poniedziałek, 16 czerwca 2025

2025 majowe sardynki

 

Sardynia 2025

Pomysł na Sardynię zrodził się już kilka lat temu po relacji Pawła z wypadu na Korsykę i podróży Night-Jetem. Niestety OBB skasowało połączenia i aby dostać się do Włoch pozostaje jechać na kołach lub z motocyklami na przyczepie. Dwa lata temu byliśmy motocyklami we Włoszech z zamiarem dotarcia na Sardynię, jednak panujące na wyspie ponad 40 stopniowe upały skutecznie nas zniechęciły i wówczas pojechaliśmy na Elbę.  Korzystając z ubiegłorocznego doświadczenia wyprawy do Normandii i wypożyczalni przyczep, zdecydowaliśmy się na takie właśnie rozwiązanie.


Jak zwykle tuż przed wyjazdem musi spiętrzyć się pierdyliard spraw zawodowych i nie tylko, dlatego przyczepę odebrałem dzień wcześniej odżałowując te 40zł za kolejną dobę. W piątek po robocie załadowaliśmy motocykle na przyczepę, zabezpieczyliśmy pasy, wrzuciliśmy do bagażnika mandżur i już koło 19 udało się wyjechać w kierunku zachodnim, żeby choć część 1200km trasy pokonać jeszcze w piątek. Granica na szczęście okazała się pusta i Ania zaczęła szukać noclegu w okolicach Lipska, gdzie dotarliśmy około 23.


mijamy Odrę

26/04/2025

Po sutym śniadaniu ruszyliśmy o 8 rano autobahnami na południe, by około 18 dotrzeć na miejsce, gdzie zostawialiśmy auto z przyczepą.



postanowiliśmy ominąć korki powypadkowe pod Insbruckiem



lubimy zakręty











powrót na autobahne


łatwo poznać że Italia, pordzewiałe bandy





niektórzy mają fantazję


27/04/2025

Prom wypływa o 21,30 a przed nami jakieś 350 km do Livorno. Oczywiście powinniśmy być 2h wcześniej. Do Bolonii jedziemy bocznymi drogami, początkowo podziwiając majestatyczne góry doliny Adygi i wkurzajac na „intuicyjne” oznaczenie objazdów i zamkniętych dróg. 















W planie mieliśmy zwiedzanie Florencji, więc z Bolonii jechaliśmy już autostradą do samej Florencji, bo coś tam przegapiłem. Jak zawsze, zwiedzanie w stroju motocyklowym nie należy do najłatwiejszych, więc było trochę po łebkach, ale i tak miasto zachwyciło swoją architekturą. Jest gdzie wrócić.





















słynny Ponte Vecchio





a to już Ponte Santa Trinita

Ponieważ znowu byliśmy trochę w niedoczasie, stwierdziliśmy że obiad zjemy już w Livorno, przed wjazdem na prom. Nie przewidzieliśmy jednak, że ten wielki port nie ma zbyt wiele do zaoferowania, a pora o której dotarliśmy powodowała, że wiele knajp jeszcze nie było otwartych, lub już zdążyło zamknąć kuchnię.

Przed samym Livorno dopadł nas deszcz i Ania miała obawy przed wjazdem na prom po śliskich metalowych trapach. Jednak nie one okazały się największym wyzwaniem, tylko rampa którą mieliśmy wjechać na wyższy pokład. W tą stronę mieliśmy zarezerwowaną kajutę więc było w miarę komfortowo.


Niestety temperatury nie zachęcały do spędzenia nocy na otwartym pokładzie, tym bardziej że przelewały się po nim masy wody po niedawnym deszczu. Na szczęście dookoła słychać było swojskie „k#%wa!, k#%wa!, k#%wa!”, więc czuliśmy się prawie jak w domu. Zmęczeni podróżą poszliśmy spać wiedząc, że wcześnie rano czeka nas pobudka i wyzwanie w postaci zjazdu z promu.















nasza norka


28/04/2025

Na szczęście strach ma wielkie oczy, a zjazd stromą, wydawało się, rampą to była poranna bułka z masłem. Na moje nieszczęście w ferworze przygotowań do wyjazdu nie zwróciłem uwagi, że patałachy z obsługi nie odpięli mi jednego pasa i zaliczyłem spektakularną glebę, pozbywając się po raz drugi w tym miesiącu lusterka. No cóż, z jednym też da radę jeździć.








Jakoś nie czuliśmy potrzeby zwiedzania o poranku Olbii, więc szybko opuściliśmy portowe miasto i pojechaliśmy do na północ w kierunku Costa Smeralda i Porto Cervo, gdzie zaszaleliśmy i w porcie wypiliśmy naszą pierwszą i najdroższą kawę przy marinie jachtowej. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Teściowa, znaczy Santa Teresa, w markecie zrobiliśmy zakupy na śniadanie, które spożyliśmy na plaży Rena di Ponente. Nie wiem skąd nazwa plaży „ponętna Renia”, bo raczej waliło jak w kutrze rybackim XVII wiek. Niemniej widoczki były ładne. A można też było zobaczyć Korsykę, ale tam żabojady żyją.








zaraz po drugiej stronie zatoczki będziemy pić najdroższą kawę we Włoszech








 jest i espresso za 3,5EUR










tu jedliśmy śniadanie, ale waliło algami



Caletta Cala Spinosa







Kolejny punkt wycieczki to
Castelsardo i tam nawigacja się gubi w gąszczu wąskich uliczek. Dobrze wcześniej sobie obcykać, gdzie się chce dojechać, bo można się zapętlić nieźle, nawet mając w dupie ZTL. Niemniej miasteczko urocze i robi wrażenie, pewnie nawet większe z dalszej perspektywy, tym bardziej, że zwiedzanie go to ciągła wspinaczka po schodach, do czego motocyklowe Anzugi nie są stworzone. 






























Niestety przegapiłem w okolicy jeden wart zobaczenia punkt wycieczki czyli skałę słonia.

Szkoda, ale mój błąd. Wielkie miasto Sassari szybko ominęliśmy szukając kościoła św. Trójcy, który nie wiedzieć czemu, ze zdjęć przypominał nam trochę Rylski Monastyr w Bułgarii. Na moje nieszczęście w okolicy są dwa takie kościoły, wiec najpierw trafiliśmy do Florinas, co okazało się niewypałem, i dopiero chwilę później zobaczyliśmy Chiesa della SS. Trinità di Saccargia. No jak dla mnie to jakoś mocno prawosławnie to wyglądało, nawet ikonostas był w środku. 









Ponieważ byliśmy już zmęczeni całodzienną podróżą, a na zachodnim horyzoncie niebezpieczeie gromadziły się deszczowe chmury, postanowiliśmy jechać już prosto do Alghero, na nasz nocleg. Szczęśliwie deszcz udało się ominąć i na nocleg dojechaliśmy bocznymi drogami. Starówka urocza, a największym zaskoczeniem była knajpa Trattoria Caragol, do której trafiliśmy, a okazało się że jest prowadzone przez włosko-polskie małżeństwo.

















29/04/2025

Zbierając się z noclegu, mieliśmy małą przygodę, bo na dachu apartamentowca obok zatrzasnęła się jakaś kobita, która wypatrzyła Anię i coś tam po włosko-angielsku próbowała do niej krzyczeć. W końcu, poprosiłem o pomoc Włocha z wypożyczalni skuterów na dole, żeby dogadał się z uwięzioną i jakoś pomógł. W takich sytuacjach przydatna jest umiejętność delegowania kompetencji 😉














Opóźnienie poskutkowało tym, że nasz pierwszy punkt wycieczki czyli Grota Neptuna pozostała poza sferą realizacji. Podjechaliśmy na miejsce, ale jak usłyszeliśmy, że właśnie wpuścili wycieczkę, a następna wchodzi za ponad 1h to… cyknęliśmy trochę fotek z góry, przytomnie oceniliśmy, że nie chce nam się łazić w ciuchach motocyklowych a w trasę ruszymy koło 16. 












Więc dalej na koń i piękną drogą SP105 pojechaliśmy w kierunku Bosa. 

Krótka przerwa na kawę pod zamkowymi murami, gdzie Ania się zamotała się trochę z motocyklem. 













tu przydybał nas Paweł aka Pa.dre

Droga do Oristano jeszcze jakoś wyglądała. ale kolejny odcinek do Guspini to jakaś porażka. Zrobiło się płasko, nudno, industrialnie-rolniczo. 









Dopiero za Guspini droga SS126 miałą wić się serpentynami, ale znowu zrobiło się późno i zdecydowaliśmy polecieć prosto do Cagliari. Podjazd pod nocleg okazał się wyzwaniem, ale tak to jest jak się wybiera miejsce na starym mieście, gdzie wąskie uliczki są pod dziwnymi kątami, zarówno w poziomie jak i pionie. Po zalogowaniu się do hotelu poszliśmy na zwiedzanie miasta.





można nie zgadnąć, że te drzwi to winda


















to zdjęcie ma dla nas szczególne znaczenie, ponieważ tego dnia, ale przed południem, dostaliśmy zdjęcie robione w tym samym miejscu przez naszą przyjaciółkę, która zawinęła na chwilę do Cagliari wycieczkowcem Costa


W Cagliari pierwszy raz przekonałem się też do koni. Nigdy te zwierzęta nie wzbudzały mojego zaufania, bo chyba onieśmiela mnie ich wielkość, ale...

w sumie... na talerzu... do ogarnięcia i całkiem dobre...


30/04/2025

Dzisiaj staramy się trochę nadrobić zaległości z dnia wczorajszego i jedziemy zobaczyć flamingi w okolicy Porto Pino. Droga SP71 i widoki wysadzały z kapci. Kolor wody w zatoczkach to jednak nie efekt photoshopa, tylko faktycznie tak to wygląda. Jednak Porto Pino to nie Porto Fino, a i flamingów też nie zobaczyliśmy, ale było za to kilkaset metrów offu. W drodze powrotnej do Cagliari postanowiliśmy trochę poplażować na tych pięknych plażach „ i tego, i niepowtarzalnych”. Dojeżdżając do stolicy flamingi nam wynagrodziły ich brak, przelatując stadem nad nami.

























w lewym górnym narożniku widać końcówkę klucza flamingów :-D 








01/05/2025

Poranek zaskoczył nas niemiła sytuacją. Na moim motocyklu standardowo zostały sakwy, na gmolach z przeciwdeszczówkami i zapasem dętek. Niestety w nocy ktoś próbował się połasić na ich zawartość i wybebeszył mi sakwy, rozrzucając zawartość wokół motocykla. Nic nie zginęło, widocznie nic interesującego nie było, ale niesmak pozostał. Pierwszy raz taka sytuacja, a trochę świata w ten sposób udało nam się już zwiedzić. 


Mając niedosyt serpentyn wybrałem tym razem drogę SS125, zamiast znowu jechać wzdłuż wybrzeża i to było dobre posunięcie. Droga świetna, mnóstwo zakrętów, nie było tłoczno, albo mieliśmy szczęście. Jedynie motocykl Ani zaczął wysyłać dziwne komunikaty. Najpierw 
zaświecił się MAINTANANCE (chociaż przed wyjazdem był na serwisie przy przebiegu 3,700km), potem check engine, a na końcu na wyświetlaczu zrobiła się choinka kontrolek i przestał wskazywać prędkość. Zatrzymaliśmy się na poboczu, wsiadłem na CF i się przejechałem kawalek. No ok. serwis się wyświetla, check engine też, ale nas szczęście wszystkie systemy działają. Nawet prędkość wyświetla się znowu. Stara metoda Wyłącz/Włącz zadziałała, ale znowu, wkradł się niepokój czy dojedziemy szczęśliwie. Po drodze mijamy piękny stary rzymski most i jedna z wielu Nuraghe. Nuraghe to osobliwość Sardyni. Jest ich kilka tysięcy na wyspie, a najstarsze sięgają epoki brązu, czyli jakieś 15w. p.n.e. Miłośnicy twórczości Ericha von Dänikena kulturę mieszkańców Sardyni wiązać będą z mityczną Atlantydą.













jakiś mieszkaniec miasta 100-mostów zgubił tablicę D9SURF

Dalej lecimy starą drogą SS125, skrzętnie omijając nową dwupasmówkę w kierunku Arbatax, gdzie podziwiamy czerwoną skałę













fota dla Stonera









Po drodze jest jeszcze plan na Pedra Longa, ale ostatecznie omijam zjazd i za chwile jedziemy zboczem największego kanionu w Europie, Gorropu.

Widoki petarda.















Na koniec zajeżdżamy do małej wioski Galtelli, gdzie moja księżniczka znalazła nocleg w jakimś zameczku, za psie piniondze. 









Okazuje się, że w wiosce ma być jakaś impreza z darmowym jedzeniem i piciem z okazji świętego Krucyfiksu. Poszliśmy zobaczyć co i jak, i faktycznie stragany rozstawiały się przy głównym placyku starego miasta, gdzie znajdowały się trzy kościoły, św. Krucyfiksa, św. Krocza i św Beaty do nieba wziętej. Jest darmowe żarcie, to od razu natknęliśmy się na autobus rodaków, w stanie nieznacznie wskazującym, lub oszprycowanych hialuronem na kaczora Donalda. Skad oni się wzięli w takiej liczbie w tym zapomnianym miejscu????

02/05/2025

Ciężka noc była. O ile ja powoli wychodziłem na prostą, po 3 tygodniach przeziębienia, to teraz Anię telepało i dusił kaszel.  Stan raczej nie napawający optymizmem, a przed nami, już niedługi odcinek do Olbii, z jakimiś wizytami na plażach po drodze, nocna przeprawa na kontynent i ponad 300km następnego dnia nad Gardę. Stan Ani zmobilizował mnie do próby przebukowania promu z wersji fotelowej na kabinową, niestety okazało się że są „fully booked”. Pozbieraliśmy się z naszego zamku w Galtelli i ruszyliśmy w kierunku wybrzeża znaleźć jakieś ładne plaże. Niestety część z nich okazała się niedostępna, Porto San Paolo zabite dechami i w końcu udało sie usiąść gdzieś w okolicach Porto Istana, gdzie Ania zbierała siły przed ostatnim odcinkiem i dużym miastem, oraz zjedliśmy w końcu jakieś śniadanie.


 














Obiad już w Olbii i dalej jazda na prom, gdzie pełno uśmiechniętych i niemytych motocyklistów. Obsługa potwierdziła, że niestety nie ma żadnych wolnych kabin, więc pozostało nam spędzić noc w fotelach klasy „biznes”. Na szczęście dostępny był też prysznic i rano przed opuszczeniem promu skorzystaliśmy, chyba jako jedyni, z tego udogodnienia.

03/05/2025

Wyjazd z promu poszedł w miarę sprawnie i ruszyliśmy w kierunku Pizy, żeby śniadanie zjeść na Piazza del Miracolli. Niesamowite, ale byliśmy tam raptem 2 lata temu. 


ciągle krzywa


Szkoda, że nie pamiętaliśmy jak wyglądała droga do La Spezia, którą się dalej wybraliśmy, bo pewnie pojechalibyśmy inaczej. Dojechaliśmy do Massa, gdzie po przerwie na uzupełnieniu płynów doszliśmy do wniosku, że jeśli mamy zobaczyć jeszcze Veronę to czas wyskoczyć jednak na autostrady. Massa nam się przypomniała z nieudanej próby plażowania na włoskiej riwierze, dziś w tym samym mniej więcej miejscu tkwi rozbity statek.




Autostrady to nie jest to co lubimy jednak Ania przyznała że w porównaniu z X-Country, to CF prowadzi się na nich znacznie pewniej. Dojechaliśmy do Verony wydając cebuliony na przejechaną autostradę. Na szczęście udało się zaparkować blisko głównych atrakcji miasta czyli balkonu Julii i Piazza delle Erbe. Pokręciliśmy się starymi uliczkami, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w kierunku naszego noclegu, gdzie czekał nas jeszcze załadunek motocykli na przyczepkę.
















Po drodze robiąc ostatnie zakupy na jutrzejszą drogę w jakiejś wiosce spotkaliśmy rodaczkę, która tam utknęła kilkanaście lat temu.


04/05/2025

Około 7 rano wyjeżdżamy od naszych gospodarzy i ruszamy w trasę do domu. Ania się wkurza na mnie bo jadę po autostradzie przepisowo, znaczy 80km/h. Dobrze że wyjechaliśmy tak wcześnie, bo zanim osiągnęliśmy Brennero to ze 3h zeszły. Austrię udaje się w miarę sprawnie przeskoczyć choć ruch jest spory i dopiero za Monachium robi się znośnie, tym bardziej że odbijamy na Regensburg. Koło 19,30 mijamy Berlin obawiając się korków, ale jest pusto, granica też pusta. Szczęśliwie udaje się dojechać do domu koło 23.





ta to z nudów ulepi nawet sowę z Babybela, a może to Batman