środa, 26 lutego 2020

2019 Good morning Viet Nam


Wietnam 2019



Od początku roku wiemy, że tegoroczne wakacje mają być inne niż wszystkie. Dotychczasowe dystanse w obrębie kontynentu europejskiego to za mało dla naszej wyobraźni. I choć wiele miejsc czeka wciąż na odkrycie nas gna gdzieś dalej. Motocyklowy trip odbył się już w majowy weekend, gdzie pogoda nas nie rozpieszczała zwłaszcza w trakcie powrotu. Przeglądaliśmy oferty lotów na daleki wschód lub zachód czekając aż trafi się coś korzystnego. W moje urodziny w lipcu Qatar Airways ogłosił promocję na loty. Podumaliśmy 3 dni i kupiliśmy bilety do Wietnamu. Udało się w przyzwoitej cenie znaleźć lot Warszawa-Hanoi, Sajgon-Warszawa. Do ogarnięcia pozostała kwestia pomiędzy Hanoi a Sajgonem. Ponieważ potrzebowaliśmy wizy, zarezerwowaliśmy od razu dwa noclegi w Hanoi na Old Quarter. Ponieważ czasu było sporo temat dalszych atrakcji odłożyliśmy na później. Jednak termin zbliżał się. Pierwotny plan przejechania z Hanoi do Sajgonu kupionymi lub wypożyczonymi motocyklami okazał się mocno na wyrost. Nie doszacowaliśmy wielkości tego kraju. Samoloty? W sumie cenowo wypadają podobnie jak chyba pociągi, ale sporo w ten sposób się ominie. Chcieliśmy zaliczyć 3-dniową wycieczkę do zatoki Ha Long, ale ceny w internecie nas ostatecznie powaliły, więc wykombinowaliśmy tańszy sposób zobaczenia zatoki. Zamiast kupować wycieczkę przez internet, kupiliśmy bilet autobusowy na największą wyspę zatoki i wynajęliśmy na niej pokój na 2 noce. Na miejscu znajdzie się na pewno coś atrakcyjnego, żeby popłynąć na zatokę. Z rozpędu kupiliśmy też bilety kolejowe i dokonaliśmy rezerwacji w dwóch kolejnych miejscówkach, Ninh Binh i Hue. Ale nadszedł dzień wyjazdu. Tak się złożyło, że tego dnia przypadły wybory parlamentarne w naszym kraju. Ku naszemu zdziwieniu na lotnisku nie ma lokalu wyborczego. Musieliśmy więc szukać lokalu blisko naszego noclegu lub lotniska.


13/10 – 14/10 w drogę!

Zaopatrzeni w karty potrzebne do głosowania meldujemy się punkt 7 rano w lokalu wyborczym.




15 minut później gnamy taksówką na lotnisko. Lot do Doha mamy o 9,25 i te 2 godziny wcześniej powinniśmy być na terminalu. Odprawę przechodzimy sprawnie, nie dajemy się przyłapać na szmuglowaniu niczego i punktualnie wznosimy się w powietrze. Na dworze +18st., piękne słońce, a my wznosimy się coraz wyżej. Mamy fajne miejsca i lecimy na południe mijając Lwów, Karpaty, Varnę do malutkiego Kataru. Tam transferujemy się na drugi koniec lotniska podziwiając misia (co się stało temu misiu?), odpływając na chwilę w przestrzeni telewizyjnej.


Mamy 5 godzin na lot następny więc w bardzo przyzwoitej cenie zjadamy kolację. Katarski rial odpowiada wartości mniej więcej złotówce, więc liczy się łatwo. Wreszcie koło 21 startujemy do Hanoi. Samolot jest jeszcze większy, ale mamy wrażenie że miejsca jest ciut mniej. Na nasze szczęście koło nas jest jedno wolne miejsce więc mamy do dyspozycji 3 fotele. Czeka nas 6 godzin lotu, ale różnica czasu powoduje że na miejscu będziemy o 7 rano, 14 października. QA uwzględniło moje ograniczenia dietetyczne więc dostaje jakąś bezpłciową porcję ryby z rozgotowaną kaszą gryczaną. Ania wzięła kurczaka curry więc smakowe doznania  ratuję jej daniem. Lądujemy o czasie w Hanoi. Wyrąbani i nieświezi przechodzimy sprawnie granicę, dostajemy pieczątki do paszportów, odbieramy nasze plecaki. Za chwile legalnie przekraczamy celników, ogarniamy temat wymiany pieniędzy, karty SIM i transportu do miasta.


 

Naczytawszy się ostrzeżeń przed naciągaczami, oszustami i wyłudzaczami wiemy co robić i wychodzi nam to całkiem nieźle. Po chwili jedziemy do centrum ciesząc się dostępem do danych komórkowych. 
Mamy też pierwszy mały zgrzyt, gdy obsługa autobusu wydaje nam za mało reszty. Czy się chłopak pomylił czy zrobił to celowo nie wiemy, ale tylko wzmaga to naszą czujność. Na jego i nasze szczęście przyznał się do błędu i oddał resztę w prawidłowej wysokości. Odzyskaliśmy nasze 100.000 dongów, czyli ok. 17zł.

Ponieważ doba hotelowa jeszcze długo się nie zacznie ustaliłem z hotelem, że zostawimy nasze plecaki u nich i ruszymy sobie w miasto na zwiedzanie. W drodze do hotelu wypiliśmy naszą pierwszą wietnamską kawę na wietnamskiej ziemi, na placu pod katedrą św. Józefa. Kawa była boska, zresztą jak to kawa wietnamska. 


Warto wiedzieć, że Wietnam jest drugim co do wielkości producentem kawy na świecie. Zaskakujące, nieprawdaż? Kawa wietnamska ma też zupełnie inny smak od tego co znamy. Bardzo mocno czuć w niej czekoladę, jest bardziej tłusta, a fakt, że standardowo podawana jest ze skondensowanym mlekiem czyni z niej ambrozję. Zresztą kawę pije się tam wszędzie, przy każdej okazji i na każdy możliwy sposób. Jedyne przypadki, gdy kawa nam nie smakowała w Wietnamie, to gdy próbowano ją przyrządzić na europejski sposób. Ekspresy ciśnieniowe też nie za bardzo nadają się do jej parzenia. Można szybko pozbyć się ekspresu.

W knajpce siedziała sama lokalna młodzież. Z nikim nie szło dogadać się w żadnym „cywilizowanym” języku, do czasu aż nie wpadł do niej białas z plecakiem JANSPORT. Zagaduję go po polsku, a koleś zaczyna nawijać mi po angielsku. W końcu okazuje się, że plecak dostał od znajomego Polaka, a on jest z Ameryki. Po kawie ruszyliśmy dalej do naszego hotelu oszołomieni trochę tym naszym pierwszym kontaktem z Azją. Włóczymy się naszym sposobem po Old Quater, idziemy nad jezioro Hoan Kiem, gdzie zwiedzamy świątynię jadeitowej góry. 





Kierujemy się do słynnej kawiarni Gran Café, gdzie kilkadziesiąt lat temu wymyślono egg-coffee, czyli kawę z koglem-moglem. Paradoksalnie, jak później się okazało, można tam wypić najtańszą egg-coffee w całym Wietnamie. Kosztuje jakieś 25.000 dongów, czyli przynajmniej 2x mniej niż w innych miejscach. Sama knajpa też jest dość obskurna i w żaden sposób nie jest beneficjentem swej sławy i sukcesu. Cóż Wiedeń to nie jest. 


Zresztą większość lokali w Wietnamie wygląda podobnie. W końcu wracamy do hotelu, żeby zalogować się w naszym pokoju, wziąć zasłużony prysznic i przebrać w czyste ciuchy. Pierwsze wrażenia z Hanoi są nienajgorsze. Chwilę przed przylotem trafiłem na kilka blogów opisujących kiepskie doświadczenia z tym krajem. Począwszy od ludzi, poprzez ruch uliczny, estetyczne wyluzowanie, czyli syf itp., itd. Jak na razie mamy jednak poczucie „jak tu fajnie!” Owszem poziom higieny może odbiega od tego do czego Europejczyk w podróży jest przyzwyczajony, ale z drugiej strony zapuszczając się w boczne zaułki południowych krajów EU spodziewam się bardzo zbliżonego standardu. O ruchu ulicznym tyle się naczytaliśmy, że w zasadzie nie odczuliśmy jego uciążliwości. Drogę do hotelu z autobusu, czyli pierwszy kontakt z wietnamskim chaosem pokonaliśmy bardzo sprawnie. Przyjęliśmy zasadę „dostosować się”, a nie „walczyć”, „bać”. Można powiedzieć, że byłem rozczarowany, bo spodziewałem się większego Sajgonu, ale to może później w Sajgonie. Tu widzieliśmy nawet stojące na światłach skutery, a nawet udało się zrobić zdjęcie pustej ulicy! Owszem, skuter tutaj jest wszystkim. Przewieźć 5-osobową rodzinę, kilka worków cementu, kilka kegów, wiader czy 1,5 metrowych butli z gazem technicznym? 
 



Żaden problem. Każdy jeździ jak chce i gdzie chce, na nic nie patrzy, chyba że w komórkę, ale idzie przeżyć. Nawet Europejczyk, mentalnie w okowach zasad i przepisów ruchu drogowego, poradzi sobie, jeżeli tylko będzie zdecydowany i bez strachu. Klakson służy do trąbienia, więc wszyscy trąbią na potęgę. Większy zawsze ma rację i o tym trzeba pamiętać. Nie licz na to, że ktoś ci ustąpi, jesteś przegrany. Trzeba grać wg ich reguł. 






Po ablucjach poszliśmy w kierunku mostu Long Biem. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze nocny targ obok Dong Xuan Market z fascynującymi piramidami owoców i warzyw, których nazw nawet nie znamy. 



W tym momencie pada mi bateria w aparacie i zaczyna padać. Szybko zaopatrujemy się w foliowe peleryny za grosze i ruszamy na most. Most ma 120 lat i podobnie jak most w portugalskim Porto został zaprojektowany przez Eiffla. Wietnamczycy dwukrotnie go odbudowywali po bombardowaniach amerykanów. To niestety widać i czuć, zwłaszcza jak się nim idzie. Generalnie stan rozkładu, choć jeżdżą po nim tysiące skuterów i pociąg. 





Zwiedzanie i długie spacery dają się Ani we znaki, a my jesteśmy po drugiej stronie rzeki. Idziemy wężową wioską Le Lat, zastanawiając się czy w ogóle powinniśmy się tam znaleźć. Po drodze mijamy stragany z prażonymi larwami jedwabnika, suszonymi rybami, owocami morza i innymi dziwami w chitynowych pancerzykach po obróbce cieplnej. Bezskutecznie próbuję ogarnąć GRAB-a, to taki tutejszy UBER. Po jakiejś chwili zatrzymuje się zielony skuter GRAB, który ustala z nami cenę przejazdu na 50.000dongów. Nie wierzę w to co robimy, ale oboje ładujemy się za kierowcą na ten mały skuter i ruszamy w kierunku Old Quarter. Robimy jeszcze spacer wokół jeziora Hoan Kiem, pijemy ostatnią tego dnia kawę i wracamy do hotelu choć jeszcze nie ma 21.


15/10/2019 - Hà Nội

Ania przespała 12h, ja trochę krócej. Jemy śniadanie z młodzieżą z Polski i kombinujemy co dalej. Korzystamy wreszcie skutecznie z aplikacji GRAB i ruszamy do pagody Tran Quoc nad jeziorem zachodnim. Nasz kierowca przewozi nas bardzo sprawnie i za niewielkie pieniądze do celu, ale niestety spóźniliśmy się 5 minut i odbijamy się od drzwi świątyni, w której trwa przerwa do 13,30. Nie bardzo wiedząc co ze sobą począć cofamy się w kierunku centrum, pozwalając po drodze naciągnąć na świeże owoce od miejscowej przekupki.


Włóczymy się, wypijamy kolejne kawy, zwiedzamy świątynie taoistyczną Quan Thanh i powoli znowu kierujemy do Tran Quoc. Wbrew temu co twierdzi przewodnik, pagoda nie góruje nad miastem, ale jest i tak warta zobaczenia. Niesamowite wrażenia robią też drzewka bonsai na terenie świątyni, na których stawiane są różne postacie, domki, miniaturowe świątynie, a nawet całe scenki rodzajowe. 



Po zwiedzaniu kierujemy się na mauzoleum Ho Chi Minha kupując po drodze pyszne ciastko ryżowe z trzciną cukrową, kokosem i sezamem, na ulicznym straganie. 

Wejście na plac defilad jest strzeżone i trzeba przejść przez kontrole prawie jak na lotnisku. Po chwili podziwiamy zmianę warty przed mauzoleum ojca narodu. Podobno mauzoleum było projektowane na kształt kwiatu lotosu. Jakie środki odurzające brał architekt, nie wiem, ale w niczym nie przypomina to tego kwiatu, w przeciwieństwie do starej pagody na jednej nodze zbudowanej czy ufundowanej przez jednego z cesarzy w podzięce za narodziny syna, którą mamy okazję podziwiać chwilę później.




Powoli, spacerem kierujemy się do świątyni literatury, gdzie spotykamy parę z Polski, która przyleciała z nami tym samym samolotem. Teren świątyni ogromny, a jej układ symbolizuje stopnie zdobywania wiedzy. Zaczyna się od pokory. 



My zaczynamy odczuwać głód więc powoli wracamy na Old Quarter.  Odnajdujemy jeszcze wąską uliczkę, po której jeździ pociąg relacji Hanoi – Sajgon. 

Po drodze kupujemy tutejszą bułkę Banh Bao. W zasadzie wygląda to jak pyza drożdżowa nadziewana farszem mięsnym, jajkiem przepiórczym, może też być na słodko. Z pewną taką nieśmiałością zajadam się przysmakiem, ciesząc się, że blisko hotel. O dziwo, mimo mojej przypadłości nie odchorowuję tej dawki glutenu. A może to jednak nie zawierało glutenu? Chociaż na ryżowe to też wcale nie wyglądało. Przypadkiem wpadamy na jakiś food court i siadamy w jakiejś knajpce. W zasadzie sami turyści i to był błąd. Żarcie nic specjalnego, a później za rogiem okazuje się co straciliśmy. Niestety żołądki już pełne. Znowu się włóczymy podziwiając co zostało z czasów kolonialnych i wracamy powoli do hotelu, żeby przygotować się do kolejnego etapu podróży.



16/10/2019 - Cát Bà
Wczesna pobudka, na śniadanie zjadam tradycyjną zupę Pho, a o 7,30 ma nas odebrać autobus na wyspę Cat Ba. Ania lekko panikuje czy kierowca na pewno po nas przyjdzie. Uspokajam ją, że to Azja i poczucie czasu może być inne. W sumie nie jest źle, bo już o 7,40 wpada po nas ktoś i za chwilę zbieramy po mieście pozostałych którzy wybierają się na wyspę. Trochę przysypiamy, ale budzi nas przystanek przy przesiadce na prom. Kupuję sobie na przystanku ciasto banh gio, którym Ania nie jest zbyt zachwycona, a ja wręcz przeciwnie. Krótki rejs i za chwilę znowu jedziemy autobusem przez wyspę do miejscowości o tej samej nazwie. 

Po zameldowaniu w hotelu, wypożyczamy skuter i ruszamy na podbój wyspy. 


Pierwszy kontakt z plażą niezbyt udany, bo trwa budowa wielkich hoteli. Drugie podejście to strzał w 10. Praktycznie pusta plaża przy jakimś resorcie, woda ciepła jak zupa, piasku nie powstydziłyby się bałtyckie plaże. 


Pierwsza kąpiel słoneczna, pierwsza kąpiel w morzu i zaskoczenie. Mimo że zasolenie podobne do tego w Adriatyku, sól nie ściąga nam skór, nie drapie, można bez problemu założyć ciuchy nie czując dyskomfortu. 



W końcu wsiadamy na naszego mopeda i pędzimy na punkt widokowy na środku wyspy. Do wejścia na teren parku narodowego docieramy  o 15,15. Mamy niecałe 2h na to, żeby dojść i wrócić. Obsługa parku informuje nas ze w jedna stronę idzie się godzinę. Co tam, damy radę, zapewne jest to wyliczone dla niemieckich emerytów. Nie da się ukryć jednak, że jest ciężko, ale się nie poddajemy. Wreszcie docieramy do celu. Widoki piękne, zdychamy od wysiłku, ale Ania jest niepocieszona, bo liczyła ze zobaczymy z tego miejsca również całą zatokę. 



Schodzimy w dół dziwiąc się, że obsługa wciąż wpuszcza do parku ludzi, którzy idą na górę. Ciekawe jak zejdą, skoro słońce chowa się za około godzinę. Wracamy do pokoju wziąć prysznic i schodzimy na dół coś zjeść w knajpce obok. Poznajemy się z grupą Polaków, których wcześniej spotkaliśmy w drodze na punkt widokowy i których później będziemy spotykać co chwilę.


17/10/2019 - Hạ Long

Noc nie należała do łatwych przynajmniej dla mnie. Pokój z widokiem na zatokę miał swoje uroki, ale nie przewidziałem, że przez całą noc ktoś będzie się produkował do mikrofonu i grała muzyka. Skończyło się tak, że hałas za oknem zagłuszył mój cichy budzik i zaspaliśmy. Na szczęście spakowani byliśmy już wcześniej i wystarczy się zebrać i szybko coś zjeść przed podróżą. Busik podjechał punktualnie o 8, po drodze zebraliśmy innych wycieczkowiczów i za chwilę zaokrętowaliśmy się na łajbie, na której króluje jakiś ryżawy brytol. Płyniemy na zatokę Ha Long. 








Plan wycieczki dość ciekawy, ale też chyba standardowy. Zatoka Lan Ha, pływające wioski, kajaki, pływanie, zatoka Ha Long, Monkey Island. Udaje się prawie wszystko z wyjątkiem samej zatoki Ha Long. Podobno plany psuje pogoda, ale słyszymy też głosy, że to standard. Widoki i tak są powalające. Tego opisać się nie da. To trzeba zobaczyć. Nawet deszcz, który zaczął padać, gdy wsiedliśmy do kajaków nie popsuł wrażenia. 



Pływające wioski są niesamowite. Jak ci ludzie tam żyją? Jakoś muszą, skoro nawet anteny satelitarne mają. Wycieczka kajakami przez lagunę z różnymi przesmykami, pod skałami sterczącymi z wody, kąpiel w ciepłych wodach morza, wspinaczka na punkt widokowy na wyspie Monkey Island, to wszystko robi wrażenie. 








Po drodze co chwilę wpadamy na poznaną wczoraj grupę krajanów, którzy wybrali się z inną ponoć lepiej ocenianą wycieczką. Jak się okazało wycieczki niczym się nie różniły. 




Około 17 zawijamy z powrotem do portu, wracamy do hotelu wziąć prysznic i przejść się do innego portu na kolację. Po jedzeniu znowu włóczymy się swoim zwyczajem aż trafiamy do jakiegoś back-packerskiego hostelu z hipsterską knajpą, gdzie spotykamy grupę poznanych na wycieczce Hiszpanów, z którymi kończymy dzień.


18/10/2019 - Cát Bà - Ninh Binh

Dzisiaj opuszczamy wyspę, ale autobus mamy dopiero popołudniu. Zostawiamy więc bagaże przy recepcji naszego hotelu i wynajmujemy znowu skuter. Śniadanie jemy w knajpce z pięknym widokiem na zatokę i zastanawiamy się co dalej i w jakiej kolejności. W końcu ustalamy, że zaczniemy od fortecy Cat Ba. Okazuje się jednak, że tego dnia jest niedostępna do zwiedzania. Spotykamy naszych znajomych Polaków i wąską ścieżką idziemy na jakiś inny punkt widokowy. Kilka fotek i ruszamy skuterem na plażę, którą mijaliśmy pierwszego dnia jadąc do miasteczka. Niestety miejsce nie spełnia naszych oczekiwań, więc wracamy do Sunrise Resort, gdzie zażywamy kąpieli słonecznych i morskich. 






O 15 zdajemy nasz skuter i wsiadamy do autobusu, który zawiezie nas do Ninh Binh. Koło 21 lądujemy w Tam Coc, gdzie jemy zasłużony obiad i łapiemy GRAB-a do naszej noclegowni. Początkowo kierowca odrzucał nasze zlecenia, ale w końcu udało się, zaakceptował i zawiózł nas w kierunku środka niczego.

19/10/2019 - Hang Mua



Jesteśmy na wsi. Na wsi żyją zwierzęta. Zwierzęta wstają o świcie. Kogut pieje, będzie rosół. 
Mój plan, że wreszcie odeśpię w ciszy uliczny zgiełk wietnamskich miast legł w gruzach z pierwszym pianiem koguta.  Przed 9 idziemy na śniadanie i dostajemy najlepszą kawę jaką dotychczas piliśmy. Ja zostaję ochrzczony Mr Putin, choć do tej pory ponoć mylono mnie z Craigiem. Może agent 007 zostawił po latach służbę koronie i przeszedł na mroczną stronę mocy?
Dogadujemy się na wynajem skutera, negocjując cenę i ruszamy w trasę.

 obowiązkowy strój motocyklowy ;)

Najpierw Trang An, to takie coś jak zatoka Ha Long tylko, że na lądzie. Widoki znowu zapierają dech i nie wiem, czy nie jest jeszcze lepiej i ładniej jak te 2 dni wcześniej. 









Po 3-godzinnej wycieczce łodziami, którymi wiosłują kobiety, wsiadamy z powrotem na skuter i ruszamy w kierunku starożytnej stolicy Hoa Lu z X w. n.e. 




Później szukamy pagody Bai Dinh która jest faktycznie gigantyczna i góruje nad wszystkim, ale odpuszczamy jej zwiedzanie ze względu na obszar jaki zajmuje i brak możliwości podjechania bliżej. 

Wracamy w nasze okolice by wspiąć się na punkt widokowy Hang Mua, który znajduje się na końcu drogi, gdzie leży nasz homestay. Warto było pokonać te kilkaset stopni. Wrażenia niezapomniane z widoku ostańców wapiennych rozsypanych wśród pól ryżowych. 







Po wycieczce jedziemy na zasłużoną kolację do Tam Coc.

20/10/2019 - Phát Diệm, Tam Coc

Kończymy nasz pobyt w uroczym Hang Mua Homestay. Zostawiamy tylko bagaże, bierzemy skuter i pędzimy do starej katolickiej katedry Phat Diem. Mamy do pokonania około 35km w jedna stronę. Trasa zbyt urokliwa nie jest, bo przebiega przez ciągnące się wzdłuż drogi miejscowości. Faktycznie, dużo tu katolików, bo większość świątyń zwieńczona jest krzyżami. 


Oczywiście, gdy osiągamy cel okazuje się, że kościół jest zamknięty dla zwiedzających. Mając trochę czasu pokrążyliśmy po miasteczku i wypiliśmy zasłużoną kawę w małej rodzinnej knajpce przy świątyni, gdzie jedyną osobą mówiącą coś po angielsku była ok. 8-letnia córka właścicielki. 


Tutejsze katolickie przybytki różnią się od tego co znamy nie tylko architekturą. Tu kaplice to zupełnie osobne budynki rozrzucone wokół głównego kościoła. Ołtarze kapią złotem, rzędy kolumn z drzewa żelaznego, ikonografiki na ścianach mieszają elementy katolicyzmu i azjatyckich legend. 








nie byłbym sobą gdybym nie spróbował czegoś do jedzenia




Wracamy do Tam Coc zobaczyć miasteczko za dnia i spotykamy znajomą z wycieczki po Ha Long Niemkę. Czas zorganizować sobie powrót. Wieczorem mamy nocny pociąg z Ninh Binh do Hue. 
Niedługo przed odjazdem na dworzec wpada czereda dzieciaków. Przeżywamy niezwykłe wzruszenie widząc jak 8-10 latki podchodzą do obcokrajowców i po angielsku pytają czy mogą się przysiąść, czy mogą chwilę porozmawiać po angielsku, bo to dla nich jedyna możliwość, żeby ćwiczyć znajomość języka. 11-latek, z którym rozmawiam radzi sobie naprawdę nieźle. Czasem ma problem z wymową, ale jest dobry. Jesteśmy naprawdę poruszeni całą sytuacją. Po chwili zostawiamy dzieciaki na stacji, mościmy się na naszych legowiskach w kuszetce i ruszamy na południe. 


21/10/2019 - Hue Zakazane Miasto

Do Hue docieramy z lekkim opóźnieniem. Jest upał. W pociągu klima albo mroziła na maxa, albo wyłączali i robiło się duszno. Teraz po wyjściu z pociągu wpadamy w żar. Na stacji śmierdzi więc szybko ją opuszczamy i spokojnym spacerem idziemy w kierunku cytadeli i Zakazanego Miasta. 












Idąc z plecakami zatrzymujemy się na kawie, na soku z kokosa. Docieramy w końcu do naszego homestay i jest znowu trochę jak w Hanoi. Bardzo uprzejmi właściciele, zaraz przygotują nam pokój, choć jesteśmy sporo przed czasem. Mamy szansę się wykąpać i doprowadzić do ładu po nocy w pociągu i 3km spacerze z plecakami w upale.  Ruszamy do Zakazanego Miasta, które jest zaraz za rogiem. 










Teren zwiedzania jest ogromny. Sporo rzeczy już odrestaurowano, ale sporo wciąż czeka na przywrócenie im ich dawnej świetności. 







Duży wkład w to miał polski architekt Kazimierz Kwiatkowski, który w latach 80-tych w ramach bratniej pomocy przybył do Wietnamu i na tyle zasłużył się dla kultury Wietnamu, że w Hoi An postawili mu pomnik. Upał i kilometry spacerów dają nam w kość. Po opuszczeniu Zakazanego Miasta szukamy jakiejś ulicznej jadłodajni, jemy zupę, znowu krążymy, pijemy kawę. 

"czy ty zawsze musisz wybrać najbardziej obskurne miejsce?"


Koło 18 wracamy do pokoju, bo na 19 nasza gospodyni zaprosiła nas na kolacje rodzinną.
 

22/10/2019 Hue - grobowce cesarzy

O 5 rano obudził mnie hałas za oknem. Okazało się, że to tutejszy kondukt żałobny. Ze względu na panujące za dnia temperatury pogrzeby robi się przed wschodem słońca. Nasi gospodarze są przemili. Serwują nam miejscowe smakołyki i zapraszają wieczorem znowu na kolację. Mało tego. Ania straciła swoje okulary na Monkey Island. Teraz nasza gospodyni Van, zabrała ją do miejscowego optyka i w ciągu 15 minut Ania miała zrobione dla siebie odpowiednie progresy uwzgledniające jej astygmatyzm. Dlaczego u nas trwa to 2-3 tygodnie? Dlaczego potrafi kosztować od 1500zł w górę? No dobra, w Wietnamie zapłaciliśmy 1.100.000 dongów, ale to nie  jest nawet 200zł!!!

W końcu około 11 wsiadamy na pożyczony od Van skuter i jedziemy zwiedzać grobowce cesarzy rozrzucone wokół Hue.

 profi corona masken

W planie są trzy, Tu Duc, Khai Dinh i Minh Mang. Z nieba leje się tai żar, że dajemy radę zobaczyć tylko pierwsze dwa. Grobowiec Tu Duc jest ogromny. To właściwie letnia rezydencja na kilku hektarach, w której cesarz po śmierci miał być pochowany.






 
 żadna droga nie straszne takim adwenczerom

Grobowiec Khai Dinh ma bardziej ludzki wymiar, w porównaniu z poprzednim jest wręcz malutki. Niemniej zachwyca swoim rozmachem i detalami dekoracji głównego budynku.












Podejmujemy decyzję o wycieczce nad morze, po drodze zahaczamy tylko jeszcze o pagodę Thien Mu na brzegu rzeki Perfumowej.

 Miałem opory czy wstawić powyższe zdjęcie, ale prawda jest taka że dla nas Polaków, europejczyków może to być szokujące ze względu na naszą historię. Tam jest to symbol religijny, który oznacza "przynoszący szczęście". 
Największy szok zrobił na mnie widok cmentarza na którym każdy nagrobek zwieńczony był swastyką. My czuliśmy się nieswojo jako przedstawiciele narodu będącego ofiarą wynaturzonej ideologii nacjonalizmu. Podróżująca z nami Niemka też nie miała łatwo, znając historię swego kraju.

Przejazd przez miasto jest pewnym wyzwaniem, ale najwięcej stresuje się Ania. Ja popełniam raz błąd, gdy europejskim zwyczajem chcę przepuścić stojącą na środku jezdni dziewczynkę. Dziecko zgłupiało i nie wiedziało co ma zrobić, inni ostro mnie obtrąbili. W końcu bez większych przygód udaje nam się dotrzeć na plażę. Niestety nie wzięliśmy strojów do kąpieli, a woda ciepła jak… Morze Południowochińskie.


Zrywa się wiatr który momentami wydaje się nawet chłodny. Od przekupki kupuję kolejne doświadczenie kulinarne z Wietnamu. Tym razem to krewetka w ryżu kleistym zawinięta w liść bananowca.


Robi się ciemno więc musimy zrobić odwrót do miasta. Na kolacji u Van tym razem jest Nowozelandczyk i Kanadyjczyk. Atmosfera jest rodzinna, a gospodarze zabierają nas potem na sok z trzciny cukrowej. Aż żal wyjeżdżać, ale mamy rano autobus do Hoi An.

23/10/2019 - Hoi An, miasto krawców i jedwabiu

Po śniadaniu Van z mężem odstawiają nas swoimi skuterami na autobus do Hoi An. 

Azjatyckim zwyczajem godziny odjazdu są czysto orientacyjne, przewoźnicy przewożą nas z miejsca w miejsce aż w końcu wsiadamy do sleeping bus. Dobrze, że do Hue dotarliśmy pociągiem. Jednak komfort w kuszetce jest nieporównywalny z tym w autobusie. 


Docieramy do naszego miejsca noclegowego i rozczarowanie. Rozpieszczeni w Hue przez Van mamy spore wymagania, a sądzę, że za te pieniądze można by znaleźć coś lepszego. Na szczęście do starówki mamy dwa kroki przez most. A tam gwarno, tłoczno, staromiejsko, uroczo. Wszędzie wiszą jedwabne lampiony, które wieczorami są podświetlone, co dodaje uliczkom magii. To jedyne miasto w Wietnamie, gdzie zabroniony jest ruch pojazdów na starym mieście. Jedynie obwoźni sprzedawcy czasem przekulają się skuterkiem. Krążymy uliczkami, targami, z przerwą na kolację, a po powrocie do hostelu ogarniam temat skutera na dzień następny.

tzw. Hoi An pizza czyli grillowany płat papieru ryżowego z dodatkami








Obwoźny sprzedawca Banh Bao. Ciekawostką jest że z tyłu w dolnym "pojemniku" przy kole cały czas pali się żywy ogień podgrzewający bułeczki

uliczna obwoźna kawiarenka 





24/10/2019 - Hải Vân Pass

Ahoj przygodą. O 9,30 podjeżdża skuter z wypożyczalni i z chwilę ruszamy na przełęcz Hai Van Pass. 



Przejazd do Da Nang i dalej zajmuje trochę czasu i jest niezbyt urokliwy.




 
tradycyjna wietnamska łódź do połowu ryb




Wreszcie zaczynamy wspinać się na przełęcz Hai Van. Jest bosko! Widoki zarąbiste, ruch znikomy. Osiągamy szczyt i robimy przerwę. 

 













Uzupełniamy płyny, strzelamy fotki i ruszamy w dół na drugą stronę w kierunku majaczących się w oddali złotych plaż. Woda jak w wannie, piasek jak nad Bałtykiem, cudowne fale, aż nie chce się wychodzić z wody. W knajpce postawionej na plaży zamawiamy hot-pota z owocami morza i dostajemy królewską wyżerkę za śmieszne pieniądze. Porcja jest gigantyczna, kraby jeszcze delikatnie przebierają odnóżami, a zaaferowana kelnerka opowiada nam jak to przed chwilą jeszcze wbijała nóż w te kraby, żeby je uśmiercić. Za chwilę to wszystko trafia do gara z gotującym wywarem i zaczynamy zajadać się smakołykami. 








Zrobiło się niestety dość późno trzeba jeszcze wrócić. Nie chcę ryzykować jazdy przez góry po ciemku. Choć w tym skuterze jeszcze wszystko działa to nigdy nie wiadomo jak długo. Na szybko przejeżdżamy przełęcz robiąc krótki postój na rozprostowanie kości w Da Nang. Po drodze daję tylko jeszcze znać do wypożyczalni, że skuter zatrzymujemy na kolejny dzień.




25/10/2019 Mỹ Sơn

Tego dnia chcemy zobaczyć zabytkowy zespół świątyń nieistniejącego już królestwa Champa z II-X w. n.e. Wyznaczam trasę bocznymi drogami, bo nie zależy mi na spotkaniu z tutejszą policją, wolimy też unikać zatłoczonych głównych dróg. Droga momentami jest ciekawa, nawet mamy do pokonania jakiś bród. 







W końcu docieramy, choć przed samym sanktuarium zaczyna padać. Kompleks robi niesamowite wrażenie. To taki wietnamski odpowiednik kambodżańskiego Angkor Wat, tylko starszy i mniejszy. Niesamowite wrażenie robi zwłaszcza po uświadomieniu sobie, że świątynie powstały na długo przed tym, gdy Polska przyjęła chrzest i wyszła z szałasów.

O ile dalej cywilizacyjnie były tutejsze ludy od Słowian. Jedyne co nam przeszkadza to lejący z nieba żar, Ratujemy się rosnącymi wszędzie drzewami z gwiaździstymi owocami karambola (star fruit), są niezwykle soczyste i orzeźwiające w smaku. Co jakiś czas spada też deszcz. Świątynie są niesamowite. Przetrwały grubo ponad 1000lat i dopiero amerykańskie naloty dywanowe zniszczyły większość zespołu. Vietkong na szczycie najwyższej, 28-metrowej(!) świątyni postawił radiostację. Na szczęście francuzi, którzy odkryli w dżungli to miejsce na przełomie XIX i XXw. w znacznej mierze zinwentaryzowali je fotografiami. I znowu można usłyszeć o dużym wkładzie Kazimierza Kwiatkowskiego w zabezpieczenie i odtworzenie tego co pozostało.

















Po zwiedzaniu wskakujemy na skuter pędzimy na plażę. Niestety ledwo zdążyliśmy wyjść na brzeg zaczęło lać. Zamawiamy coś do jedzenia, żeby przeczekać deszcz. Wieczorem znowu snujemy się po Hoi An, kupujemy prezenty i ogarniamy transport do Da Nang na jutro.







26/10/2019 - Da Nang
Czas opuścić kolorowe Hoi An. Jedziemy do Da Nang, bo jutro z samego rana mamy samolot do Da Lat. Na razie logujemy się obskurnym hotelu blisko lotniska, bierzemy skuter i... Są dwie opcje albo Marble Mountains albo Bana Hills ze słynnym Golden Bridge. Wygrywa Bana Hills. Przedzieramy się przez Da Nang w niemiłosiernym tłoku i hałasie. Nie takie Da Nang kojarzymy z naszych wcześniejszych wizyt. Udaje się w końcu wyjechać z miasta i docieramy do celu. 



















Bana Hills to taka kraina osobliwości, park rozrywki stworzony dla tubylców, aby im chyba przybliżyć daleką Europę. Mamy trochę polewkę, że odrabiamy ubiegłoroczne braki z naszej podróży po zamkach nad Loarą. Jest nawet replika całego francuskiego miasteczka. Na szczęście momentami wychodzi słońce i możemy z Golden Bridge podziwiać piękną panoramę.  Niestety tradycyjnie jak to we Francji łapie nas ulewa, więc podejmujemy decyzję o odwrocie. Wieczorem jedziemy jeszcze na Dragon Bridge. Mamy szczęście, bo to sobota i smok ma zionąć z paszczy ogniem udaje nam się uchwycić te momenty grozy i po kolacji wracamy do hotelu.





jak się kazało nie tylko zieje ogniem, ale i pluje 

27/10/2019 - Da Lat
Mamy lot o 8:45 więc szybko uciekamy z hotelu na lotnisko. Śniadanie jemy już po odprawie i za chwilę wznosimy się w przestworza. W Da Lat jest chłodniej, to jednak są góry i temperatura wynosi tylko 24 stopnie Z przerwą na kawę docieramy do naszego hotelu. O kurczę odzyskujemy naszą wiarę, że nocleg w Wietnamie może być bardzo fajny. Chłopak z obsługi dobrze mówi po angielsku, załatwia nam wszystko o co go poprosimy, pokój jest czysty, łazienka też, woda ciepła, pokój jasny. Bierzemy skuter i ruszamy do pagody Linh Phước. Różne pagody już widzieliśmy, ale ta przebija wszystkie. Gaudi przy tym by wysiadł. Całość zdobiona potłuczoną ceramiką i szkłem, ilość detali powala a widok z wieży niesamowity. Mam wrażenie, że to chyba taki tutejszy Licheń. 


















28/10/2019 - Mui Ne

Tłuczemy się od rana autobusikiem w kierunku Mui Ne. W połowie drogi spotykamy znajomą Niemkę. 



Lokum w Mui Ne odbiega od oczekiwań Ani. No przecież sama chciała domek na plaży! Strzela fochy, ale w końcu odpuszcza. Zrzucamy ciuchy i idziemy się zamoczyć w wodach Morza. Miałem trochę inne wyobrażenie plaży w Mui Ne. Miejsce, w którym jesteśmy to wioska rybacka, śmieci walają się na brzegu, do wody prowadzą betonowe schody, piasku brakuje. Jedynie palmy pochylają się nad wodą tworząc urok tego miejsca. Spacerujemy wzdłuż linii brzegowej i idziemy na obiad.







29/10/2020 - Mui Ne - plażowanie
Bierzemy skuter z mocnym postanowieniem znalezienia fajnej plaży. Początkowo krążymy bezsensownie po wiosce, aż w końcu udaje nam się zatrzymać na jakieś śniadanie. Ruszamy potem w kierunku białych wydm licząc, że tam znajdziemy ładne plaże. Bez sukcesu. W końcu skręcam do jednego resortu, parkujemy i wychodzimy na plażę. Tutaj też śmietnik, ale znaleźli na niego sposób. Ośrodek odgrodzili od plaży gęstą siatką, poprzez którą mało co widać. Na szczęście w ośrodku obok jest czysta plaża, a nawet stojący w wodzie hamak. Wskakujemy do morza nie mogąc nacieszyć się falami, później Ania pakuje się na hamak i jest pełnia szczęścia. W końcu wracamy do naszej szopki, żeby wziąć prysznic i pojechać na kolację. Wracając wstępujemy jeszcze na kawę oraz smoothie z awokado i marakuji. 


 kto zamawiał szafę? szklaną?



 
 





 




 syrop z trzciny cukrowej




30/10/2019 - niezły Sajgon
Ostatnia noc w Mui Ne za nami. Idziemy na śniadanie do knajpki, gdzie wczoraj skończyliśmy. W południe mamy mieć autobus do Sajgonu. 


Spakowani zalegamy w hamakach czekając za informację o autobusie. W końcu idziemy na ulicę i czekamy. Po pół godzinie okazuje się, że obsługa coś pomieszała i pakują na do taksówki, która ma dogonić autobus. 
W lekkich nerwach wsiadamy w końcu do sleeping busa i jedziemy do Sajgonu. Docieramy nawet w miarę sprawnie, choć wydawać się to mogło niemożliwe. Do hotelu mamy około 1600 m. Idziemy na piechotę lekko przerażeni tempem miasta. Gdy docieramy do imprezowej ulicy Bui Vien ogarniać nas zaczyna powoli panika i syndrom ucieczki. 

 
 lepiej uważać na spadające liście


Chwilę kluczymy po zakamarkach aż w końcu logujemy się w hotelu. No i pierwszy fuck-up. W łazience nie odpływa woda w umywalce i w ogóle sprawia ona wrażenie niesprzątniętej. Pokój OK, choć malutki co nam akurat nie przeszkadza, bo nie zamierzamy tu siedzieć. Oszołomieni zaczynamy w naszym stylu włóczyć się ulicami miasta. Wykupujemy jeszcze dwudniową wycieczkę do delty Mekongu, bo nie bardzo mamy czas, żeby zorganizować ją we własnym zakresie. W drodze do Sajgonu kontaktowałem się z www.wczasywAzji.pl, ale cena, którą zaproponowali była nieakceptowalna. 159 $ za osobę, gdy na mieście można było kupić coś podobnego za 25 $ to jednak robi różnicę.




ratusz w Ho Chi Minh (dawniej Sài Gòn)

31/10/2019 - 01/11/2019 - Delta Mekongu
Pobudka rano, bo o 8:00 mamy mieć autobus z wycieczką. W biegu ogarniamy jakieś jedzenie na drogę i czekamy na transport. W końcu autobusem ruszamy w kierunku My Tho. Podróż zabiera około dwóch godzin, a to tylko 75 km. Przedarcie się przez Sajgon trochę zajmuje, dalej droga też nie najlepsza, a po drodze zaliczamy jeszcze postój. Wycieczka to typowa masówka jaką w ofercie ma każde tutejsze biuro.  Zaczynamy więc od wizyty w buddyjskiej świątyni Vinh Trang. Świątynia była zbudowana przez rzemieślników z Hue co widać w bogatych zdobieniach już od przekroczenia bramy świątyni. Zabawne wrażenie robi roześmiany Budda w ogrodzie pagody.  





Po dotarciu do Mỹ Tho przesiadamy się na łódkę. Na Wyspie Żółwiej standardowo odwiedzamy fabrykę cukierków kokosowych, gdzie po szybkim pokazie możemy popróbować wyrobów i oczywiście je zakupić. Mają różne smaki również dodatkiem Duriana. 
Po przepłynięciu na wyspę Unicorn mamy przerwę  na lunch. Lunch jest bardzo kiepski, nawet sajgonki są słabe. Dokoła restauracji jest trochę atrakcji jak staw z rybami, które można karmić butelką ze smoczka, „wybieg” dla krokodyli, małpi most, na którym próbuje swoich sił w japonkach. A jakże z sukcesem. Po chwili płyniemy na kolejną wysepkę, gdzie prezentowane są wyroby pszczelarskie. Ania chwyta za ramkę plastra miodu oblepioną pszczołami i pozuje do zdjęć. Oczywiście wszelkie wyroby na bazie miodu są do kupienia. Mamy też degustację herbaty z mleczkiem pszczelim. W końcu wsiadamy na małe czteroosobowe łódeczki i płyniemy kanałami w ogromnym tłoku innych łódek. Momentami robi się luźniej, wydawać by się mogło, że jesteśmy w dżungli, ale co chwilę biegnie wzdłuż kanału droga i mijamy jakieś sklecone ze wszystkiego co się da domki. Po około 30 minutach wysiadka i kolejna degustacja tym razem owoców. Dragon Fruit nie przypadł nam do gustu. Efektownie wygląda, ale smakuje nijako. Longana i rambutany poznaliśmy już wcześniej i nam posmakowały, tak samo chlebowiec, jest dobry tylko trochę suchy. Najbardziej przypadł nam do gustu w postaci chipsów. W trakcje degustacji produkują się miejscowi artyści wokalnie i instrumentalnie. Mało kto zwraca na nich uwagę, do czasu, gdy wywołując lekcje zażenowanie zaczynają śpiewać „if you know that song and you like it clap your hand”. 












Na tym kończy się program 1-go dnia wycieczki i autobusem jedziemy do Can Tho, gdzie mamy hotel. Trochę się obawiam tego, gdzie będziemy nocować poznawszy już trochę tutejsze standardy. Gdy parkujemy pod hotelem szybko zagaduję opiekuna, żeby załatwić pokój z oknem i tu zaskoczenie hotel okazuje się więcej niż przyzwoity i każdy pokój ma okno. Szczerze mówiąc to był chyba jakościowo najlepszy nocleg w Wietnamie. Bierzemy szybki prysznic i autobus podrzuca nas do centrum Can Tho. Przy nocnym rynku ruszamy wzdłuż rzeki, szukając jakiegoś miejsca na zjedzenie kolacji. W końcu trafiamy do jakiejś lepszej restauracji, zamawiamy tutejsze specjały. Objedzeni ruszamy dalej na naszą włóczęgę, oczywiście trafiamy na jakiś tutejszy food-court, czego nie mogą przeżyć, bo oczywiście mnóstwo na nim lokalnych przysmaków w śmiesznych cenach, a ja mam pełny żołądek. Przysiadamy w kafejce na jakiś deserek i sok z marakuji po czym zamawiamy Graba do hotelu.







Następnego dnia mamy pobudkę o 6:00 rano, bo płyniemy na Floating Market Cai Rang. Oczywiście od razu jesteśmy atakowani przez sprzedawców napojów, owoców i tym podobnych podpływających swoimi łódkami do naszej łodzi i wciskających nam swoją ofertę.










Nie wygląda to wszystko wiarygodnie, chociaż rynek ten jest bardziej hurtowy niż detaliczny. Barki wyładowany są a to arbuzami, a to ananasami, na innych piętrzą się duriany, kokosy lub jackfruity. Na chwilę cumujemy przy jakimś sklepiku na wyspie, gdzie są suszone ryby i inne wodne stworzenia oraz cukierki kokosowe do nabycia.



Mniejszym kanałem płyniemy do kolejnej atrakcji, czyli ogrodu z drzewami owocowymi. Ciągle mamy problem, żeby odróżnić duriana od chlebowca, niemniej olbrzymi owoc na dość rachitycznym drzewku robi wrażenie. Do tego mnóstwo innych niespotykanych u nas owoców. Oczywiście zerwanie jakiegokolwiek obciążone jest karą 100.000 dongów za każdy owoc. Ale zawsze można je kupić w sklepiku obok.













Czas na ostatni punkt wycieczki, czyli fabrykę makaronu ryżowego. Warstwa mąki ryżowej wymieszanej z wodą rozprowadzana jest na płótnie rozciągniętym nad piecem opalanym łuskami ryżu. Taka cienka kleista masa jest później podsuszana, a następnie przepuszczana przez maszynkę do makaronu.


Przed fabryką stoi lokales z sokami i płatkami papieru ryżowego. Zagaduję naszego przewodnika jak nazywają się ciasteczka, które mieliśmy okazję jeść wcześniej w Hanoi. Mądrzejszy o nazwę zamawiam dla nas taki wyrób, a sprzedawca szybko przygotowuje je dla nas, w lekko zmodyfikowanej wersji w stosunku do tego co poznaliśmy 3 tygodnie wcześniej. Zamiast chrupkiej trzciny cukrowej dodaje melasy, która wyglądem przypomina różową gumę balonową My jesteśmy zadowoleni, sprzedawca też, bo po nas znalazło się jeszcze kilku innych śmiałków, którzy kupili coś u niego. Kończymy objazdówkę i wsiadamy do autobusu powrotnego do Sajgonu. Przed nami 4 h podróży. Po drodze łapie nas ulewa, ale do samego miasta wsiadamy już w pełnym słońcu. Po przyjeździe pędzimy się wykąpać do naszego pokoju. Niestety okazuje się, że zapchana umywalka nadal jest nienaprawiona. Dostajemy wprawdzie propozycje przeniesienia się następnego dnia do innego pokoju, nawet większego, ale ten też okazuje się niesprzątnięty, w łazience brudno. Odpuszczamy przenosiny na jedną noc, bo to mija się z celem. Idziemy coś zjeść na miasto i zahaczyć o katedrę Notre Dam oraz budynek poczty. Do samej katedry niestety nie udaje się wejść, ale chyba przygotowują ją do podzielenia losu jej protoplastki z Paryża. Cała jest obstawiona rusztowaniami. Ciekawe, kiedy pożar. Budynek poczty obok robi wrażenie. Po wejściu do środka mamy wrażenie, że cofamy się o jakieś sto lat. Naprawdę wart obejrzenia zabytek, z rzędami starych stanowisk telefonicznych obok wejścia. Robi się zbyt późno, żeby  jeszcze kupić wycieczkę do świątyni kaodaizmu. Sobota pozostaje dniem do własnej dyspozycji w Sajgonie.



 opera w Sajgonie
 kawa w legendarnej kawiarni Trung Nguyen


02/11/2019 - Sajgon
Odsypiamy ostatnie noce, skoro nie trzeba nigdzie się spieszyć. Coś tam poszperałem w necie i ruszamy do dzielnicy chińskiej na jakiś market, i wizytę w dwóch pagodach. Rynek wielkiego wrażenia nie robi. Mydło powidło, ale udaje nam się kupić kilka upominków. Turyści tutaj to rzadkość. 






za chwilę ten syf zniknie, właśnie skończył się targ uliczny
 a może kilka worków cementu?
 lub wywóz śmieci

bezpieczeństwo zawsze na pierwszym miejscu


Ruszamy dalej szukać naszych pagód. Ta część Sajgonu jest bardziej swojska, znaczy wietnamska. Nikt nie nagabuje nachalnie, z lokali nie dudni muzyka, życie pędzi  wolniej bez turystycznych dopalaczy, mieszkańcy prowadza swoje geszefty.

Zatrzymujemy się na śniadanie w jakiejś knajpce, gdzie siedzą sami miejscowi i z tarasu obserwujmy toczące się życie. Szukamy kolejnej pagody, ja po drodze uzupełniam braki żywieniowe na ulicznym kramie 3 świeżymi sajgonkami, które pochłaniam w trakcie marszu. Pijąc kolejną ca phe sue da zamawiamy Graba, żeby przemieści się do Dakao w Dystrykcie 1 i zobaczyć świątynię Nefrytowego Cesarza. 
Stamtąd czeka nas spacer w kierunku Skydeck i najwyżej na świecie położonego baru Heinekena. Wjazd na górę kosztuje nas pół miliona, ale wart był tych pieniędzy. W cenie była prezentacja historii Heinekena, ze 3 piwa, chipsy, piwo sygnowane imieniem na wyjściu oraz kosmiczne widoki. Po wizycie na drapaczu chmur szukamy polecanego sushi baru. 









Po kolacji niespiesznie wracamy do pokoju zatrzymując się jeszcze w parku na soku oraz jakimś małym street-foodzie, w postaci różnych dziwnych kulek mięsnych, rybnych, warzywnych czy tofu smażonych na głębokim oleju.

03/11/2019 - Tạm biệt Việt Nam


To już nasz ostatni dzień w Wietnamie. O 19,15 mamy samolot do Doha, czyli koło 16 powinniśmy znaleźć się na lotnisku. Pakujemy klamoty do naszych plecaków próbując się zorganizować z zakupowymi gadżetami. O 10 idziemy na ostatnie wietnamskie śniadanie na uliczkę z lampionami. 

Wybieramy nasze ostatnie wietnamskie dania nie do końca wierząc, że minęły już 3 tygodnie i trzeba wracać. Po śniadaniu przesiadamy się do knajpki za rogiem na ostatnie smoothie z awokado i egg-coffee. 

W informacji turystycznej na wszelki wypadek drukujemy nasze karty pokładowe. Jak się okazało, na nasze szczęście. Pokój już zdany, ale zostawiliśmy jeszcze nasze plecaki w hotelu żeby nie łazić z nimi po mieście. Udajemy się jeszcze na rynek Ben Thanh, gdzie Ania wpada w szał zakupów. 
on już zdążył ściągnąć trzy skrzynki piwa ze skutera


 ostatni nước mía



Po 3 godzinach, obładowani torbami siadamy w pobliskiej knajpie na ostatniej ca phe sue da i koktajlu. 


Podpytuję przy okazji właściciela knajpy o intrygujące nas od początku podróży owoce które zauważyliśmy na straganie obok, a ten zaraz kupuje kilogram i nas częstuje. Wow. Jesteśmy zaskoczeni. rzadko się zdarza, że nie próbują turystów orżnąć, a taka serdeczność to ostatni raz spotkała nas w Hue u Van. Niestety musimy się zbierać, godzina odlotu zbliża się nieuchronnie. 

Ani udaje się namówić mnie na zamówienie Graba, żeby się przetransportować na lotnisko. Wprawdzie liczyłem na transport publiczny, ale ostatecznie odpuszczam i jedziemy taksówką. Odprawę przechodzimy sprawnie i planowo wzbijamy się w powietrze do pewnego mrocznego kraju na zachodnich rubieżach Eurazji.

Epilog
Poniedziałkowy listopadowy poranek na dworcu Warszawa Zachodnia. Stolica kraju wstającego z kolan, mieniącego się tygrysem Europy, kraju rozwiniętym o poziomie cywilizacyjnym, daleko wykraczającym poza pierwotne ludy azjatyckie.  Ania wychodzi zniesmaczona z damskiej toalety: „już wiem jaka jest różnica między Europą a Wietnamem. Tam, nawet w najbardziej obskurnym kiblu, obłażącym liszajami i śmierdzącym nikt nie zostawi po sobie syfu”.

Podsumowanie i trochę praktycznych informacji

Wietnam to był nasz pierwszy kontakt z Azją. Choć znaliśmy ten kraj z opowieści i np. ja podchodziłem sceptycznie do wycieczki to zaskoczył nas megapozytywnie. To co budziło nasze największe obawy, czyli poziom sanitarny i jakże odmienna w tym zakresie „kultura” okazało się małym miki.

Największy problem to w zasadzie bariera językowa i umiejętność szybkiego przeliczania wysokich nominałów na jakiś ludzki pieniądz.

Przed wyjazdem trzeba wyrobić sobie wizę. Najtaniej i najszybciej wychodzi e-visa za 25$. Nie będę pisał jakie są rodzaje wiz do Wietnamu, bo można tego znaleźć mnóstwo w internecie. Co ważne, to przy wizie trzeba podać adres pobytu. Z tego względu zarezerwowaliśmy w Hanoi dwa pierwsze noclegi i temat mieliśmy z głowy.

Niestety Europejczyk ma w tym kraju przechlapane. Choć my nie należymy do zbyt rosłych osobników, czuliśmy się tam jak Guliwery w krainie liliputów. Ma to swoje konsekwencje, policja łatwiej wyłowi z tłumu takiego kierowcę skutera, którego na pewno będzie próbowała skroić na tyle na ile się da. Podobnie sprzedawcy uliczni, zwłaszcza w miejscach turystycznych i dworcach (!!!). Trzeba mieć na uwadze, że rzadko gdzie wywieszone są ceny. Na pewno warto najpierw zorientować się w jakimś sklepiku typu Circle-K (taka lokalna Żabka) jaki jest poziom cen podstawowych produktów, żeby wiedzieć jak bardzo jest się rżniętym. Przykładowo Coca-Cola kosztuje w Circle-K około 9000VND na ulicy zwykle 25000, ale szybko można zhandlować na 20 albo 15000VND. Z tego względu warto duże nominały mieć zawsze w osobnej kieszeni, lub nawet kieszeniach. Nie trzymać ich pod żadnym pozorem w portfelu, którym posługujemy się na ulicy. 100 000VND to ok 17zł, 100zł/ 25USD to ok 600 000VND.

Po przylocie warto kupić sobie kartę internetową SIM np. Viettel z 2GB danych. Wystarczy w zupełności, a koszt to ok. 9-10USD. Poza tym Wi-Fi jest prawie wszędzie w miastach dostępne. Chyba nie spotkaliśmy noclegu bez Wi-Fi, nawet na zapadłej wsi.

Nie warto z kraju rezerwować wycieczek, transportów itp. bo na miejscu można to zrobić o wiele taniej. Ponadto, np. wietnamska kolej umożliwia zakup biletów online, ale żeby zapłacić trzeba mieć kartę wydaną przez wietnamski bank.  Z tego względu kupiliśmy bilety kolejowe przez stronę pośrednika, który już nie miał takiego wymogu. Bilety kolejowe warto jednak kupić z dużym wyprzedzeniem, ponieważ to popularny środek transportu i może być problem np. z kuszetką, lub miejscami obok siebie.

Trzeba wyrobić prawo jazdy międzynarodowe, a potem należy je potwierdzić w lokalnej policji. Tego ostatniego nie zrobiliśmy, ale udało się uniknąć kontaktu z policją.
Koszt wynajęcia skutera zaczyna się od 100 000VND i raczej nie przekracza 200 000VND za dzień. Przy dłuższych terminach handlować się! Wypożyczalni jest multum i chyba każdy homestay też umożliwia skorzystanie ze skutera. Co do zasad poruszania się w tym chaosie było napisane na początku relacji. Zasady są dwie: większy ma zawsze rację, każdy manewr wykonuj pewnie.

W Azji zamiast UBER-a jest GRAB. Działa na tej samej zasadzie, cena za transport jest podana z góry i wychodzi dużo korzystniej niż taksówka brana z ulicy.

Wstęp do atrakcji turystycznych z reguły jest płatny, choć świątyń raczej to nie dotyczy. Koszty nie są wielkie.

Warto mieć ze sobą zawsze dużo płynów, temperatury wymagają ich uzupełniania, wody z kranu nie próbowaliśmy. Z drugiej strony, skąd mamy wiedzieć z jakiej wody jest robiony lód dodawany do napojów robionych na ulicy? Nic nam nigdzie nie zaszkodziło.
Płyny, żele odkażające też warto jakieś mieć.

W Wietnamie praktycznie nie ma robactwa, ale czasem widać karalucha jeśli niechcący zapędzi się w jakieś oświetlone miejsce. Przy odpływach wody w łazienkach częstą też kręcą się takie mikroskopijne mrówki, które żadnej szkody nie czynią. Jeśli ktoś ma fobię związaną ze szczurami czy myszami, to trzeba być świadomym, że jest ich mnóstwo. Dla nas nie było to uciążliwe, bo lubimy zwierzęta.... nawet na talerzu 😂