piątek, 24 stycznia 2025

Nowy Rok 2025


Ponieważ niedługo po powrocie z Tajlandii zaczęliśmy sezon "zimno mi", trzeba było coś wymyślić, żeby szanowna małżonka jakoś przetrwała czas słoty, smuty i ciemności.
Tak się jakoś porobiło, że 1 stycznia 2025 wsiedliśmy o 6 rano w samochód i pognaliśmy do Berlina na lotnisko.

A celem była:

Gran Canaria



Oczywiście to była środa, a więc dzień loda


Po wylądowaniu, transferze i zalogowaniu w apartamencie wyruszyliśmy na rozpoznanie terenu.

Najpierw spotkanie z lokalną fauną i florą









Myśleliśmy też o wynajęciu samochodu

Ford jednak gówno wort

temu coś jednak zderzak nadto wystawał, chyba miał wyciąganą ramę, trefny jakiś

Oboje mamy w sobie spore pokłady dziecka i poszliśmy jednak pobawić się w piaskownicy.








ta to zawsze coś wymyśli, kamyki se poukładała ;-) 


No ale ile można siedzieć w piaskownicy, jak piach wszędzie włazi.
Czas ogarnąć w końcu jakiś środek transportu. No to ogarnęliśmy,


mijając po drodze potencjalne miejsce noclegowe.









Mając już czym się poruszać 




zaczęliśmy eksplorować, najpierw trochę mniejsze wioski.











A później wręcz aglomeracje









no mówię, że stoisz na miejscu dla niepełnosprytnych, weź przeparkuj!



Ania jako ekstrawertyczka próbowała nawet nawiązać jakieś relacje z miejscowymi.
kobiecina ją opierdziela, a ta się cieszy



ty wiesz, że ona była goła? no co Ty? tak przy wszystkich, na ulicy?










Wszyscy wiedzą jak bardzo uwielbiamy morze. Okazało się jednak, że w La Garita psy dupami szczekają, bida i nędza.










Nie każdy wie, że uwielbiamy też góry, pod warunkiem, że w siodle.











no tu akurat była jedna wielka dziura, za to obok było pole z wieloma małymi dziurkami, gdzie kolesie w kaszkietach biegali z kijkami jakimiś, prawie jak do hokeja, choć na laskarzy nie wyglądali.




portret ze słupem, I połowa XXI wieku


Jak już obejrzeliśmy tę dziurę, to jadąc dziwnymi drogami, o zaskakujących kątach nachyleniach, w tych sielankowych wręcz okolicznościach przyrody, zatęskniliśmy za jakąś przemocową atmosferą, terorem


















Gdy już mieliśmy dość teroru, poczuliśmy potrzebę odpoczynku, w jakimś magicznym miejscu, to może jaki las... Las Vegas? Las Palmas? a może Suchy Las? 
no to padło na Las Palmas




katedra św. Anny 









Następny dzień podeszliśmy bardziej ambitnie do tematu, bo Ania poczuła potrzebę morsowania. Wsiedliśmy więc na naszego rumaka, któremu już dzień wcześniej zapaliła się kontrolka oleju i pognaliśmy hen przed siebie.











Można było sobie popływać, pooglądać, poopalać, co kto lubi









Zaparkowaliśmy też koło... motocykla, który dawno temu stał się przyczynkiem do naszej pasji eksploracji świata z poziomu siodła.


A później daliśmy upust naszej górskiej pasji do tego stopnia, że zacząłem w złożeniach przycierać centralką o asfalt.





















Ania koniecznie chciała zobaczyć jakiś balkon, ale tam nie ma Verony... no balkon był tylko chałupy zabrakło






Zaczęło robić się późno, a do domu daleko więc na pewno w jakimś porcie znajdzie się miejsce dla strudzonych wędrowców.








Puerto de Mogan












no to mi panna trochę odleciała, niby małża a skrzydlata

Następnego dnia przy porannej kawie usłyszeliśmy jakieś poruszenie na mieście... 


No to poszliśmy zobaczyć, co się dzieje.






ponoć jakiś Kacper, czy inny Baltazar przybyli, czy mieli przybyć, mieli mieć też dary, ale nic nie dostaliśmy.










Tego dnia wiało dość mocno i zaczęliśmy weryfikować, naszą potrzebę dalszej eksploracji wyspy na dwóch kołach. Nie zmienia to faktu, że trzeba było jeszcze pojeździć i zahaczyć jeszcze jakieś poruszenie, w którym ja nie bardzo się odnajdywałem, ale Ania jest na bieżąco.











kawa Barraquito

Ponieważ nasza pasja górska jest wciąż niezaspokojona kolejny dzień był znowu w trasie.




mina skwaszona, bo odpuściliśmy skuter i poruszaliśmy się samochodem. Na szczęście bo momentami temperatura spadał do 13st.C







Dzień bez kawy to nie dzień
















Ania nawet swój motocykl znalazła








w tle widoczna Teneryfa





















Jak już pomarzliśmy w górach, trzeba było się rozgrzać w promieniach zachodzącego słońca




Potem pojechaliśmy na obiad, ale nie znaleźliśmy żadnej knajpy, to chociaż oczy nakarmiliśmy












chyba odwrotnie je posadzili

Ponieważ Arucas okazało sie kulinarną pustynią tego dnia, to pojechaliśmy znowu w las, gdzie udało się zjeść w bardzo fajnym miejscu



Ponieważ chyba zobaczyliśmy, co było do zobaczenia, dojrzeliśmy że mieszkanie na wyspie to jednak nie dla nas, bo czulibyśmy się jak w klatce, to pojechaliśmy zobaczyć innych mieszkających w "klatce"



jak śpiewał Pan Profeska "kameleon to zwierz który często lubi zmieniać skóry"













Po wizycie w Acuario Poema del Mar podjechaliśmy bliżej centrum Las Palmas, bo Ania koniecznie chciała wspiąć się na wieżę katedry św. Anny. Jakie rozczarowanie, gdy okazało się że jakieś 20 lat po jej pierwszej wizycie w tym miejscu zdążyli zbudować windę :D 












Ania postanowiła też sprawdzić działanie poczty analogowej w dzisiejszych czasach, w zamorskich krainach. No i zaskoczenie, doszła i to dość szybko, znaczy poczta, nie Ania :) 

No i nastał ostatni dzień na Gran Canaria. Jedyne co nam pozostało to wypić ostatnie Café bombón, w jakiś ładnych okolicznościach, zdać samochód i się zameldować na lotnisku łapiąc ostatnie promienie południowego słońca. Dalej czekał nas już tylko lot do strefy mroku, zimna.