piątek, 30 listopada 2012

2012 Ćwiartka Północno-Wschodnia

Wtorek, 14/08/2012


Udało się wyruszyć o 17:35 :) jesteśmy najedzeni i szczęśliwi z powodu czekającej nas drogi. Słońce świeci i tylko prognozy psują aurę. Ze względu na późną porę wybieramy podroż autostradą. W okolicach Łodzi zaczyna padać i wiać. Im dalej tym coraz zimnej i ciemnej. W Błoniach zjeżdżamy na Nowy Dwór Mazowiecki i lecimy na obwodnicę Serocka, gdzie czytamy plan dojazdu do Miuosha. Potem już coraz wężej, kończy się asfalt i pozostało tylko gliniaste, rude błoto. Do celu docieramy po 22. Wreszcie coś ciepłego i sucho. 

Środa, 15/08/2012


 
Budzimy się koło 9, krótkie sprawdzenie trasy i długie śniadanie, jajecznica ala'miuosh :) Wyruszamy dopiero około 11.30. Trasa wiedzie przez Wyszków do Małkini, gdzie się gubimy. Zataczamy pętlę koszmarną drogą przez Treblinkę i Kosów Lacki. Gdy znowu jesteśmy na planowej trasie zaczyna padać. W Bielsku Podlaskim postój obok pięknego sklepu Znachora, chwila przerwy na coś ciepłego i decyzja o skróceniu cierpień w deszczu. Na wszelki , rezerwujemy nocleg w Kruszynianach. Dalej jedziemy na Zabłudów, Michałowo i Gródek. Słońce co chwilę miesza się z deszczem. Mijamy urocze wioski przy drogach, sprzedających dynie, na słupach mnóstwo bocianich gniazd i boćków, na horyzoncie skrzą się kopuły cerkwi. W końcu drogowskaz - Kruszyniany 10. Tu kończy się asfalt i zaczyna szuter, a właściwie błoto. Po chwili moczy nas oberwanie chmury. W dogorywającym deszczu i przy dźwiękach nadchodzącej burzy oglądamy jurty i meczet. Wychodzi słońce, a nas gna do przodu. Augustów niecałe 100km, damy radę. W pędzie wiatru suszą się ciuchy. W Krynkach zwiedzamy kościół św. Anny z dzwonnicą na 3 dzwony - Jan, Anna i Teresa. Odpuszczamy sobie Bohoniki ze względu na przetaczającą się tam burzę. Tak więc prosta droga do Sokółki. Tam wielka bazylika i spotykamy dużego GS. Jadą z Gdańska, ponoć w Augustowie sucho :) jest nadzieja, pojawia się piękna tęcza. Droga prosta miejscami po horyzont (czy te drogi budowali tutaj od linijki?) i słońce chylące się ku zachodowi. Po prawej jeziora, już te z Krainy Tysiąca Jezior. Przed nami ostatnia prosta, zrobiliśmy 800 km od domu i jesteśmy w Augustowie. Ze względu na aurę, rezygnujemy z pierwotnego planu zakładającego nocleg pod namiotem.
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czwartek, 16/08/2012

Dzisiejszy dzień zaczął się dość wcześnie. W planach przede wszystkim podróż stateczkiem poprzez śluzy Kanału Augustowskiego. Zaczynamy od śniadania „na łonie natury” ciesząc się, że pogoda się trochę zmieniła, w porównaniu z poprzednimi dniami. O 10,10 ruszamy statkiem Sajno w podróż kanałami. Na szczęście byliśmy trochę wcześniej i mamy dobre miejsce. Przy bulwarach urzekają płaczące wierzby przywodząc mi na myśl tą tolkienowską ze Starego Lasu. Podróż mimo pięknych widoków pozostawiła jednak pewien niedosyt. Może trzeba było zdecydować się na kanał Elbląsko-Ostródzki. Po powrocie, wsiadamy na motocykl i błądzimy na tyle w poszukiwaniu stacji, że zamiast w Sejnach lądujemy w Suwałkach. Machnęliśmy na to ręką, zaplanowaną trasę zrobimy „od tyłu”. W Wigrach wdrapujemy się na klasztorną wieżę, by popodziwiać panoramę. Czas pomyśleć o obiedzie, ale tutejsza restauracja nas nie przekonuje. Ruszamy dalej i Ania kieruje mnie do Czerwonego Folwarku, gdzie znajdujemy popas. Średnie jedzenie rekompensują okoliczności przyrody. Kolejny punkt programu to Sejny, gdzie zatrzymuje nas bazylika św Agaty z figurą szafkową NMP z XVII w. Tu kosztujemy też specjałów kuchni regionalnej, w poleconej przez Małgosię knajpce. Robi się późno, a my mamy do zaliczenia jeszcze kościół w Mikaszówce. We Frąckach zjeżdżamy z asfaltów i mkniemy szutrami na południe. Droga oznakowana kiepsko, więc się gubimy i lądujemy nie w tej wiosce. Wreszcie, trafiamy w ostatniej chwili, akurat ksiądz zamyka kościół. Ten przesympatyczny człowiek zapala światła, a my zaniemówiliśmy z wrażenia. Takiego cudu się nie spodziewaliśmy. Niestety zdjęcia, robione w przelocie idiotkamerą, nie są w stanie oddać jego piękna. Mamy też okazję wysłuchać historii tego miejsca związanej z papieżem i jakże poznańskimi kartoflami (pyrami). Jest już ciemno, a ja wreszcie mam okazję ocenić skuteczność dodatkowego oświetlenia w motocyklu. Po wyregulowaniu przed wyjazdem lampy i montażu halogenów, dyskoteka świateł w ciemnym lesie sprawdza się. Przed 22 lądujemy w Augustowie na kawie i powoli kończymy naszą działalność.
 

















Piątek, 17/08/2012

Noc była ciężka, Anię dopadło coś co ja miałem odchorować. Sugeruję pozostanie w Augustowie dopóki nie wydobrzeje, ale nawet nie chce o tym słyszeć. Powoli zbieram nasze manele, pozostawiając Ani czas na dogorywanie w łóżku. Ruszamy dopiero przed 12, kierując się znowu na Sejny, a stamtąd, już mocno bocznymi drogami, wzdłuż granicy do Puńska. Coraz więcej nazw i opisów w języku litewskim. Przepiękne krajobrazy, spokój, droga i my. Z Puńska kierujemy się na Wiżajny, a stamtąd na Gołdap i Węgorzewo. Po drodze mijamy trójstyk granic, odwiedzamy wiadukty w Stańczykach i Kiepojciach. W Gołdapi podziwiamy panoramę z dawnej wieży ciśnień, gdzie mam okazję wreszcie napić się dobrej kawy. Trasa z Gołdapi do Bani Mazurskiej to walka o przetrwanie, z kierowcami, nawierzchnią i robotami drogowymi. Nie ma możliwości, by chłonąć widoki. Dopiero później robi się przyzwoicie i luźniej. Ok. 18 meldujemy się u Agawu, forumowej koleżanki, która zaoferowała nam gościnę. Przy herbacie przegadalibyśmy całą noc, ale trzeba było uzupełnić zapasy energii, więc jedziemy do miasteczka by rozkoszować się dobrym jedzeniem. Wracamy, Ania wykończona odpada momentalnie, a ja opracowuję plan na jutro, wg wskazówek Agnieszki.






Sobota, 18/08/2012

Pomimo optymistycznych prognoz i rozgwieżdżonego wieczorem nieba, poranek budzi się szary i chmurny. Decyzja, jedziemy dalej. Dziękujemy Agnieszce za nocleg „w tak pięknych okolicznościach przyrody... i tego... i niepowtarzalnych”. Wychodzi słońce a my ruszamy na Guje i niedokończone śluzy kanału Mazurskiego. Odpuszczamy sobie popruskie i poniemieckie fortyfikacje, ponieważ w Festung Posen mamy ich aż nadto. Robi się coraz cieplej - tego nam brakowało. Kolejny punkt programu to św. Lipka. Trafiamy akurat na koncert organowy.


 Bogactwo zdobień, kunszt dawnych rzemieślników robią wrażenie.

 




















Mijane krajobrazy zachwycają, zapach lasu i grzybów kręci w nosie. Zbliżając się do Fromborka, na polach coraz mniej wypasającego się bydła, zaczyna być coraz bardziej swojsko, znajomo, prusko(?). Frombork zdążył nas zachwycić jedynie kuchnią w przyportowej smażalni, gdzie napotykamy dwa GS z forumowymi emblematami. To PrzemekDab i GSDakar przyjechali na zwiad.
 Ponieważ wszyscy kierujemy się na Mierzeję Wiślaną jedziemy dalej razem. W Elblągu dołącza do nas Dawid i przeprowadza nas bocznymi drogami do celu. Szykuje się pierwsza noc pod namiotem. Wieczór kończymy z chłopakami w knajpce Dawida w Kątach Rybackich.
 

Niedziela, 19/08/2012

Ciepła noc zdecydowała, że robimy sobie dzień przerwy i zostajemy na plaży. 
Oboje jesteśmy stworzeniami wodnymi i bezkres wody to było to, na co czekaliśmy podświadomie. Na leżenie plackiem w piachu będzie jeszcze czas w innym życiu, więc długo nie wytrzymujemy i znowu ładujemy się na motocykl. Żar leje się z nieba, ale mamy swoje sposoby. Na drogach tłok, to koniec kolejnego turnusu. Lecimy do Piasków i potem z powrotem do Elbląga. To miasto zaskoczyło nas. W zasadzie cały czas mam mieszane uczucia. Proces odbudowy czy rewitalizacji wciąż trwa. Może powinien poczekać na efekt końcowy? Dzień kończymy znowu w knajpce Dawida opychając się kolejnymi delicjami. Jutro czeka nas daleka droga do domu, a w oddali słychać przewalającą się burzę.



Poniedziałek, 20/08/2012

Kolejna ciężka noc, co chwilę się budziliśmy, w namiocie duszno, nad głową dzięcioł tłukł dziobem. Leniwie wstajemy i zaczynamy przygotowania do podróży. Po zapakowaniu motocykla znów słyszymy pomruki wczorajszej burzy. Ruszamy 10,30 i w Sztutowie zaczyna lać i wiać. Na nasze szczęście (a tego dnia będziemy go mieć wiele) zdążyłem się zatrzymać na przystanku autobusowym, gdzie pod wiatą wpinamy membrany w ciuchy. Nawałnica przechodzi nad naszymi głowami, by nad Zalewem nawrócić. Szybka decyzja, ruszamy dalej do Malborka. Minął porywisty wiatr, a deszcz mi nie straszny. Tylko Ania zestresowana, bo kilka tygodni wcześniej, na mokrej brei zaliczyliśmy paciaka w łuku drogi. Na szczęście ruch na drogach mniejszy niż wczoraj i do Malborka docieramy już w słońcu. 


 Duchota powalająca, ale niebo wciąż nie jest godne zaufania. Zwiedzamy siedzibę Ulricha, wypijamy beznadziejną kawę i ruszamy do Torunia przez Sztum, Kwidzyn i Grudziądz. Zabytki zaliczamy z pozycji jeźdźca (germański k!@$#a oprawca). W Grudziądzu pakujemy się w korki, ponieważ chcę Ani pokazać most przez Wisłę.




Za Chełmnem zaczyna porządnie wiać, objuczeni jedziemy z pewną dozą nieśmiałości. Wiatr targa nami po całej szerokości pasa, na drodze koleiny, a za nami TIR. Szczęśliwie dobijamy do Torunia, gdzie wykończeni upałem i warunkami robimy sobie popas. Zwiedzamy rynek i ruszamy dalej.

Z racji późnej godziny, decydujemy się na najkrótszą trasę przez Gniezno. Na niebie przed nami kłębią się chmury, które niczego dobrego nie wróżą. W Trzemesznie decyduję się zjechać na stację benzynową, żeby wpiąć znowu podpinkę przeciwdeszczową. Decyzja okazuje się nader słuszna, ponieważ chwilę później rozpoczyna się prawdziwe piekło, efektem którego są połamane drzewa i zalane drogi. Na wszelki wypadek stałem przy motocyklu, gdyby próbował pofrunąć z wiatrem. Tracimy godzinę czasu. Wiatr w końcu zelżał, więc ruszamy. Jest już ciemno, pada deszcz, a polskie drogi słabo oznakowane. Zdecydowanie nie lubię jeździć po ciemku, a motocyklem tym bardziej. Po raz drugi mam okazję docenić fakt zamontowania halogenów tuż przed podróżą. Przed nami niesamowite widowisko, kanonada błyskawic, które biją gdzieś nad Poznaniem. Za nami podobnie. Dopóki nie jedzie nic z naprzeciwka jest ok. Na drodze pełno liści i gałęzi, których nie widać. Na jedną, sporą najeżdżam, ale na szczęście udaje mi się utrzymać motocykl. Spore obciążenie tyłu nie poprawia trakcji. Miałem już okazję doświadczyć shimmy na suchym i boję się, co może się stać, gdy tylko przednie koło napotka kolejną przeszkodę.
Na szczęście do domu docieramy bez niemiłych przygód. Jesteśmy wykończeni, poczułem to dopiero, gdy wjechałem w naszą uliczkę i do domu miałem już tylko 300m. Jest 21,10, pozostaje tylko wypakować kufry, przykryć motocykl i iść spać, by następnego dnia mieć dość sił by zmierzyć się z szarą, niezbyt zachęcającą rzeczywistością.

Szczególne podziękowania dla:

Agawu – za zaproszenie, towarzystwo i nocleg w tak niesamowitych okolicznościach przyrody, że do dziś na samo wspomnienie „kopara opada” i chce się tam wracać
PrzemekDab, GSDakar – za przypadkowe spotkanie, towarzystwo, wieczorne pogaduchy i eskortę, gdy padła nam żarówka
Dawida – za pyszną kuchnię, towarzystwo, wieczorne pogaduchy, sprawne przeprowadzenie bocznymi drogami, wskazówki i poratowanie mamoną
TomaszaI, MyGosi, rPiotrka, MTBikera i wszystkim pozostałym - za sugestie odnośnie drogi, miejsc i potraw

 

2011 Galicja i kresy

Dzień 1 – 16/07/2011

Dołączona grafika Pobudka o 7,30. Na szczęście już wczoraj udało się upchać wszystko po kufrach, więc pozostaje jedynie zamontować to na motocyklu, przytroczyć maty, wdziać się w ciuchy i ruszyć w trasę. Mimo to ruszamy dopiero koło 9 rano. Na liczniku 25.849km, przed nami jakieś 1.500km do przejechania.
Przez miasto przejeżdżamy dość sprawnie, by zaraz potem wpaść w sznur aut ciągnących na festiwal w Jarocinie. Na szczęście później na drodze robi się luźniej i w Kaliszu lądujemy o 10,45. Tu obowiązkowa runda po miejscach z wczesnego dzieciństwa i kawa na rynku.
Dalej kierujemy się na Grabów nad Prosną i Wieruszów.

Dołączona grafika
Urokliwa droga w tunelu stworzonym przez drzewa. Ruch niewielki, temperatura w sam raz do podróżowania motocyklem. Niestety następny odcinek do Wielunia, to zatłoczona droga krajowa. Uciekamy na Działoszyn, by dotrzeć na świętą górę. Obowiązkowy spacer między murami klasztoru-twierdzy Paulinów, pośród tłumu turystów. Obiad decydujemy się zjeść na mieście, co okazuje się błędem. Krążymy po rozkopanej Częstochowie, szukając jakiejś restauracji. Po jakimś czasie parkujemy między cerkwią, a gotyckim kościołem. 
Dołączona grafikaPosileni zaczynamy szukać drogowskazów na Kraków, których nie ma. W końcu udaje się znaleźć drogę na Myszków – Zawiercie – Olkusz. W Krakowie przebudowy dróg i megakorek. Z racji naszej szerokości nie ma szans na przeciskanie się między samochodami. Pot się z nas leje, na szczęście hotel jest już blisko. Szybki prysznic i ruszamy na miasto, które zachwyca nas swoim kosmopolityzmem. Wymęczeni siadamy w kawiarence niedaleko kościoła Mariackiego, gdzie delektujemy się deserem i czekoladą. Robi się późno, czas wracać do hotelu. Po nocnym krążeniu tramwajami, w końcu docieramy do naszego łóżka.



Dołączona grafika 

Dzień 2 – 17/07/2011

Dołączona grafika Budzi nas sprzątaczka hotelowa. Ze zgrozą stwierdzam, że już po 9. Szybka decyzja, że śniadanie zjemy na trasie. Przy pomocy nawigacji wyjeżdżamy drogą na Skałę. Na parkingu pod Pieskową Skałą mała przygoda. 
Dołączona grafikaZapomniałem o blokadzie tarczy hamulcowej podczas przeparkowywania motocykla i moto mi się wali. Szybko go podnoszę, ale chyba za szybko, bo zwalił mi się na drugą stronę, w efekcie czego ułamał się podnóżek pasażera. Na szczęście power-tape pomoże na wszystko. Po zwiedzaniu i obowiązkowych fotkach pod maczugą Herkulesa ruszamy na Pustynię Błędowską.
Dołączona grafika 


Dołączona grafikaDołączona grafikaW miejscowości Klucze okazuje się ona porażką. Z pustyni nic nie zostało, wszystko porośnięte. Robimy drugie podejście od strony Chechła i tu już jest lepiej. Może gdybym miał kostkę zdecydowałbym się na mały dakar, a tak pozostaje nam zrobić fotki i ruszyć bocznymi drogami do Ojcowa. Trochę się gubimy, trafiamy na odpust w Bydlinie i szybko się wycofujemy. Dojeżdżamy do Ojcowa. Temperatura bliska 30°C. Mamy powoli dość. Po krótkim spacerze, siadamy przy pstrągu w jakimś barze. Szybki powrót do Krakowa i decyzja, że dalej poruszamy się komunikacją miejską. Dzisiejszy plan został mocno okrojony, ale jesteśmy szczęśliwi. Z ponad 200km zrobiliśmy około 130. Nie zaliczyliśmy Ogrodzieńca, Szczekocin. Upał dał się we znaki.
 


Dołączona grafikaRuszamy na cmentarz Rakowicki spełnić nasz jedyny obowiązek w tej podróży. Stara część cmentarza zachwyca. Mnóstwo starych grobowców, pomników, daty tak odlegle, że aż nieprawdopodobne. Ten spacer też nas wymęczył, ale ruszamy na Kazimierz, który zyskuje na uroku po zapadnięciu zmroku. Znikają wtedy brud, śmieci, liszaje na ścianach, pozostają ludzie, knajpki, atmosfera. Siadamy przy kawie na Meiselsa, w uroczym i gwarnym miejscu. Po chwili znowu spacer na Stary Rynek, znowu zapierające dech, monumentalne, gotyckie budowle. Mijamy Mały Rynek, jakże inny od Starego. To, co nas uderza w Krakowie to brak światła. Kamieniczki są niepodświetlone, na wielkiej płycie rynku brakuje latarni, ale mimo to fiesta trwa.


Dołączona grafikaDołączona grafika Dołączona grafika 

Dzień 3 – 18/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaHałas z ulicy nie daje spać już od wczesnych godzin rannych. Do spakowania pozostało tylko parę dupereli. Ruszamy 9,20 spod hotelu. Za Krakowem wleczemy się w korku do Nowego Brzeska. Po prawej stronie wije się Wisła, a my delektujemy się widokami. Wreszcie stajemy na śniadanie w okolicach Opatowca. Przerwa dobrze nam robi. Ruszamy dalej na Sandomierz. W pewnym momencie następuje gwałtowny skok temperatury i znowu zaczynamy się gotować w naszych ciuchach. Sandomierz urzeka swoim pięknem. Spacerujemy starymi uliczkami, rynkiem, wdrapujemy się na Bramę Opatowską.
 Dołączona grafika

Dołączona grafikaDołączona grafikaDalej postanawiamy jechać przez Biłgoraj. Mimo, że trasa sporo dłuższa, nie żałujemy - pusto, dobry asfalt. Później okazuje się, że pojechaliśmy drogami piątej kategorii odśnieżania. Mityczny Biłgoraj tylko mijamy, by zmęczeni upałem dotrzeć do Zamościa. Lokum szukamy w pobliżu rynku, by nie łazić zbyt daleko. Hotele odpadają z powodu ceny. Instalujemy się w końcu przy samym rynku z widokiem na ratusz. Wystrój późny PRL, ale przystępnie i wszystko pod nosem. Zamość mnie zauroczył. Przepiękny rynek, atmosfera południowej Europy, czyste i schludne zaułki. Nawet w bramach nie śmierdzi, a podwórza zadbane. Jakże to inne od krakowskiego Kazimierza, czy śmierdzących bram poznańskich kamienic. Po degustacji miejscowych specjałów opartych na kaszy gryczanej, ruszamy na dalszy obchód i poszukiwania dobrej kawy. Niestety bez sukcesu i o 22 wycofujemy się z nocnego życia.

Dołączona grafika


Dołączona grafika 

Dzień 4 – 19/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaBudzimy się w naszym łożu drapowanym skajem, jemy śniadanie i niespiesznie pakujemy. Po porannej burzy pozostało kilka kałuż i duchota. Na jazdę temperatura jest jednak idealna. Drogą 837 kierujemy się na Lublin. Dołączona grafikaCiężkie chmury wiszą cały czas nad nami, jednak nie spada ani kropla. W Lublinie podziwiamy odnowioną starówkę. Pomiędzy odnowionymi kamienicami straszą jeszcze sypiące się rudery, ale widać, że miasto zmienia się i pięknieje. Mnóstwo ludzi, ogródków.

Dołączona grafika


Podziwiamy kaplicę św, Trójcy, jemy małe co nieco „w najdroższej knajpie w mieście” i ruszamy przez Nałęczów do Kazimierza Dolnego. 

Dołączona grafikaZatrzymujemy się w pierwszym lepszym miejscu i fundujemy sobie prawie 6-godzinny spacer. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, zjedzeniu co było do zjedzenia, wracamy na kwaterę. Kazimierz zachwycił widokiem na Wisłę, starymi domostwami, klimatycznym ryneczkiem. Niestety rozczarowała atmosfera tego miejsca, brak ludzi a także pewien stan zawieszenia, w którym tkwiło to miasteczko. Ponoć to wina tegorocznej pogody. Pozostawił on pewien niedosyt, lecz jutro już czas ruszać w drogę powrotną. Oby tylko sprzyjała nam pogoda.
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dzień 5 – 20/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika Wczoraj, chwilę po naszym powrocie z miasteczka zaczęło padać. W nocy zdążyły przejść ze 4 burze, z czego ostatnia waliła nad głowami jeszcze po 7 rano.
Ania miała koszmarną noc, więc jej nie budzę tylko powoli i po cichu przygotowuję nas do drogi powrotnej. Aura zmusza mnie do wpięcia podpinek przeciwdeszczowych i weryfikacji planów związanych z przeprawą promową. Droga na prom do Janowca wyłożona jest kamieniem, co przy tym obciążeniu motocykla i padającym deszczu słabo postrzegam.
W końcu po śniadaniu i zapakowaniu motocykla ruszamy w drogę, ok. 10,30. Na szczęście przestało padać. W Bohotnicy robimy skuteczne podejście do promu. Wprawdzie jest po drugiej stronie rzeki, ale gdy tylko nas zobaczyli przypłynęli. Wjazd na prom wykonałem z pewną taką nieśmiałością. Było wąsko ślisko, a Ania cały czas się zastanawiała, czy może lepiej jednak zsiąść. Nasze osoby obudziły wspomnienia u obsługi promu jak to lat temu dziesiąt, wybrał się w podróż motocyklem do Trzcianki za Poznaniem, „ale wtedy nie było takich strojów”. Szkoda, że brakuje słońca, mimo to, jesteśmy szczęśliwi, że ten punkt programu nie wypadł z planu.
Po zjechaniu z promu ruszamy drogą na Górę Puławską – Kozienice – Magnuszewice. Tam skręcamy na Warkę i lecimy na Grójec, który mamy zamiar ominąć bocznymi drogami. Droga między Grójcem, a Białą Rawską w kapitalnym remoncie i co rusz mamy ruch wahadłowy. Ma to ten plus, że udaje się wyminąć sporą część TIR-ów. Kolejne punkty programu to Rawa Mazowiecka – Łódź. Tu chcielibyśmy się zatrzymać, bo mamy już trochę dość, bolą nas dupska i kręgosłupy. 
 
Dołączona grafika 
Z Łodzi kierujemy się na Aleksandrów – Poddębice. W końcu znajdujemy miejsce na postój i posiłek. W trakcie obiadu rozpętuje się nad nami potężna burza. Na szczęście zdążyłem wszystko skonsumować i kawę wypiliśmy już wewnątrz restauracji.
Część dalszą podróży decydujemy się odbyć już autostradą. Pogoda niepewna, drogą za Łodzią okazała się pośledniej jakości i zatłoczona. Na szczęście już nie leje, jest tylko lekki deszczyk. Na autostradzie drogowskaz – Poznań 169km, ufff… pójdzie szybko. Mimo padającego deszczu pędzimy stałą prędkością 130km/h. Za Koninem trochę lepiej, nie leci już nic z nieba, a miejscami nawet sucha jezdnia. Deszcz dopada nas znowu w Krzesinach, w Komornikach już leje. Dajemy sobie spokój z przebieraniem się w przeciwdeszczówki, do domu już blisko.
W końcu, po pokonaniu łącznie ponad 1500km podróży, stajemy pod domem. Z nieba lecą strugi wody, z nas już również. Trochę zmęczeni, ale szczęśliwi rozpakowujemy motocykl.

Posłowie


Na nasze szczęście całą drogę było ciepło, i nawet chlupocząca w butach woda, czy przemoknięte rękawiczki Ani nie stanowiły problemu.
Wybór autostrady okazał się z jeszcze jednego powodu słuszny. Droga była równa, dzięki czemu odpoczęły też nasze kręgosłupy, od kliku dni katowane na drogach krajowych.
Z całej trasy najmilej wspominamy odcinki dróg 3-cyfrowych i jeszcze bardziej podrzędnych, które najczęściej są zupełnie puste i mają często niezły asfalt. Najgorzej pod tym względem wypadają niestety wszystkie trasy czerwone, zatłoczone i rozjeżdżone przez ciężarówki.