poniedziałek, 16 września 2024

CFMOTO 450MT

Stało się!

Ulegliśmy szumowi na rynku, zdjęciom promocyjnym, relacjom z pierwszych jazd, tabelkom z danymi.

Trochę niespodziewanie pojawił się w domu nowy motocykl Ani.


Jak to się stało?

Ania od jakiegoś czasu napomykała, że może by poszukać czegoś nowszego od jej motocykla. Problem w tym że maszyny lekkie z reguły są bardzo wysokie i średnio nadają się do dalekich podróży. Z kolei motocykle niskie są z reguły ciężkie.

Obecne BMW G650X-Country po sporej ilości modów zostało dostosowane zarówno do wysokości Ani, a także do dalszych podróży... wszak odwiedziła nim i Grecję, i Francję, i Łotwę, i Włochy, a nawet Ukrainę.






Jego największą zaletą była waga ok. 165kg, sprawdzony silnik Rotaxa i możliwość wjechania praktycznie wszędzie.
No ale... Ania zaczęła się rozglądać za czymś nowszym i robiła różne przymiarki.







Przy wstępnych przymiarkach najbardziej spodobał jej się nowy Transalp. Na szczęście później przytomnie potwierdziła to co mówiłem od początku, za duży, za ciężki. Najrozsądniejszym wyborem wydawała się jednak Honda NX500, następczyni CB500X.

I wtedy pojawił się on! CFMOTO 450MT
Oczywiście nie było tak prosto, bo najpierw pojawił się jedynie w malowaniu takim trochę podobnym do mojej T7, a wiadomo, kolor jest najważniejszy. Poza tym były spore opóźnienia w dostawach. Niestety też niektórzy dealerzy marki nie są gotowi na motocykle, bo od lat skupiali się na quadach CFMOTO. No ale w końcu trafił się egzemplarz taki jak powinien 😆












Co zdecydowało?
  • waga - ok. 195kg gotowy do jazdy, czyli porównywalna z wagą jej pierwszego motocykla  F650GS
  • możliwość obniżenia wysokości kanapy do 80cm, bez kombinowania. Wystarczy tylny amor "przepiąć na drugie oczko" dolnego mocowania,
  • dwucylindrowy silnik
  • ilość wyposażenia dodatkowego w standardzie, za który gdzie indziej trzeba by sporo dopłacić.
O tym co można przeczytać w tabelkach i materiałach promocyjnych nie będę pisał.
Ania mimo, że pierwotnie była przerażona jego wielkością, jak na nim usiadła to już po pierwszych metrach przyznała, że prowadzi się niesamowicie lekko. 
Również manewry parkingowe nie sprawiają jej trudności. Co więcej, i to chyba największa zmiana, polubiła ronda. Motocykl prowadzi się bardzo stabilnie, a chińskie opony będące wierną kopią Pirelli Scorpion Rally STR, jak dotąd nie dały powodów do niepokoju.

A moje wrażenia i odkrycia po przejażdżce... 
  • Nie było takiego WOW, bo... ten motocykl jeździ jak moja T7 😁 no tyle, że ma mniej mocy
  • Wcale nie ma się wrażenia, że to jakiś mały motocykl, co zresztą widać na zdjęciach porównawczych powyżej jak oba motocykle stoją obok siebie. Jest nawet szerszy niż T7.
  • Kanapa wygodniejsza niż w T7, ale wyższym osobom, i to takim powyżej już 170~175cm sugerowałbym wyższą kanapę 
  • Zawiecha twardsza niż w T7, ale jest pełna regulacja. Może to być też efekt "nowości".
  • ABS i TC można wyłączyć w czasie jazdy (!!!), ponowne włączenie ABS to trzeba wyłączyć silnik. (T7 nie ma kontroli trakcji). Co ważne, nie ma przekopywania się przez menu, z instrukcją w ręku, w celu znalezienia odpowiedniej kombinacji klawiszy. Prosto, czytelnie, userfriendly.
  • mimo mniejszej mocy zbiera się całkiem sprawnie
  • Po wyłączeniu TC na szutrach całkiem sprawnie zamiata dupą.
  • Navbar ma zbyt wiotki stelaż i montaż tam telefonu czy nawigacji... no cóż... chyba nie polecam.  Zwłaszcza przy podniesionej szybie. Ponoć są już stelaże akcesoryjne.
  • szyba daję radę całkiem dobrze, wyższe osoby mogą dołożyć deflektor
  • a bak to chyba wystarczy na ponad 400km, więc Ania ma największą radochę, że teraz to ja ją informuję że mam rezerwę, Jej X-Country ma pojemność baku 9,5l co powodowało konieczność szukania stacji co ok. 200km.
  • nie kumam dlaczego "czołowi" producenci motocykli do dzisiaj maniakalnie montują gniazdo zapalniczki, zamiast portu USB do ładowania gadżetów. Może to wciąż palacze. Tu są nawet dwa gniazda USB, typ A i C więc nie ma problemu. Chinczyki pomyśleli.
Kilka zdjęć porównawczych do BMW G650X-Country 



Kierowniczka jak dotąd zachwycona, w niecały miesiąc zdążyła już nim nakulać 2300km.
A czy motocykl okaże się godny zaufania, trwały? To już czas pokaże. Na razie wygląda, że nie ma tragedii. Jakościowo to już inna liga niż wcześniejsze produkcje Państwa Środka. 
Są już też pierwsze długodystansowe relacje na youtube



środa, 11 września 2024

202408 Wyrugowany z użytku

Długi sierpniowy weekend postanowiliśmy spędzić na dwóch, a w sumie łącznie na czterech kółkach.

Ponieważ Ania odebrała właśnie nowy motocykl, przyszedł czas na test w trasie.

Niestety nie mogliśmy za bardzo poszaleć z kilometrami, ponieważ motocykl dopiero co został wyjęty z kartonu. Musieliśmy zmieścić się mniej więcej w 1000km, co zrewidowało trochę nasze plany, niemniej i tak wyszło nieźle.

Ruszamy na Rugię!

Nie lubimy głównych tras, więc dobrze nam znanymi skrótami ruszyliśmy w kierunku Gryfina.








obowiązkowe lody w Sierakowie

przerwa na uzupełnienie płynów w Barlinku







 ostatnie tankowanie po polskiej stronie



że niby taka cywilizacja, a asfaltu jeszcze nie wymyślili



pierwsze lody w DDR

niestety nie zdążyliśmy na prom

Skoro prom odpłynął to my się nie poddajemy i szukamy innych sposobności dostania się na wyspę.





hotel tysiąca gwiazd ogarnięty

Kolejny dzień, 15.08.2024, jest dla krajan dniem wolnym od pracy, to my zrobiliśmy sobie dzień wolny od motocykli. Do Sassnitz mamy jakieś 2,5km z buta. Potem tylko jakieś 11 km plażą wzdłuż klifów oraz szczytami klifów, w kierunku Königsstuhl, no i jakoś trzeba będzie wrócić. Damy radę.

Ania znalazla jakąś drogę, która... hmmm... miałem wątpliwości, ale summa summarum dotarliśmy gdzie chcieliśmy w Sassnitz. 








Zaczęliśmy też odkrywać uroki tego nadmorskiego miasteczka, bo wczorajszy pierwszy kontakt, spowodował, że byliśmy mocno wstrzemięźliwi w ocenach.










Po zaopatrzeniu w napoje, zjedzeniu obowiązkowych lodów ruszyliśmy w kierunku kredowych klifów. Warto wspomnieć, że plaża jest kamienista, wiec warto mieć dobre obuwie. My nie mieliśmy :-(  

No to takie były widoczki. Momentami krajobraz był nierzeczywisty.







łabędzie od dupy strony


























Najwyższy klif ma 118metrów, Nie da się przejść całości plażą, przy "wodospadzie" Kieler Bach trzeba skorzystać ze schodów i wspiąć się na klify. Nie ukrywam... "letko spuchliśmy"








Na sam Königsstuhl już nie wchodziliśmy, bo jakoś nie czuliśmy potrzeby. Bardziej przekonał nas stojący autobus miejski, jadący do Sassnitz. W miasteczku  Ania najpierw zjadła Bismarcka, ja jakieś śledziki. Potem były lody które mewa wyrwała Ani z ręki, no i zaczęliśmy oglądać się za jakąś jadłodajnią.









Po obiedzie Ania poprowadziła nas skrótem, który spowodował że mieliśmy do pokonania ostro pod górę kawałek drogi przez ciemny bukowy las, bez latarek. Wtedy naprawdę spuchliśmy. Ja tam sobie pod nosem mruczałem "nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam..."

Noc minęła spokojnie, tym razem burza nie dotarła nad nasz kawałek Rugii, żaden deszcz nie spadł. Po śniadaniu zaczęliśmy powolne pakowanie, żeby udać się wzdłuż wybrzeża w kierunku Kołobrzegu.




Oczywiście zaczęliśmy od kompleksu Prora













Potem wizyta w urokliwym Binz, gdzie kolejna mewa, lub inna rybitwa dobrała się do lodów Ani.





tu się Ania zastanawia czy ryzykować ptasią grypę







Tym razem udało nam się załapać na prom w Glewitz, żeby dostać się na kontynent






No i polecieliśmy już wzdłuż wybrzeża przez wyspę Uznam, Wolin w kierunku naszej miejscówki.












no to wracamy do Heimatu

Czas nad morzem wykorzystaliśmy na... zjedzenie ryby, spacery itp., ale w niedzielę trzeba było już wracać do domu.