środa, 11 czerwca 2014

para na tłoki


No to pierwsze kilometry za nami. Nasz motocykl wrócił do normalnej eksploatacji po 2-miesięcznej wizycie u zaprzyjaźnionego fascynata, który twierdzi, że jest wrednym mechanikiem. Co racja, to racja, bo zmysły ma na tyle wyczulone, że „przy okazji” znajdzie mnóstwo rzeczy do poprawienia, zrobienia.

Po powrocie, zdążyliśmy dwukrotnie wyskoczyć nad polskie morze. I tu pewien paradoks. Wszędzie słyszałem że Twin’y są dużo mniej wygodne od singli, a w moim przypadku moje dupsko gorzej zniosło 250km singlem nad morze, niż 500km Twin'em spod Beskidu.

Pierwsza podróż nad morze 24-25/05
Do samego końca nie było wiadomo czy ruszymy. Prognozy były takie sobie, miało być mokro, zimno i wietrznie. W końcu ruszyliśmy po 13. Jechaliśmy naszą stałą trasą przez Czaplinek, Połczyn Zdrój. Jest to mój ulubiony odcinek, taka droga stu zakrętów. Niestety warunki pogodowe i poczucie odpowiedzialności za pasażerkę nie sprzyjały wypróbowania swoich umiejętności na łukach.
 
 Praktycznie przez całą drogę z nieba cos leciało. Nie był to ulewny deszcz, więc nawet nie wpięliśmy przeciwdeszczówek. Było też na tyle późno, że ci co chcieli jechać nad morze dawno już wyjechali, więc droga była w miarę pusta. W zasadzie trasę zrobiliśmy jednym rzutem z postojem na tankowanie w Czaplinku.

Pogoda wynagrodziła nam trudy podróży. Może nie było upalnie ale dopisało słońce i zdążyliśmy złapać pierwszą opaleniznę.




Powrót w niedzielę odbył już w lepszych warunkach pogodowych jednak na drogach było bardziej tłoczno. I znowu odcinek od Połczyna w stresie ze względu na siedzące na ogonie samochody, którym spieszno.

Druga podróż nad morze 07-08/06
Tym razem decyzja, że jedziemy była pewna. Prognozy zapowiadały upały i brak deszczu. Ania nawet dziwiła się po co biorę podpinki, ale potem była mi wdzięczna.
Pierwotnie mieliśmy jechać dwoma motocyklami niestety pomysł nie doszedł do skutku.
Podróż miała być dłuższa ponieważ jechaliśmy do Międzyzdroi, a potem na nocleg pod Kołobrzeg.

Nie pojechaliśmy najprostszą trasą ponieważ nie bawią nas szybkie przeloty dwupasmówkami.
<
Pokaż West Pommern na większej mapie
W Międzychodzie skręciliśmy na Drezdenko – Dobiegniew – Choszczno – Stargard Szczeciński. 






W tym ostatnim się pogubiliśmy i wylecieliśmy na drogę nr 20. Gdy się zorientowaliśmy dojechaliśmy prawie do Dzwonowa, więc skręciliśmy na północ, aby przebić się do drogi 142. Urokliwy skrót z widokiem na zbiorniki wodne w okolicy Kępy. 
Droga 142 okazała się odcinkiem mitycznej Berlinki,którą Niemcy zaczęli budować by połączyć Berlin z Królewcem, jeszcze przed II wojną światową.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/9f/Berlinka_Map.PNG
Moją uwagę zwróciła nawierzchnia z betonowych płyt, podobna do starej A4.
 
Niestety, droga powstała tylko częściowo, choć na całej trasie zbudowano już mnóstwo obiektów autostradowej infrastruktury, które stoją do dzisiaj i niszczeją, często w środku lasu. Jeśli przyjrzeć się dobrze zdjęciom satelitarnym, to sporą część tej niezbudowanej drogi w postaci nasypów widać wciąż, porośniętą lasami, przeoraną.
Jadąc krótki odcinek do Łęczycy mijaliśmy sporo wiaduktów przygotowanych do poprowadzenia drugiej nitki autostrady. Wielka szkoda, że to przedsięwzięcie nie zostało nigdy dokończone. Choć smutną prawdą jest, że w czasie wojny zginęło przy jej budowie mnóstwo jeńców.


W Łęczycy odbicie na Goleniów i dalej już prosto do Międzyzdroi, z krótką wizytacją Jeziora Turkusowego. Niestety zmęczenie dało o sobie znać i odpuściliśmy spacer na Piaskową Górę, żeby popodziwiać widoki. 
Czas w miejscowości turystów-emerytów spędziliśmy na objadaniu się rybami w towarzystwie rodziców Ani. 


Po tej krótkiej wizycie wsiedliśmy z powrotem na naszego rumaka. Decyzja o wzięciu podpinek okazała się słuszna, bo nadmorskie temperatury po godzinie 21, okazały się dużo niższe niż w interiorze. Ruszyliśmy drogą 102 w kierunku Kołobrzegu, ciesząc się że na północy, latem, dzień kończy się dużo później niż u nas. Dzięki temu sporą część drogi pokonaliśmy jeszcze „za dnia”. Na miejsce dotarliśmy o 22,45 i od razu pobiegliśmy na plażę zrobić zdjęcia łunie na niebie od zachodzącego słońca.

Jeszcze w drodze, niecne zamiary wobec nas próbowały mieć dzik, borsuk i standardowo kot. Na szczęście obyło się bez przygód.
Niedziela to czas obijania się, łapania kolejnych promieni słonecznych, kilkukilometrowy spacer plażą, śniadanie w postaci wędzonego śledzia, drugie śniadanie w postaci tatara z łososia i śledzia po kaszubsku, lody, znowu spacer, ogarnięcie noclegowni i znowu w drogę.



I znowu temperatury nad morzem okazały się sporo niższe niż na lądzie. Tym razem wracaliśmy przez Świdwin i Kalisz Pomorski. Niestety kosztowało nas to dużo więcej czasu i energii. Temperatura przekraczała o kilka kresek +30°C. Trasa się dłużyła i gdy dotarliśmy z powrotem do domu mieliśmy już dość.




Motocykl znowu się sprawdził. Niestety wciąż mam wrażenie że pali więcej niż przed nieszczęsną padaką pompy wody i w konsekwencji też sondy lambda. Różnice może nie są wielkie, bo rzędu 0,2-0,3l/100km, ale dla mnie jako poznaniaka irytujące ;-)