2011 Galicja i kresy
Dzień 1 – 16/07/2011
Pobudka o 7,30. Na szczęście już wczoraj udało się upchać wszystko po
kufrach, więc pozostaje jedynie zamontować to na motocyklu, przytroczyć
maty, wdziać się w ciuchy i ruszyć w trasę. Mimo to ruszamy dopiero koło
9 rano. Na liczniku 25.849km, przed nami jakieś 1.500km do
przejechania.
Przez miasto przejeżdżamy dość sprawnie, by zaraz potem wpaść w sznur
aut ciągnących na festiwal w Jarocinie. Na szczęście później na drodze
robi się luźniej i w Kaliszu lądujemy o 10,45. Tu obowiązkowa runda po
miejscach z wczesnego dzieciństwa i kawa na rynku.
Dalej kierujemy się na Grabów nad Prosną i Wieruszów.
Urokliwa droga w tunelu stworzonym
przez drzewa. Ruch niewielki, temperatura w sam raz do podróżowania
motocyklem. Niestety następny odcinek do Wielunia, to zatłoczona droga
krajowa. Uciekamy na Działoszyn, by dotrzeć na świętą górę. Obowiązkowy
spacer między murami klasztoru-twierdzy Paulinów, pośród tłumu turystów.
Obiad decydujemy się zjeść na mieście, co okazuje się błędem. Krążymy
po rozkopanej Częstochowie, szukając jakiejś restauracji. Po jakimś
czasie parkujemy między cerkwią, a gotyckim kościołem.
Posileni
zaczynamy szukać drogowskazów na Kraków, których nie ma. W końcu udaje
się znaleźć drogę na Myszków – Zawiercie – Olkusz. W Krakowie przebudowy
dróg i megakorek. Z racji naszej szerokości nie ma szans na
przeciskanie się między samochodami. Pot się z nas leje, na szczęście
hotel jest już blisko. Szybki prysznic i ruszamy na miasto, które
zachwyca nas swoim kosmopolityzmem. Wymęczeni siadamy w kawiarence
niedaleko kościoła Mariackiego, gdzie delektujemy się deserem i
czekoladą. Robi się późno, czas wracać do hotelu. Po nocnym krążeniu
tramwajami, w końcu docieramy do naszego łóżka.
Dzień 2 – 17/07/2011
Budzi nas sprzątaczka hotelowa. Ze zgrozą stwierdzam, że już po 9. Szybka
decyzja, że śniadanie zjemy na trasie. Przy pomocy nawigacji wyjeżdżamy
drogą na Skałę. Na parkingu pod Pieskową Skałą mała przygoda.
Zapomniałem o blokadzie tarczy hamulcowej podczas przeparkowywania
motocykla i moto mi się wali. Szybko go podnoszę, ale chyba za szybko,
bo zwalił mi się na drugą stronę, w efekcie czego ułamał się podnóżek
pasażera. Na szczęście power-tape pomoże na wszystko. Po zwiedzaniu i
obowiązkowych fotkach pod maczugą Herkulesa ruszamy na Pustynię
Błędowską.


W miejscowości Klucze okazuje się ona porażką. Z pustyni nic
nie zostało, wszystko porośnięte. Robimy drugie podejście od strony
Chechła i tu już jest lepiej. Może gdybym miał kostkę zdecydowałbym się
na mały dakar, a tak pozostaje nam zrobić fotki i ruszyć bocznymi
drogami do Ojcowa. Trochę się gubimy, trafiamy na odpust w Bydlinie i
szybko się wycofujemy. Dojeżdżamy do Ojcowa. Temperatura bliska 30°C.
Mamy powoli dość. Po krótkim spacerze, siadamy przy pstrągu w jakimś
barze. Szybki powrót do Krakowa i decyzja, że dalej poruszamy się
komunikacją miejską. Dzisiejszy plan został mocno okrojony, ale jesteśmy
szczęśliwi. Z ponad 200km zrobiliśmy około 130. Nie zaliczyliśmy
Ogrodzieńca, Szczekocin. Upał dał się we znaki.
Ruszamy na cmentarz Rakowicki spełnić nasz jedyny obowiązek w tej
podróży. Stara część cmentarza zachwyca. Mnóstwo starych grobowców,
pomników, daty tak odlegle, że aż nieprawdopodobne. Ten spacer też nas
wymęczył, ale ruszamy na Kazimierz, który zyskuje na uroku po
zapadnięciu zmroku. Znikają wtedy brud, śmieci, liszaje na ścianach,
pozostają ludzie, knajpki, atmosfera. Siadamy przy kawie na Meiselsa, w
uroczym i gwarnym miejscu. Po chwili znowu spacer na Stary Rynek, znowu
zapierające dech, monumentalne, gotyckie budowle. Mijamy Mały Rynek,
jakże inny od Starego. To, co nas uderza w Krakowie to brak światła.
Kamieniczki są niepodświetlone, na wielkiej płycie rynku brakuje
latarni, ale mimo to fiesta trwa.

Dzień 3 – 18/07/2011

Hałas z ulicy nie daje spać już od wczesnych godzin rannych. Do
spakowania pozostało tylko parę dupereli. Ruszamy 9,20 spod hotelu. Za
Krakowem wleczemy się w korku do Nowego Brzeska. Po prawej stronie wije
się Wisła, a my delektujemy się widokami. Wreszcie stajemy na śniadanie w
okolicach Opatowca. Przerwa dobrze nam robi. Ruszamy dalej na
Sandomierz. W pewnym momencie następuje gwałtowny skok temperatury i
znowu zaczynamy się gotować w naszych ciuchach. Sandomierz urzeka swoim
pięknem. Spacerujemy starymi uliczkami, rynkiem, wdrapujemy się na Bramę
Opatowską.

Dalej postanawiamy jechać przez Biłgoraj. Mimo, że trasa
sporo dłuższa, nie żałujemy - pusto, dobry asfalt. Później okazuje się,
że pojechaliśmy drogami piątej kategorii odśnieżania. Mityczny Biłgoraj
tylko mijamy, by zmęczeni upałem dotrzeć do Zamościa. Lokum szukamy w
pobliżu rynku, by nie łazić zbyt daleko. Hotele odpadają z powodu ceny.
Instalujemy się w końcu przy samym rynku z widokiem na ratusz. Wystrój
późny PRL, ale przystępnie i wszystko pod nosem. Zamość mnie zauroczył.
Przepiękny rynek, atmosfera południowej Europy, czyste i schludne
zaułki. Nawet w bramach nie śmierdzi, a podwórza zadbane. Jakże to inne
od krakowskiego Kazimierza, czy śmierdzących bram poznańskich kamienic.
Po degustacji miejscowych specjałów opartych na kaszy gryczanej, ruszamy
na dalszy obchód i poszukiwania dobrej kawy. Niestety bez sukcesu i o
22 wycofujemy się z nocnego życia.
Dzień 4 – 19/07/2011

Budzimy się w naszym łożu drapowanym skajem, jemy śniadanie i
niespiesznie pakujemy. Po porannej burzy pozostało kilka kałuż i
duchota. Na jazdę temperatura jest jednak idealna. Drogą 837 kierujemy
się na Lublin.
Ciężkie chmury wiszą cały czas nad nami, jednak nie spada
ani kropla. W Lublinie podziwiamy odnowioną starówkę. Pomiędzy
odnowionymi kamienicami straszą jeszcze sypiące się rudery, ale widać,
że miasto zmienia się i pięknieje. Mnóstwo ludzi, ogródków.
Podziwiamy kaplicę św, Trójcy, jemy małe co nieco „w najdroższej knajpie
w mieście” i ruszamy przez Nałęczów do Kazimierza Dolnego.
Zatrzymujemy
się w pierwszym lepszym miejscu i fundujemy sobie prawie 6-godzinny
spacer. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, zjedzeniu co
było do zjedzenia, wracamy na kwaterę. Kazimierz zachwycił widokiem na
Wisłę, starymi domostwami, klimatycznym ryneczkiem. Niestety
rozczarowała atmosfera tego miejsca, brak ludzi a także pewien stan
zawieszenia, w którym tkwiło to miasteczko. Ponoć to wina tegorocznej
pogody. Pozostawił on pewien niedosyt, lecz jutro już czas ruszać w
drogę powrotną. Oby tylko sprzyjała nam pogoda.
Dzień 5 – 20/07/2011


Wczoraj, chwilę po naszym powrocie z miasteczka zaczęło padać. W nocy
zdążyły przejść ze 4 burze, z czego ostatnia waliła nad głowami jeszcze
po 7 rano.
Ania miała koszmarną noc, więc jej nie budzę tylko powoli i po cichu
przygotowuję nas do drogi powrotnej. Aura zmusza mnie do wpięcia
podpinek przeciwdeszczowych i weryfikacji planów związanych z przeprawą
promową. Droga na prom do Janowca wyłożona jest kamieniem, co przy tym
obciążeniu motocykla i padającym deszczu słabo postrzegam.
W końcu po śniadaniu i zapakowaniu motocykla ruszamy w drogę, ok. 10,30.
Na szczęście przestało padać. W Bohotnicy robimy skuteczne podejście do
promu. Wprawdzie jest po drugiej stronie rzeki, ale gdy tylko nas
zobaczyli przypłynęli. Wjazd na prom wykonałem z pewną taką
nieśmiałością. Było wąsko ślisko, a Ania cały czas się zastanawiała, czy
może lepiej jednak zsiąść. Nasze osoby obudziły wspomnienia u obsługi
promu jak to lat temu dziesiąt, wybrał się w podróż motocyklem do
Trzcianki za Poznaniem, „ale wtedy nie było takich strojów”. Szkoda, że
brakuje słońca, mimo to, jesteśmy szczęśliwi, że ten punkt programu nie
wypadł z planu.
Po zjechaniu z promu ruszamy drogą na Górę Puławską – Kozienice –
Magnuszewice. Tam skręcamy na Warkę i lecimy na Grójec, który mamy
zamiar ominąć bocznymi drogami. Droga między Grójcem, a Białą Rawską w
kapitalnym remoncie i co rusz mamy ruch wahadłowy. Ma to ten plus, że
udaje się wyminąć sporą część TIR-ów. Kolejne punkty programu to Rawa
Mazowiecka – Łódź. Tu chcielibyśmy się zatrzymać, bo mamy już trochę
dość, bolą nas dupska i kręgosłupy.
Z Łodzi kierujemy się na Aleksandrów – Poddębice. W końcu znajdujemy
miejsce na postój i posiłek. W trakcie obiadu rozpętuje się nad nami
potężna burza. Na szczęście zdążyłem wszystko skonsumować i kawę
wypiliśmy już wewnątrz restauracji.
Część dalszą podróży decydujemy się odbyć już autostradą. Pogoda
niepewna, drogą za Łodzią okazała się pośledniej jakości i zatłoczona.
Na szczęście już nie leje, jest tylko lekki deszczyk. Na autostradzie
drogowskaz – Poznań 169km, ufff… pójdzie szybko. Mimo padającego deszczu
pędzimy stałą prędkością 130km/h. Za Koninem trochę lepiej, nie leci
już nic z nieba, a miejscami nawet sucha jezdnia. Deszcz dopada nas
znowu w Krzesinach, w Komornikach już leje. Dajemy sobie spokój z
przebieraniem się w przeciwdeszczówki, do domu już blisko.
W końcu, po pokonaniu łącznie ponad 1500km podróży, stajemy pod domem. Z
nieba lecą strugi wody, z nas już również. Trochę zmęczeni, ale
szczęśliwi rozpakowujemy motocykl.
Posłowie
Na nasze szczęście całą drogę było ciepło, i nawet chlupocząca w butach
woda, czy przemoknięte rękawiczki Ani nie stanowiły problemu.
Wybór autostrady okazał się z jeszcze jednego powodu słuszny. Droga była
równa, dzięki czemu odpoczęły też nasze kręgosłupy, od kliku dni
katowane na drogach krajowych.
Z całej trasy najmilej wspominamy odcinki dróg 3-cyfrowych i jeszcze
bardziej podrzędnych, które najczęściej są zupełnie puste i mają często
niezły asfalt. Najgorzej pod tym względem wypadają niestety wszystkie
trasy czerwone, zatłoczone i rozjeżdżone przez ciężarówki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz