planowej trasie zaczyna padać. W Bielsku Podlaskim postój obok pięknego sklepu Znachora, chwila przerwy na coś ciepłego i decyzja o skróceniu cierpień w deszczu. Na wszelki , rezerwujemy nocleg w Kruszynianach. Dalej jedziemy na Zabłudów, Michałowo i Gródek. Słońce co chwilę miesza się z deszczem. Mijamy urocze wioski przy drogach, sprzedających dynie, na słupach mnóstwo bocianich gniazd i boćków, na horyzoncie skrzą się kopuły cerkwi. W końcu drogowskaz - Kruszyniany 10. Tu kończy się asfalt i zaczyna szuter, a właściwie błoto. Po chwili moczy nas oberwanie chmury. W dogorywającym deszczu i przy dźwiękach nadchodzącej burzy oglądamy jurty i meczet. Wychodzi słońce, a nas gna do przodu. Augustów niecałe 100km, damy radę. W pędzie wiatru suszą się ciuchy. W Krynkach zwiedzamy kościół św. Anny z dzwonnicą na 3 dzwony - Jan, Anna i Teresa. Odpuszczamy sobie Bohoniki ze względu na przetaczającą się tam burzę. Tak więc prosta droga do Sokółki. Tam wielka bazylika i spotykamy dużego GS. Jadą z Gdańska, ponoć w Augustowie sucho :) jest nadzieja, pojawia się piękna tęcza. Droga prosta miejscami po horyzont (czy te drogi budowali tutaj od linijki?) i słońce chylące się ku zachodowi. Po prawej jeziora, już te z Krainy Tysiąca Jezior. Przed nami ostatnia prosta, zrobiliśmy 800 km od domu i jesteśmy w Augustowie. Ze względu na aurę, rezygnujemy z pierwotnego planu zakładającego nocleg pod namiotem.
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czwartek, 16/08/2012

Dzisiejszy dzień zaczął się dość wcześnie. W planach przede wszystkim podróż stateczkiem poprzez śluzy Kanału Augustowskiego. Zaczynamy od śniadania „na łonie natury” ciesząc się, że pogoda się trochę zmieniła, w porównaniu z poprzednimi dniami. O 10,10 ruszamy statkiem Sajno w podróż kanałami. Na szczęście byliśmy trochę wcześniej i mamy dobre miejsce. Przy bulwarach urzekają płaczące wierzby przywodząc mi na myśl tą tolkienowską ze Starego Lasu. Podróż mimo pięknych widoków pozostawiła jednak pewien niedosyt. Może trzeba było zdecydować się na kanał Elbląsko-Ostródzki. Po powrocie, wsiadamy na motocykl i błądzimy na tyle w poszukiwaniu stacji, że zamiast w Sejnach lądujemy w Suwałkach. Machnęliśmy na to ręką, zaplanowaną trasę zrobimy „od tyłu”. W Wigrach wdrapujemy się na klasztorną wieżę, by popodziwiać panoramę. Czas pomyśleć o obiedzie, ale tutejsza restauracja nas nie przekonuje. Ruszamy dalej i Ania kieruje mnie do Czerwonego Folwarku, gdzie znajdujemy popas. Średnie jedzenie rekompensują okoliczności przyrody. Kolejny punkt programu to Sejny, gdzie zatrzymuje nas bazylika św Agaty z figurą szafkową NMP z XVII w. Tu kosztujemy też specjałów kuchni regionalnej, w poleconej przez Małgosię knajpce. Robi się późno, a my mamy do zaliczenia jeszcze kościół w Mikaszówce. We Frąckach zjeżdżamy z asfaltów i mkniemy szutrami na południe. Droga oznakowana kiepsko, więc się gubimy i lądujemy nie w tej wiosce. Wreszcie, trafiamy w ostatniej chwili, akurat ksiądz zamyka kościół. Ten przesympatyczny człowiek zapala światła, a my zaniemówiliśmy z wrażenia. Takiego cudu się nie spodziewaliśmy. Niestety zdjęcia, robione w przelocie idiotkamerą, nie są w stanie oddać jego piękna. Mamy też okazję wysłuchać historii tego miejsca związanej z papieżem i jakże poznańskimi kartoflami (pyrami). Jest już ciemno, a ja wreszcie mam okazję ocenić skuteczność dodatkowego oświetlenia w motocyklu. Po wyregulowaniu przed wyjazdem lampy i montażu halogenów, dyskoteka świateł w ciemnym lesie sprawdza się. Przed 22 lądujemy w Augustowie na kawie i powoli kończymy naszą działalność.
 

















Piątek, 17/08/2012

Noc była ciężka, Anię dopadło coś co ja miałem odchorować. Sugeruję pozostanie w Augustowie dopóki nie wydobrzeje, ale nawet nie chce o tym słyszeć. Powoli zbieram nasze manele, pozostawiając Ani czas na dogorywanie w łóżku. Ruszamy dopiero przed 12, kierując się znowu na Sejny, a stamtąd, już mocno bocznymi drogami, wzdłuż granicy do Puńska. Coraz więcej nazw i opisów w języku litewskim. Przepiękne krajobrazy, spokój, droga i my. Z Puńska kierujemy się na Wiżajny, a stamtąd na Gołdap i Węgorzewo. Po drodze mijamy trójstyk granic, odwiedzamy wiadukty w Stańczykach i Kiepojciach. W Gołdapi podziwiamy panoramę z dawnej wieży ciśnień, gdzie mam okazję wreszcie napić się dobrej kawy. Trasa z Gołdapi do Bani Mazurskiej to walka o przetrwanie, z kierowcami, nawierzchnią i robotami drogowymi. Nie ma możliwości, by chłonąć widoki. Dopiero później robi się przyzwoicie i luźniej. Ok. 18 meldujemy się u Agawu, forumowej koleżanki, która zaoferowała nam gościnę. Przy herbacie przegadalibyśmy całą noc, ale trzeba było uzupełnić zapasy energii, więc jedziemy do miasteczka by rozkoszować się dobrym jedzeniem. Wracamy, Ania wykończona odpada momentalnie, a ja opracowuję plan na jutro, wg wskazówek Agnieszki.






Sobota, 18/08/2012

Pomimo optymistycznych prognoz i rozgwieżdżonego wieczorem nieba, poranek budzi się szary i chmurny. Decyzja, jedziemy dalej. Dziękujemy Agnieszce za nocleg „w tak pięknych okolicznościach przyrody... i tego... i niepowtarzalnych”. Wychodzi słońce a my ruszamy na Guje i niedokończone śluzy kanału Mazurskiego. Odpuszczamy sobie popruskie i poniemieckie fortyfikacje, ponieważ w Festung Posen mamy ich aż nadto. Robi się coraz cieplej - tego nam brakowało. Kolejny punkt programu to św. Lipka. Trafiamy akurat na koncert organowy.


 Bogactwo zdobień, kunszt dawnych rzemieślników robią wrażenie.

 




















Mijane krajobrazy zachwycają, zapach lasu i grzybów kręci w nosie. Zbliżając się do Fromborka, na polach coraz mniej wypasającego się bydła, zaczyna być coraz bardziej swojsko, znajomo, prusko(?). Frombork zdążył nas zachwycić jedynie kuchnią w przyportowej smażalni, gdzie napotykamy dwa GS z forumowymi emblematami. To PrzemekDab i GSDakar przyjechali na zwiad.
 Ponieważ wszyscy kierujemy się na Mierzeję Wiślaną jedziemy dalej razem. W Elblągu dołącza do nas Dawid i przeprowadza nas bocznymi drogami do celu. Szykuje się pierwsza noc pod namiotem. Wieczór kończymy z chłopakami w knajpce Dawida w Kątach Rybackich.
 

Niedziela, 19/08/2012

Ciepła noc zdecydowała, że robimy sobie dzień przerwy i zostajemy na plaży. 
Oboje jesteśmy stworzeniami wodnymi i bezkres wody to było to, na co czekaliśmy podświadomie. Na leżenie plackiem w piachu będzie jeszcze czas w innym życiu, więc długo nie wytrzymujemy i znowu ładujemy się na motocykl. Żar leje się z nieba, ale mamy swoje sposoby. Na drogach tłok, to koniec kolejnego turnusu. Lecimy do Piasków i potem z powrotem do Elbląga. To miasto zaskoczyło nas. W zasadzie cały czas mam mieszane uczucia. Proces odbudowy czy rewitalizacji wciąż trwa. Może powinien poczekać na efekt końcowy? Dzień kończymy znowu w knajpce Dawida opychając się kolejnymi delicjami. Jutro czeka nas daleka droga do domu, a w oddali słychać przewalającą się burzę.



Poniedziałek, 20/08/2012

Kolejna ciężka noc, co chwilę się budziliśmy, w namiocie duszno, nad głową dzięcioł tłukł dziobem. Leniwie wstajemy i zaczynamy przygotowania do podróży. Po zapakowaniu motocykla znów słyszymy pomruki wczorajszej burzy. Ruszamy 10,30 i w Sztutowie zaczyna lać i wiać. Na nasze szczęście (a tego dnia będziemy go mieć wiele) zdążyłem się zatrzymać na przystanku autobusowym, gdzie pod wiatą wpinamy membrany w ciuchy. Nawałnica przechodzi nad naszymi głowami, by nad Zalewem nawrócić. Szybka decyzja, ruszamy dalej do Malborka. Minął porywisty wiatr, a deszcz mi nie straszny. Tylko Ania zestresowana, bo kilka tygodni wcześniej, na mokrej brei zaliczyliśmy paciaka w łuku drogi. Na szczęście ruch na drogach mniejszy niż wczoraj i do Malborka docieramy już w słońcu. 


 Duchota powalająca, ale niebo wciąż nie jest godne zaufania. Zwiedzamy siedzibę Ulricha, wypijamy beznadziejną kawę i ruszamy do Torunia przez Sztum, Kwidzyn i Grudziądz. Zabytki zaliczamy z pozycji jeźdźca (germański k!@$#a oprawca). W Grudziądzu pakujemy się w korki, ponieważ chcę Ani pokazać most przez Wisłę.




Za Chełmnem zaczyna porządnie wiać, objuczeni jedziemy z pewną dozą nieśmiałości. Wiatr targa nami po całej szerokości pasa, na drodze koleiny, a za nami TIR. Szczęśliwie dobijamy do Torunia, gdzie wykończeni upałem i warunkami robimy sobie popas. Zwiedzamy rynek i ruszamy dalej.

Z racji późnej godziny, decydujemy się na najkrótszą trasę przez Gniezno. Na niebie przed nami kłębią się chmury, które niczego dobrego nie wróżą. W Trzemesznie decyduję się zjechać na stację benzynową, żeby wpiąć znowu podpinkę przeciwdeszczową. Decyzja okazuje się nader słuszna, ponieważ chwilę później rozpoczyna się prawdziwe piekło, efektem którego są połamane drzewa i zalane drogi. Na wszelki wypadek stałem przy motocyklu, gdyby próbował pofrunąć z wiatrem. Tracimy godzinę czasu. Wiatr w końcu zelżał, więc ruszamy. Jest już ciemno, pada deszcz, a polskie drogi słabo oznakowane. Zdecydowanie nie lubię jeździć po ciemku, a motocyklem tym bardziej. Po raz drugi mam okazję docenić fakt zamontowania halogenów tuż przed podróżą. Przed nami niesamowite widowisko, kanonada błyskawic, które biją gdzieś nad Poznaniem. Za nami podobnie. Dopóki nie jedzie nic z naprzeciwka jest ok. Na drodze pełno liści i gałęzi, których nie widać. Na jedną, sporą najeżdżam, ale na szczęście udaje mi się utrzymać motocykl. Spore obciążenie tyłu nie poprawia trakcji. Miałem już okazję doświadczyć shimmy na suchym i boję się, co może się stać, gdy tylko przednie koło napotka kolejną przeszkodę.
Na szczęście do domu docieramy bez niemiłych przygód. Jesteśmy wykończeni, poczułem to dopiero, gdy wjechałem w naszą uliczkę i do domu miałem już tylko 300m. Jest 21,10, pozostaje tylko wypakować kufry, przykryć motocykl i iść spać, by następnego dnia mieć dość sił by zmierzyć się z szarą, niezbyt zachęcającą rzeczywistością.

Szczególne podziękowania dla:

Agawu – za zaproszenie, towarzystwo i nocleg w tak niesamowitych okolicznościach przyrody, że do dziś na samo wspomnienie „kopara opada” i chce się tam wracać
PrzemekDab, GSDakar – za przypadkowe spotkanie, towarzystwo, wieczorne pogaduchy i eskortę, gdy padła nam żarówka
Dawida – za pyszną kuchnię, towarzystwo, wieczorne pogaduchy, sprawne przeprowadzenie bocznymi drogami, wskazówki i poratowanie mamoną
TomaszaI, MyGosi, rPiotrka, MTBikera i wszystkim pozostałym - za sugestie odnośnie drogi, miejsc i potraw