piątek, 30 listopada 2012

2011 Galicja i kresy

Dzień 1 – 16/07/2011

Dołączona grafika Pobudka o 7,30. Na szczęście już wczoraj udało się upchać wszystko po kufrach, więc pozostaje jedynie zamontować to na motocyklu, przytroczyć maty, wdziać się w ciuchy i ruszyć w trasę. Mimo to ruszamy dopiero koło 9 rano. Na liczniku 25.849km, przed nami jakieś 1.500km do przejechania.
Przez miasto przejeżdżamy dość sprawnie, by zaraz potem wpaść w sznur aut ciągnących na festiwal w Jarocinie. Na szczęście później na drodze robi się luźniej i w Kaliszu lądujemy o 10,45. Tu obowiązkowa runda po miejscach z wczesnego dzieciństwa i kawa na rynku.
Dalej kierujemy się na Grabów nad Prosną i Wieruszów.

Dołączona grafika
Urokliwa droga w tunelu stworzonym przez drzewa. Ruch niewielki, temperatura w sam raz do podróżowania motocyklem. Niestety następny odcinek do Wielunia, to zatłoczona droga krajowa. Uciekamy na Działoszyn, by dotrzeć na świętą górę. Obowiązkowy spacer między murami klasztoru-twierdzy Paulinów, pośród tłumu turystów. Obiad decydujemy się zjeść na mieście, co okazuje się błędem. Krążymy po rozkopanej Częstochowie, szukając jakiejś restauracji. Po jakimś czasie parkujemy między cerkwią, a gotyckim kościołem. 
Dołączona grafikaPosileni zaczynamy szukać drogowskazów na Kraków, których nie ma. W końcu udaje się znaleźć drogę na Myszków – Zawiercie – Olkusz. W Krakowie przebudowy dróg i megakorek. Z racji naszej szerokości nie ma szans na przeciskanie się między samochodami. Pot się z nas leje, na szczęście hotel jest już blisko. Szybki prysznic i ruszamy na miasto, które zachwyca nas swoim kosmopolityzmem. Wymęczeni siadamy w kawiarence niedaleko kościoła Mariackiego, gdzie delektujemy się deserem i czekoladą. Robi się późno, czas wracać do hotelu. Po nocnym krążeniu tramwajami, w końcu docieramy do naszego łóżka.



Dołączona grafika 

Dzień 2 – 17/07/2011

Dołączona grafika Budzi nas sprzątaczka hotelowa. Ze zgrozą stwierdzam, że już po 9. Szybka decyzja, że śniadanie zjemy na trasie. Przy pomocy nawigacji wyjeżdżamy drogą na Skałę. Na parkingu pod Pieskową Skałą mała przygoda. 
Dołączona grafikaZapomniałem o blokadzie tarczy hamulcowej podczas przeparkowywania motocykla i moto mi się wali. Szybko go podnoszę, ale chyba za szybko, bo zwalił mi się na drugą stronę, w efekcie czego ułamał się podnóżek pasażera. Na szczęście power-tape pomoże na wszystko. Po zwiedzaniu i obowiązkowych fotkach pod maczugą Herkulesa ruszamy na Pustynię Błędowską.
Dołączona grafika 


Dołączona grafikaDołączona grafikaW miejscowości Klucze okazuje się ona porażką. Z pustyni nic nie zostało, wszystko porośnięte. Robimy drugie podejście od strony Chechła i tu już jest lepiej. Może gdybym miał kostkę zdecydowałbym się na mały dakar, a tak pozostaje nam zrobić fotki i ruszyć bocznymi drogami do Ojcowa. Trochę się gubimy, trafiamy na odpust w Bydlinie i szybko się wycofujemy. Dojeżdżamy do Ojcowa. Temperatura bliska 30°C. Mamy powoli dość. Po krótkim spacerze, siadamy przy pstrągu w jakimś barze. Szybki powrót do Krakowa i decyzja, że dalej poruszamy się komunikacją miejską. Dzisiejszy plan został mocno okrojony, ale jesteśmy szczęśliwi. Z ponad 200km zrobiliśmy około 130. Nie zaliczyliśmy Ogrodzieńca, Szczekocin. Upał dał się we znaki.
 


Dołączona grafikaRuszamy na cmentarz Rakowicki spełnić nasz jedyny obowiązek w tej podróży. Stara część cmentarza zachwyca. Mnóstwo starych grobowców, pomników, daty tak odlegle, że aż nieprawdopodobne. Ten spacer też nas wymęczył, ale ruszamy na Kazimierz, który zyskuje na uroku po zapadnięciu zmroku. Znikają wtedy brud, śmieci, liszaje na ścianach, pozostają ludzie, knajpki, atmosfera. Siadamy przy kawie na Meiselsa, w uroczym i gwarnym miejscu. Po chwili znowu spacer na Stary Rynek, znowu zapierające dech, monumentalne, gotyckie budowle. Mijamy Mały Rynek, jakże inny od Starego. To, co nas uderza w Krakowie to brak światła. Kamieniczki są niepodświetlone, na wielkiej płycie rynku brakuje latarni, ale mimo to fiesta trwa.


Dołączona grafikaDołączona grafika Dołączona grafika 

Dzień 3 – 18/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaHałas z ulicy nie daje spać już od wczesnych godzin rannych. Do spakowania pozostało tylko parę dupereli. Ruszamy 9,20 spod hotelu. Za Krakowem wleczemy się w korku do Nowego Brzeska. Po prawej stronie wije się Wisła, a my delektujemy się widokami. Wreszcie stajemy na śniadanie w okolicach Opatowca. Przerwa dobrze nam robi. Ruszamy dalej na Sandomierz. W pewnym momencie następuje gwałtowny skok temperatury i znowu zaczynamy się gotować w naszych ciuchach. Sandomierz urzeka swoim pięknem. Spacerujemy starymi uliczkami, rynkiem, wdrapujemy się na Bramę Opatowską.
 Dołączona grafika

Dołączona grafikaDołączona grafikaDalej postanawiamy jechać przez Biłgoraj. Mimo, że trasa sporo dłuższa, nie żałujemy - pusto, dobry asfalt. Później okazuje się, że pojechaliśmy drogami piątej kategorii odśnieżania. Mityczny Biłgoraj tylko mijamy, by zmęczeni upałem dotrzeć do Zamościa. Lokum szukamy w pobliżu rynku, by nie łazić zbyt daleko. Hotele odpadają z powodu ceny. Instalujemy się w końcu przy samym rynku z widokiem na ratusz. Wystrój późny PRL, ale przystępnie i wszystko pod nosem. Zamość mnie zauroczył. Przepiękny rynek, atmosfera południowej Europy, czyste i schludne zaułki. Nawet w bramach nie śmierdzi, a podwórza zadbane. Jakże to inne od krakowskiego Kazimierza, czy śmierdzących bram poznańskich kamienic. Po degustacji miejscowych specjałów opartych na kaszy gryczanej, ruszamy na dalszy obchód i poszukiwania dobrej kawy. Niestety bez sukcesu i o 22 wycofujemy się z nocnego życia.

Dołączona grafika


Dołączona grafika 

Dzień 4 – 19/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaBudzimy się w naszym łożu drapowanym skajem, jemy śniadanie i niespiesznie pakujemy. Po porannej burzy pozostało kilka kałuż i duchota. Na jazdę temperatura jest jednak idealna. Drogą 837 kierujemy się na Lublin. Dołączona grafikaCiężkie chmury wiszą cały czas nad nami, jednak nie spada ani kropla. W Lublinie podziwiamy odnowioną starówkę. Pomiędzy odnowionymi kamienicami straszą jeszcze sypiące się rudery, ale widać, że miasto zmienia się i pięknieje. Mnóstwo ludzi, ogródków.

Dołączona grafika


Podziwiamy kaplicę św, Trójcy, jemy małe co nieco „w najdroższej knajpie w mieście” i ruszamy przez Nałęczów do Kazimierza Dolnego. 

Dołączona grafikaZatrzymujemy się w pierwszym lepszym miejscu i fundujemy sobie prawie 6-godzinny spacer. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, zjedzeniu co było do zjedzenia, wracamy na kwaterę. Kazimierz zachwycił widokiem na Wisłę, starymi domostwami, klimatycznym ryneczkiem. Niestety rozczarowała atmosfera tego miejsca, brak ludzi a także pewien stan zawieszenia, w którym tkwiło to miasteczko. Ponoć to wina tegorocznej pogody. Pozostawił on pewien niedosyt, lecz jutro już czas ruszać w drogę powrotną. Oby tylko sprzyjała nam pogoda.
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dzień 5 – 20/07/2011

Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika Wczoraj, chwilę po naszym powrocie z miasteczka zaczęło padać. W nocy zdążyły przejść ze 4 burze, z czego ostatnia waliła nad głowami jeszcze po 7 rano.
Ania miała koszmarną noc, więc jej nie budzę tylko powoli i po cichu przygotowuję nas do drogi powrotnej. Aura zmusza mnie do wpięcia podpinek przeciwdeszczowych i weryfikacji planów związanych z przeprawą promową. Droga na prom do Janowca wyłożona jest kamieniem, co przy tym obciążeniu motocykla i padającym deszczu słabo postrzegam.
W końcu po śniadaniu i zapakowaniu motocykla ruszamy w drogę, ok. 10,30. Na szczęście przestało padać. W Bohotnicy robimy skuteczne podejście do promu. Wprawdzie jest po drugiej stronie rzeki, ale gdy tylko nas zobaczyli przypłynęli. Wjazd na prom wykonałem z pewną taką nieśmiałością. Było wąsko ślisko, a Ania cały czas się zastanawiała, czy może lepiej jednak zsiąść. Nasze osoby obudziły wspomnienia u obsługi promu jak to lat temu dziesiąt, wybrał się w podróż motocyklem do Trzcianki za Poznaniem, „ale wtedy nie było takich strojów”. Szkoda, że brakuje słońca, mimo to, jesteśmy szczęśliwi, że ten punkt programu nie wypadł z planu.
Po zjechaniu z promu ruszamy drogą na Górę Puławską – Kozienice – Magnuszewice. Tam skręcamy na Warkę i lecimy na Grójec, który mamy zamiar ominąć bocznymi drogami. Droga między Grójcem, a Białą Rawską w kapitalnym remoncie i co rusz mamy ruch wahadłowy. Ma to ten plus, że udaje się wyminąć sporą część TIR-ów. Kolejne punkty programu to Rawa Mazowiecka – Łódź. Tu chcielibyśmy się zatrzymać, bo mamy już trochę dość, bolą nas dupska i kręgosłupy. 
 
Dołączona grafika 
Z Łodzi kierujemy się na Aleksandrów – Poddębice. W końcu znajdujemy miejsce na postój i posiłek. W trakcie obiadu rozpętuje się nad nami potężna burza. Na szczęście zdążyłem wszystko skonsumować i kawę wypiliśmy już wewnątrz restauracji.
Część dalszą podróży decydujemy się odbyć już autostradą. Pogoda niepewna, drogą za Łodzią okazała się pośledniej jakości i zatłoczona. Na szczęście już nie leje, jest tylko lekki deszczyk. Na autostradzie drogowskaz – Poznań 169km, ufff… pójdzie szybko. Mimo padającego deszczu pędzimy stałą prędkością 130km/h. Za Koninem trochę lepiej, nie leci już nic z nieba, a miejscami nawet sucha jezdnia. Deszcz dopada nas znowu w Krzesinach, w Komornikach już leje. Dajemy sobie spokój z przebieraniem się w przeciwdeszczówki, do domu już blisko.
W końcu, po pokonaniu łącznie ponad 1500km podróży, stajemy pod domem. Z nieba lecą strugi wody, z nas już również. Trochę zmęczeni, ale szczęśliwi rozpakowujemy motocykl.

Posłowie


Na nasze szczęście całą drogę było ciepło, i nawet chlupocząca w butach woda, czy przemoknięte rękawiczki Ani nie stanowiły problemu.
Wybór autostrady okazał się z jeszcze jednego powodu słuszny. Droga była równa, dzięki czemu odpoczęły też nasze kręgosłupy, od kliku dni katowane na drogach krajowych.
Z całej trasy najmilej wspominamy odcinki dróg 3-cyfrowych i jeszcze bardziej podrzędnych, które najczęściej są zupełnie puste i mają często niezły asfalt. Najgorzej pod tym względem wypadają niestety wszystkie trasy czerwone, zatłoczone i rozjeżdżone przez ciężarówki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz