W czerwcu... pojechaliśmy do Saksonii... znaczy mieliśmy jechać... ale jak to z nami bywa, pomyliliśmy kierunki... bo było już późno... a chcieliśmy jechać w stronę słońca... no to pojechaliśmy w stronę słońca, późnym czerwcowym popołudniem... i znowu dojechaliśmy nad morze...
Dojechaliśmy koło 23, więc było jeszcze jasno, zimno i wszystko było już pozamykane
Następnego dnia, czyli w poniedziałek, trochę jeszcze poogarnialiśmy bieżące sprawy i ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża na zachód... ale najpierw obowiązkowe śniadanie o 13,30
Potem przerwa na lody w Międzyzdrojach... nota bene miejsce już dawno straciło swój urok... oraz obiad w Świnoujściu po naszej pierwszej przeprawie promem.
Miasteczko Wismar jest naprawde ładne, po zrzuceniu rynsztunku i wbiciu w cywilny ciuch ruszyliśmy na zwiedzanie. Oczywiście, w poniedziałek, o godzinie 23 to nie należy się spodziewać, że coś będzie czynne. Niemniej warto było powłóczyć się uliczkami starego miasta, gdzie stały rzędy małych kamieniczek, przyozdobione przy wejściach pnączami róż.
Mieliśmy mocne postanowienie, że rano po wylogowaniu się z noclegu podjedziemy na rynek zjeść w ładnych okolicznościach śniadanie i porobić kilka fotek za dnia.
Niestety los nie okazał się dla nas łaskawy i miał wobec nas inne plany.
Rano we wtorek, niespiesznie się zwlekliśmy z łóżka mając w perspektywie deutsche Frühstück auf dem Alten Markt. Punkt godzina 10 opuściliśmy apartament, zapakowaliśmy na motocykle i ruszyliśmy powoli brukami w kierunku rynku. W pewnym momencie zadałem Ani pytanie... "czy ja mam z w tylnym kole powietrze?"
Na co usłyszałem niezbyt pocieszającą odpowiedź: "no chyba nie bardzo"
No to zsiadłem z motocykla sprawdziłem trasę do najbliższej Tankstelle i potoczyliśmy się w jej kierunku.
Dopompowałem powietrze, wrzuciłem na centralkę, zakręciłem kołem... i zobaczyłem tylko łeb gwóździa... słabo...
Ale przecież od iluś lat opłacam ADAC no to sprawdzimy jak to działa... może lepiej niż pomoc PZ Mot, który w analogicznej sytuacji spytał mnie czy mam koło zapasowe 😕
Zamówiłem pomoc, zgłosiłem panę i czekamy.
Przyjeżdża laweta, a facet mi mówi... "przecież 100m stąd jest warsztat Yamahy" coś tam pokazuje, ale żadne z nas nie widzi warsztatu Yamahy, ale może dlatego, że wypatrywaliśmy jakiegoś logo z kamertonami.
Przy okazji dowiadujemy się, że w przypadku motocykli pomoc ADAC polega tylko na Abschleppdienst do wskazanego warsztatu. Ale przecież my tu żadnego warsztatu nie znamy! W końcu dopompowujemy oponę i facet jedzie ze mną do tego najbliższego warsztatu, 100m dalej, na zasadzie asekuracji.
Chłopak z warsztatu trochę dziwny, jedno oko szklane, no ale... u Niemców różnie to bywa, na szczęście nie przejawia jakiś wrogich zamiarów wobec sąsiadów zza wschodniej granicy. Na moje szczęście mam zapasową dętkę, bo oni nie mają i nie naprawiają... mogą wymienić, ale to potrwa ze 2h bo mają parę maszyn, które czeka na serwis w kolejce... Scheiße! Na szczęście po niecałej 0,5h ulitowali się i wzięli Tenerkę na podnośnik zdemontowali koło i... pada nieoczekiwane pytanie...
- daleko jedziecie?
- no w sumie, to chyba do Kopenhagi
- a masz klocki hamulcowe?
- eeeee.... nie... tego qrna nie sprawdziłem... (głupi... płyn hamulcowy dolałem, a klocków nie sprawdziłem)
- no my też nie mamy, a Twoje się skończyły. Najbliższy sklep z częściami to chyba w Lübece jest.
- Scheiße!!!
Chłopak był na szczęście dość kumaty, co np. Aleksandra mocno zaskoczyło, który Niemców uważa za trzeci świat (co w dużej części mogę potwierdzić, zwłaszcza w dziedzinie technologii). W każdym razie zdemontował klocki z BMW, które stało na podnośniku obok, porównał z moimi, okazały się takie same, z tą różnicą, że miały jeszcze dużo mięsa. Dogadaliśmy się, że zamontuje mi te z beemki, a ja zapłacę za nowe dla dawcy. W końcu motocykl stanął na własnych kołach. No i miłe zaskoczenie, bo nie kosztowało to wszystko więcej niż musiałbym zapłacić w Polsce.
Możemy jechać...
No dobrze... ale znowu jest południe... my znowu bez śniadania... a na głodnego niezbyt dobrze jechać...
Wróciliśmy w okolice starego portu, znaleźliśmy w końcu jakąś knajpkę i mogliśmy posileni ruszyć dalej.
Znów pojechaliśmy wybrzeżem w kierunku półwyspu Priwall, gdzie zaliczyliśmy nasz drugi prom.
Ponieważ nasz pierwotny plan ruszenia skoro świt czyli... być w trasie jeszcze przed południem spalił na panewce, w gruzach legł też plan dojechania do Danii od strony Flensburga i dalej mostem Storebæltsbroen łączącym wyspy Fiona i Zeeland. To byłoby 550kmdo Kopenhagi i czasu na to by nie starczyło, przy naszym tempie włóczenia się.
Plany trzeba było zrewidować, a że nie lubimy się wracać to obraliśmy kierunek Puttgarden. Dawało to dystans do Kopenhagi w czasie realnym do przebycia, uwzględniając przeprawę promową. No ale też wciąż nie byliśmy pewni na ile uda nam się tam dojechać, bo też lekkie zniechęcenie nas dopadło poranną przygodą i czasową obsuwą. Dodatkowo poznikały najtańsze opcje kwaterunkowe, a łóżko w dormitorium... no chyba już nie dla nas.
No i tak tłukliśmy się bocznymi drogami na tyle na ile się dało wzdłuż morza, aż... objawiło nam się to co sygalizował google... gigantyczny korek przed wjazdem na wyspę Fehmarn, skąd odpływał prom do Danii. Korek miał ok. 10km, a powodem był remont 50m odcinka jezdni na moście i ruchem wahadłowym.
Sposobem południowców, olaliśmy stanie w korku i pognaliśmy do przodu, żeby ustawić się na pool position, a właściwie sprawdzić przyczynę tej Stau-y, licząc, że nie będzie potrzeby dyskusji z deutsche Polizei.
Chwilę po tym jak podjechaliśmy pod światła, zmieniły się na zielone i mogliśmy przejechać most, za którym korek był podobnej długości, ale w przeciwnym kierunku. To rozwiało nasze wątpliwości co do tego, czy pchać się do Danii, czy zostać w Niemczech i rozpocząć powolny odwrót do Heimatu.
Na bramkach portu zakupiliśmy bilety, konkretnie przepłacając w stosunku do cen internetowych i za chwilę zaokrętowano nas na prawie pusty prom.
Drogi w Danii są rajem dla... mistrzów prostej... nawet Ania, która nie cierpi rond, stwierdziła, że ronda w tym kraju to jedyna rozrywka w trasie.
Oczywiście nie pojechaliśmy najszybszą trasą tylko znowu bocznymi drogami i dojechaliśmy ok. 22 do stolicy, gdzie czekał na nas Aleksander ze swoją rodziną. Szczęśliwie dla nas, wynajął on na tyle duże mieszkanie, że te dwie noce nie sprawiły im kłopotu żeby nas przewaletować (przynajmniej taka jest jego oficjalna wersja).
Środa została poświęcona na zwiedzanie Kopenhagi.
Na początku zrobiło mi się trochę nerwowo, bo okazało się że motocykle płacą za postój tyle samo co samochody... słabo, biorąc pod uwagę tutejsze ceny. Na szczęście Frederiksberg, który był tuż za mostem okazał się osobną gminą, gdzie już od motocykli opłat nie pobierano 😀 Mam tylko nadzieję że nie przyjdzie do domu żaden mandat za parkowanie naszych motocykli.











Olek koniecznie chciał nas zabrać do Christiani ale... szczerze mówiąc... 20 lat temu może by to robiło jakieś wrażenie, podniecałbym się... żle to może zabrzmi, ale już za stary jestem na te klimaty i unoszący się zapach "oregano" mało mnie kręci.















Jak Ania sprawdziła na swoim telefonie ile km tego dnia zrobiliśmy piechotą to wyszło nam 21km.
Bogatsi o doświadczenie dnia poprzedniego tym razem postanowiliśmy zarezerwować online prom z Gedser do Rostocku. I całe szczęście, bo bilety okazały się tańsze niż krótsza podróż do Rødby kupowana w porcie.
W czwartek, który w Polsce jest świętem, po wspólnym śniadaniu pożegnaliśmy się i już w południe ruszyliśmy na prom. Przed nami 3h monotonnej podróży przez Danię.






,



Po zjechaniu z promu uciekliśmy znowu na boczne ścieżki i zaczęliśmy powrót w kierunku Świnoujścia, gdzie po raz piąty w tej podróży skorzystaliśmy z przeprawy promowej.

Znowu o 23 dotarliśmy, marznąc, do naszej nadmorskiej miejscówki, ubolewając, że po drodze nie udało się zjeść żadnych lodów.
W piątek, 9 czerwca, musieliśmy niestety wracać do domu. Pierwotnie prognozy mówiły że uda nam się skorzystać ze słońca i plaży, a wrócimy sobie wieczorem. Niestety pogoda kapryśną jest i okazało się że będzie max 19°C, trochę słońca i silny wiatr. Nie ucieszyło nas to zanadto i stwierdziliśmy, że już 15 zawijamy się w cieplejsze rejony kraju.
Nie udało nam się tylko załapać na ostatni prom na Noteci