Któregoś dnia zostałem zaskoczony pomysłem zrobienia jakiejś małej wyprawy w weekend. Ponieważ od dawna w mojej głowie był plan zabrania Ani na Hel, na obiad i nieopatrznie się do tego przyznałem, pomysł został od razu podchwycony i podskórnie czułem, że się już nie wykręcę.
W ferworze podrzuciłem jeszcze pomysł,
że może przenocujemy w Rogowie pod Kołobrzegiem, choć żadne z nas nie wierzyło
chyba do końca, że to się uda. Wszak to łącznie 700km drogi.
Ruszyliśmy ok 10,30 już z
półtoragodzinnym poślizgiem, wciąż nie wiedząc, gdzie tak naprawdę
pojedziemy... Rogowo opłotkami czy obiad na Helu?
W Szamotułach decyzja, jedziemy na Hel,
najwyżej w trakcie zmienimy trasę i odbijemy w kierunku Kołobrzegu. Ponieważ
tradycyjnie staramy się omijać główne drogi, pognaliśmy przez Czarnków – Piłę –
Złotów – Chojnice – Kościerzynę w kierunku Półwyspu. Po drodze mijały nas
tabuny motocyklistów na wszelakiego rodzaju chopperach, co wywołało w końcu
moją konsternację, czy aby na pewno mamy właściwy motocykl do uprawiania
turystyki. Drogi w większości były puste, dopiero za Kościerzyną zrobiło się
tłoczno, co skłoniło nas do odbicia w kierunku Kartuz. Tam wreszcie minęliśmy
się na drodze z pobratymcami na turystycznych BMW GS. Gdynia zatłoczona przez
remonty dróg, kolejny postój na tankowanie motocykla i siebie i ruszamy dalej w
kierunku Helu.
Po wjeździe na Półwysep opowiadam
towarzyszce co, kiedy i gdzie się działo w czasach mej hulanki i swawoli. Z
sentymentem rozglądam się po znajomych kątach i z zaskoczeniem odkrywam zmiany.
Wreszcie osiągamy cel podróży, knajpa się nie zmieniła, w zasadzie patyna czasu
nawet trochę odebrała jej uroku. W międzyczasie obok parkuje biały R1200GS na poznańskich
numerach, a my posileni ruszamy na spacer, tym razem pieszy :) w kierunku
portu.
Powoli zbliża się godzina 20, a my
zastanawiamy się co dalej. Przed nami ok. 300km trasy, nieznanymi drogami. Ruszamy,
żeby jak największy odcinek pokonać przed zmrokiem. Za Władysławowem jedziemy
piękną brukowaną drogą w kierunku Krokowej. Dalej wbijamy się na DK213 w
kierunku Słupska, który osiągamy o 22.00. W międzyczasie zarzucamy na siebie
kolejne warstwy podpinek, bo robi się coraz chłodniej. Droga przed Słupskiem
jest dziurawa jak ser szwajcarski, błogosławimy długie skoki zawieszenia i
zastanawiamy się czy nie czeka nas kolejne centrowanie kół. Żal nam mijanej
pary na turystycznym przecinaku, która w tempie 10km/h próbuje omijać kolejne
dziury.
Od Słupska już ciemno, co gorsza
miejscami pojawia się mgła, która za Koszalinem okaże się już naprawdę
uciążliwa. Gdy dojeżdżamy do Kołobrzegu przed północą podziwiamy łuny na niebie
od słońca, które już dawno skryło się za horyzontem. Wreszcie po 24 osiągamy
cel podróży i zalegamy w pościeli.
Wczorajsza droga nas zmęczyła i śpimy
długo. Po „królewskim” sutym śniadaniu w Dźwirzynie wracamy do Rogowa w
poszukiwaniu drogi alternatywnej. Na szczęście, spotkany po drodze lokales
zawraca nas z niej „bo nieprzejezdna, most zerwany”.
Wreszcie udaje się znaleźć drogę, która
ma nas doprowadzić opłotkami do domu. Nawierzchnia jest wszelka możliwa, od
początkowych ścieżek ułożonych z płyt, przez kostkę betonową, stare bruki,
dziurawe asfalty i nowe dywaniki. Zdarza nam się również zabłądzić w lesie
między Świdwinem, a Starym Reskiem gdzie 'lokalesi' już nie są pomocni wręcz
przeciwnie „ ta dojedziecie” tylko gdzie ??:). Drogi w większości są puste,
krajobrazy zachwycają, zapach lasu i kwitnacych pól upaja a nas bolą już
kręgosłupy. Wreszcie o 18,30 lądujemy pod domem.
Czas na koncertowe zakończenie
weekendu :)) ETHNO PORT