Bałkany 2022
Dzień 1-2 (6-7 sierpnia2022)
Koło 10 rano ruszamy na pierwszą
część naszej podróży czyli koncerty na Śląsku, na które czekamy od ponad roku.
W miarę sprawnie dojeżdżamy do naszego „hotelu”, podjeżdżamy jeszcze do sklepu kupić worek wodoodporny, którego Marcin zapomniał zabrać z domu. Podobnie jak dodatkowych siatek mocujących, powertape i zapasowych kompletów kluczyków. Na szczeście te ostatnie nie przydały się w podróży. Parkując motocykl Marcin zalicza paciaka, zahaczając o moje koło.
Sobota - Katowice Off Festiwal - Iggy
Pop – ikona muzyki niezależnej mimo swoich 75 lat, problemów z poruszaniem się
i wyglądu jak mistrz Yoda z Gwiezdnych Wojen dał bardzo energetyczny koncert, a Marcin jest szczęśliwy że miał okazję usłyszeć Iggiego na żywo, o czym marzył od kilku lat :-)
Niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie Katowic.
Wieczorem jedziemy do Gliwic na koncert Nicka Cave – pełne zaskoczenie. Koncert równie rockowy jak dzień wcześniej, świetny kontakt z publicznością. Nie takie mieliśmy wyobrażenie o wykonawcy mrocznych ballad o mordercach i ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy.
Ruszamy z Katowic na południe, dziś przelot jak najdalej i droga się trochę dłuży. Wyjazd ze Śląska jest tłoczny i dużo świateł. Potem Słowacja i nie jest lepiej, roboty drogowe i duże natężenie ruchu. Dopiero za Banska Bystrica robi się luźniej. Wsie biedne, zaniedbane. Wjeżdżamy na Węgry w okolicach Szécsény, gdzie za chwilę z nóg zwala widok na wielką równinę po kilkuset km drogi górami. Robi się równo i prosto. Nuda, ale już wiemy, że do Timishoara nie dojedziemy. Więc decyzja przy obiedzie w Szolnok, że nocleg zrobimy w Szeged nad Cisą. Docieramy około 22:00 szybka zmiana ciuchów i zwiedzamy miasto nocą jak zawsze ;) Miasto ładne i o dziwo żyje. Ludzie na placach siedzą w knajpkach jest ciepło i przyjemnie. Około 0:30 lądujemy w łóżku zastanawiając się czy gigantyczny żyrandol zawieszony jakieś 4m nad nami nie spadnie.
Zrobiliśmy 586km
Dzień 4 (9 sierpnia)
Po sytym śniadaniu u Mozarta
ruszany do Timishoara. Drogi puste, ale za to pełne niespodzianek w nawierzchni
;)
Najpierw pada lekki deszczyk, ale
jest ciepło. 120km docieramy niby po 1,5h jazdy, ale jak się okazało
przegapiliśmy zmianę strefy czasowej i 1h nam uciekła dodatkowo.
Zrobiliśmy raptem 365km.
Dzień 5 (10 sierpnia)
Zdrowy sen, świetnie nam się tu spało, 9h :) wyspani jemy śniadanko z widokiem na Dunaj i już o 10:15 ruszamy w drogę, na granicę z Serbią na tamie Żelazne Wrota.
Z kolejki zaprasza nas serbski pogranicznik i puszcza bokiem. Serbia wita pustymi drogami w zaskakująco dobrym stanie. Odzyskujemy też straconą w Rumuni godzinę i przez jakiś czas kontynuujemy naszą drogę wzdłuż Dunaju.
W okolicach Zaječar zaczyna grzmieć, czarne chmury źle wróżą. Mamy nadzieje minąć nadchodzący armagedon. Na plecach czujemy grzmoty i okazałe błyskawice po prawej dodają czaru. Na chwilę wpadamy w objęcia ulewy. Na szczęście droga oplata górę i uciekamy burzy.
Droga wije się otwierając kolejne widoczki, a panująca temperatura pozwala wyschnąć w trakcie jazdy. Tuż przed granicą OsmAnd wiedzie nas na manowce (na starą zamkniętą drogę) i o mało co byłaby powtórka z drawskiego poligonu. Musimy zawrócić i granicę przekroczyć w miejscu do tego przeznaczonym. Granica macedońska przekroczona w tempie błyskawicy. Jeszcze 30 km i Skopie wita nas swoimi niesamowitościami. Tego co oferuje stolica nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Nawet zdjęcia nie są w stanie tego oddać. Macedonia okazuje się dla nas chyba największym odkryciem w tej podróży. Ludzie niesamowicie otwarci, przyjaźni, jedzenie jak to na Bałkanach rewelacyjne. Stolica to świetne miejsce na jakiś citybreak. Dodatkowo ceny są bardzo przystępne.
Dzień 6, a w sumie 4 podróży (11
sierpnia)
Trochę żałujemy, że nie zarezerwowaliśmy sobie trochę więcej czasu na Macedonię i wizytę w kanionie Matka. Będzie jeszcze jeden powód, żeby tu wrócić.
Ale wykorzystujemy jeszcze chwilę czasu żeby zobaczyć centrum stolicy za dnia.
Dzień 7 (12 sierpnia)
Znowu uciekając przed deszczem jedziemy do Łaźni Zeusa. Jadąc starą drogą wzdłuż autostrady z krzaków wyskakuje jakiś dziwny i spory zwierz, który ładuje się prosto pod koła Marcina. Na szczęście skończyło się tylko na szarpnięciu kierownicą i zwłoki zostawiliśmy za sobą. Podjeżdżamy pod Olimp, zostawiamy kaski i kurtki w knajpce przy wejściu i dreptamy w stronę owych łaźni, by ukazał nam się widok krystalicznej wody, spadającej kaskadami. Szczerze mówiąc, szału nie robi. U podnóża Olimpu w uroczym miasteczku Λιτόχωρο (Litochoro) jemy obłędne lody (zgadywanie smaków przyprawiło nas o śmiech do łez) i pijemy pyszną kawę.
Meteory zwiedzamy na lekko na jednym motocyklu, ja trzaskam foty z otwartą szczęką. Piękne widoki, zapierają dech, a Marcin znajduje przy swojej Tenerze pasażera na gapę. Chcąc zwiedzić jeszcze więcej ruszamy w stronę Joaniny, ale kłębiące się czarne chmury skłaniają nas do powrotu w połowie drogi. Próbujemy zaliczyć punkt widokowy na Meteory z drugiej strony rzeki, ale po kilkuset metrach kamienistej drogi rezygnujemy. Może solo na motocyklu byśmy pojechali dalej, ale we dwójkę, bez strojów nie chcemy ryzykować kontuzji. Zaliczamy jakiś stary most przez wyschnięte koryto i wracamy do Kalambaki. Błąkamy się po mieście, idziemy do bizantyjskiego kościoła datowanego na XI wiek gdzie oprowadzają nas żółwie, spacerują jak u nas koty, napawamy się widokami i dzień kończymy pyszna kolacją w kolejnej tawernie.
Dzień 9 (14 sierpnia)
Czas ruszać nad jezioro Ochrydzkie. Trasa nie jest daleka, ale są 2 granice i góry.
W przydrożnej kapliczce ubieramy się w przeciwdeszczówki.
Po wjeździe do Macedonii wybieramy boczną drogę P504 łącząca jezioro Prespa z
Ochrydzkim i pniemy się parkiem narodowym Galiczica. Do połowy drogi jest nowa
nitka asfaltu między tymi dwoma jeziorami. Jest pięknie choć robi się zimno,
ale mamy przeciwdeszczowe kondomki, więc nic nam nie straszne. Jezioro
Ochrydzkie jest ogromne, a widok z Galiczicy powala.
Samo miasto Ochryda okazuje się bardzo urokliwe, ciągnę Marcina w kierunku wzgórza z kościółkiem, znam ten widok z relacji innych i strasznie chce zdążyć zanim słońce zajdzie. Idziemy kładką nad jeziorem przyklejoną do skał, jest cudnie. Udaje się w sam czas :) Widok magiczny jak w kinie. Błądzimy po ulicach starówki jest ciepło, gwarnie i nastrojowo.
Dzień 10 (15 sierpnia)
Ruszamy na podbój Gór Przeklętych. Dziś zapowiada się pierwszy dzień bez ucieczki przed deszczem. Początkowo droga pięknie się wije wzdłuż Czarnego Drinu, co przypomina nam ubiegłoroczną drogę E762 na Pluźine w Czarnogórze
Gładko przekraczamy granicę i droga okazuje się wyzwaniem. Droga hmmm resztki asfaltu, bo część chyba spłynęła. Jadą busy i cały ruch uliczny miasteczek. Do Peshkopia jest męcząco, wolno, koszmarnie dziurawo i w oparach diesla.
Tuż za Peshkopia drogowskaz wskazuje Kukes i uciekamy na białą drogę przez góry. Ruch tutaj jest już znikomy, asfalt zrobił się rewelacyjny, a my pniemy się w górę. Docieramy do pomnika wojennego, który znamy z ubiegłorocznej relacji Zulakmotoadv i wrażenia podobne jak z Durmitoru czy starej drogi na Gorażdże.
W Kukes postój obowiązkowy przed droga SH5 urocza miejscówka przy rzece Drin. Standardowy zestaw kawa + cola, sałatka grecka i ruszamy dalej. Standard obsługi charakterystyczny dla Albanii. Stąd cały ruch idzie na autostradę w kierunku Tirany, a my samotnie ruszamy w drogę, której się obawiam, ale strach ma wielkie oczy i opowieści jak to ciężko i w ogóle. Jest super, widoczki... nie nie... widoki zapierają dech, już wiem czemu Góry Przeklęte, bo zakrętów do wyrzygania. Marcin szczęśliwy, banan na twarzy, którego nie widzę, ale słyszę „pusto”, „redukcja”, „dohamuj”. Mam najlepszą nawigację pod słońcem, Marcina, to pewnie dlatego droga wydaje się łatwa i bezproblemowa.
Zadziwiająco szybko docieramy do Szkodry, tym razem brak miejsc w naszym hotelu, ale znajdujemy dość przyzwoite lokum i posileni planujemy parę dni na plaży w Czarnogórze.
Dzień 11 (16 sierpnia)
Tym razem na granicy AL-MNE nie ma
korka, ale są żebracy. Standardowo wpychamy się na początek kolejki, ale jakiś
nerwowy Albańczyk upiera się, że musi być odprawiony przed nami.
Docieramy do Ulcinj i miny nam rzedną. Tłok, ścisk, korki, nie tak wyobrażaliśmy sobie czarnogórskie wybrzeże. Uciekamy w kierunku Bar i w knajpce pod murami twierdzy Starego Baru dumamy co dalej.
Dzień 12 (17 sierpnia)
Nic tu po nas.
Wsiadamy na motocykle i Marcin wyznacza trasę przez Lepetanje z przeprawą promową. Mam obiekcje, bo Google pokazuje korki w tym miejscu i właściwe cała trasa to korek. Marcina jednak nie opuszcza optymizm i jedziemy jak powiedział. Jeszcze w Budvie przepychając się przez korki dogania nas grupa Ślązaków na dużych GS, jednym VStromie i RT-eku. Potem w trasie będziemy się jeszcze kilka razy mijać. Korka faktycznie nie było, przeprawa promowa jest załatwiana błyskawicznie i tym sposobem zyskujemy sporo czasu i wyprzedzamy Ślązaków.
Do celu mamy 60km. Krótko przed wjazdem na Peljesac mija nas znowu Polska ekipa. W końcu docieramy na camping i kierowniczka znajduje dla nas ostatnie wolne miejsce. Szczęśliwi zrzucamy ciuchy motocyklowe, rozbijamy obozowisko pod drzewem oliwnym i idziemy zanurzyć się w wodach Adriatyku. Nareszcie! Marzyliśmy o tym od kilku dni. Po odtańczeniu tańca radości w wodzie, doprowadzamy się do porządku i ruszamy na zasłużoną kolację i prawdziwe chorwackie lody.
Dzień 13
Miała być laba, ale byłaby nuda.
Pożyczamy kajak i pływamy sobie cały dzień po okolicy łapiąc opaleniznę w
kolorze gotowanego raka.
Dzień 14
Dziś plażowanie - taki plan, ale
niebo postanowiło zadbać o nasza skórę i zasłoniło słońce. Dzień w hamaku z
książka. Tego było nam trzeba.




Dzień 15 (20 sierpnia)
Nie chce się wyjeżdżać, błękit nieba, woda kusi, a tu trzeba w drogę ruszać. Postanawiamy skorzystać z dopiero co otwartego mostu między Chorwacją, a półwyspem Peljesac
nowy most
Z ciężkim sercem wyjeżdżamy z Chorwacji i kierujemy się w stronę kanionu rzeki Una. Niesamowite wrażenie robią na nas dziesiątki opuszczonych wiosek i miasteczek w Bośni na pograniczu z Chorwacją. Czyżby przez ćwierć wieku od zakończenia wojny nie wróciło do nich życie? Mijane miejscowości straszą pustymi oczodołami okien i drzwi.
W Posusje w Bośni dopada nas ulewa i burza. Schronienie daje nam myjnia samochodowa, na której Marcin zalicza drugiego paciaka, tym razem przy zsiadaniu z motocykla. Motocykl zwalił się na prawą stronę i kufer niestety poddał się. Choć leje jak z cebra to Bośniacy myją auta. Dziwny zwyczaj.
Docieramy do Bihaca mając nad sobą
nisko zawieszone ciemne chmury, które się kotłują dając efekt tolkienowskiego
Mordoru. Czas spać.
Dzień 16 (21 sierpnia)
Dni powrotów są ciężkie psychiczne, na szczęście pogoda mimo wstępnych prognoz tym razem okazała się łaskawa. Do Karlovaca docieramy sucho i ostatnie chorwackie lody jemy w słońcu Niestety po minięciu Słowenii dotarcie do Szombathely daje w kość. Wieje bardzo mocno i miota mną po drodze. Walka z wiatrem okrutna. W hotelu spotykamy krajana na Triumphie Tigerze. Przy wspólnej kolacji snujemy wieczorne pogaduchy o podróżach …..
Dzień 17 - dzień masakry (22 sierpnia)
Ruszamy w deszczu i pada i pada i
wieje i pada i mam dość.
Cały wszechświat mówi mi, że jadę z złym kierunku, po co wracać?
Jedziemy przez Austrię i Czechy, bocznymi drogami, po trasie wyznaczonej przez OsmAnd-a. Jak nie pada, to wieje. Po urokliwym wjeździe do Czech przez zbiornik Vestonicka, czeka nas masakryczny przejazd przez Brno, gdzie trwają roboty drogowe. Zatrzymujemy się na objedzie w jakimś amerykańskim steakhousie w czeskim wydaniu.
W Jablonne nad Orlici Marcin postanawia "przechytrzyć" nawigację dzięki czemu zamiast przejechać szybko przez Mladkov pchamy się na Cervena Voda i Kraliky. Tu mi się mocno naraził. W końcu, po ciemku docieramy na kwaterę do Kłodzka.
Dzień 18 (23 sierpnia)
Z Kłodzka prognozy są złe, ale nie jest tak źle. Na sucho wracamy powoli do domu, ale zdjęć już nawet nie chce się robić.
Podsumowanie
5tys km w sumie w 16 dni, przejechane 13 krajów, a aż 4 po 2 razy 😉
Trasa: Słowacja, Rumunia, Serbia, Macedonia, Grecja, Albania, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia, Chorwacja, Słowenia, Węgry, Austria, Czechy.
Chyba trochę za dużo sobie wzięliśmy na głowę i zabrakło jednego lub dwóch dni odpoczynku nad morzem.
Marcin najlepsza nawigacja na świecie, pojadą z Tobą na koniec świata i jeszcze dalej. W sumie wakacje w zakręcie :)