No i jeszcze kilka fotek z drogi, która wiodła przez tak ciekawe miejscowości jak:
Niezgoda, Kochowo, Tumidaj, Kąpiel, Słaboludź, Małachowo Złych Miejsc
Niezgoda, Kochowo, Tumidaj, Kąpiel, Słaboludź, Małachowo Złych Miejsc
25 maj 2024
Przyczepa odebrana, motocykle załadowane jeszcze poprzedniego dnia.
Rano udaje mi się zmobilizować Anię do wczesnej (sic!) pobudki i już o 8,15 ruszamy w kierunku Belgii. Bez większych przygód, a co najważniejsze bez korków docieramy na nasz nocleg koło godz. 19.
Sprawnie zrzucamy motocykle, odpinamy przyczepę i jedziemy na kolację do Masseik.
26 maj 2024
O godzinie 10 ruszamy bocznymi drogami w kierunku Antwerpii, gdzie docieramy koło południa. Miasto niestety rozkopane i potrzebujemy chwili zanim udaje nam się zaparkować motocykle w okolicy Grote Plaats. Strzelamy fotki, siadamy na jakieś śniadanie i idziemy w kierunku dworca centralnego. Źle oceniłem nasze możliwości, a zrobiło się dość ciepło. Trzeba było podjechać. Gotujemy się w naszym motocyklowym rynsztunku i wykończeni zwiedzamy dworzec, który jest przepiękny. Co gorsza trzeba wrócić do motocykli.
W planach mieliśmy jeszcze Brugię, ale za długo zabawiliśmy mieście diamentów i kierujemy się na wybrzeże, żeby dojechać do Calais.
Po przebraniu się w cywilny ciuch idziemy na zachód słońca na plaży, kupujemy nieopatrznie gigantyczną porcję frytek i ruszamy w kierunku miasteczka żeby zjeśc jakiś normalny obiad. Trochę jednak przeszacowaliśmy francuskie obyczaje, a może zmyliło nas słońce, bo to przecież była już 22. Summa summarum obiadu nie było i trzeba było się zadowolić porcją frytek z plaży.
27 maj 2024
Opuszczamy Calais i kierujemy na zachód wzdłuż wybrzeża, licząc że śniadanie zjemy gdzieś po drodze.
Przez kolejne miasteczka docieramy do słynnego Etretat, gdzie jemy obiad i bookujemy sobie nocleg w Honfleur.
28 maj 2024
Jakżeby inaczej, od rana musi padać i nasze zwiedzanie historycznej części Honfleur jest trochę histeryczne.
Ubieramy się w hotelu w przecideszczówki i oczywiście chichot losu, jak schodzimy do motocykli przestaje padać. Śniadanie postanawiamy zjeść na słynnym targu rybnym w Trouville-sur-Mer. Niestety okazuje się, że przy targu trwają roboty drogowe, bo remontują ulicę. W końcu parkujemy motocykle na tyłach targu i idziemy się najeść. Nie jest to targ jak sobie wyobrażaliśmy, po naszych doświadczeniach z hiszpańskich mercat. Dużo mniejsza skala, kilka stoisk, ale można było cos wybrać i się wybecalować.
Stamtąd ruszamy już w kierunku celu ostatecznego naszej podróży, tj. starego klasztoru Mont Saint-Michel. Bocznymi drogami docieramy do naszego noclegu w okolicy godz.19,30 i idziemy na zasłużony obiad, po którym robimy sobie jeszcze spacer po okolicy strzelając na potęgę fotki tego co widzimy.
widok po wyjściu z naszego pokoju
29 maj 2024
Dogadaliśmy się z naszą gospodynią, że możemy zostawić motocykle i nasze motocyklowe klamoty u niej, jak długo chcemy, byle tylko zwolnić pokój. Na lekko idziemy sobie pozwiedzać klasztor. Łapiemy shuttle busa i podjeżdżamy pod miasteczko na górze. Trwa akurat przypływ i klasztor faktycznie staje się wyspą. Zaliczamy pocztę żeby wysłać analogową pocztówkę do przyjaciółki Ani i idziemy, w górę do opactwa. Jesteśmy w miarę wcześnie i bez kolejki kupujemy bilety, by zagłębić się w labirynt korytarzy i sal. Gdzieniegdzie młodzież ćwiczy, czyżby przygotowania do olimpiady? Opuszczając opactwo cieszymy się, że byliśmy wcześniej, bo teraz utworzyła się spora kolejka do kasy. Na zewnątrz niestety ciągle siąpi więc siadamy na kawie i myślimy co dalej. Zwiedzanie skończymy koło 14, zanim wrócimy i się ogarniemy zrobi się po 15.
Ania proponuje byśmy spędzili jeszcze jedną noc nad morzem i pada na Granville, gdzie bookujemy nocleg na starym, górnym mieście w lawendowych klimatach. Daleko nie mamy więc sprawnie przemieszczamy się motocyklami do miasteczka, gdzie trochę krążymy zanim udaje nam się znaleźć dojazd do naszego hoteliku.
prawie luksusowo
30 maj 2024
Dzisiejszy plan to Rouen, z jego katedrą uwiecznianą na obrazach Claude Moneta. Daleko nie jest, ale nie chcemy być na ostatnią chwilę tylko mieć czas na spokojne zwiedzanie miasta. Znajdujemy nocleg tuż przy pałacu sprawiedliwości, obok słynnego Le Gros-Horloge. Miasteczko to jedno z największych zaskoczeń tej podróży. Wiedzieliśmy czego się spodziewać po Mont Sant Michel, ale o Rouen zbyt wiele nie wiedzieliśmy. Niesamowite miejsce ze swoją średniowieczna szachulcową, kolorową zabudową. Perła. Do tego katedra Najświętszej Marii Panny, Gros-Horloge, kilka innych kościołów i miejsce spalenia Joanny d'Arc. W katedrze uwagę przykuwa koronkowa sztukateria i wieża ze stalową iglicą. Okazało się, że katedrę budowano prawie 600 lat, a iglica pochodzi już z XIX wieku żelaza i pary.
31 maj 2024
Opuszczamy urocze Rouen i bocznymi drogami, czasami wzdłuż Sekwany kierujemy się do mekki impresjonistów, tj. Giverny, gdzie Claude Monet miał swój dom i słynny ogród.
Mamy szczęście, bo na niebie pojawiło się słońce i do ogrodu udaje się wejść zanim uformowała się kolejka do kasy. Ania zachwyca się ogrodem i wysnuwa teorię skąd się wzięli impresjoniści:
"Claude Monet musiał mieć astygmatyzm, jak ja, bo jego obrazy wyglądają tak jak ja widzę rzeczywistość po zdjęciu okularów"
No nie powiem, może to mieć jakiś sens.
Znowu zastanawiamy się, co dalej. prognozy nie są zbyt łaskawe, a Ania chciałaby ostatni nocleg nad morzem. Wybieramy Boulogne-sur-Mer co okazuje się totalną porażką. Na szczęście w miasteczku obok znajduję bardzo przyzwoity nocleg z widokiem na morze. A na koniec idziemy do knajpki specjalizującej się mulach i... oczywiście nikt nie gada w żadnym cywilizowanym języku. Ale to co serwują jest najlepsze, co w całej naszej podróży jedliśmy, niebo w gębie. W ofercie mają chyba z 16 rodzajów dań z mulami. W moim garnku cudownie skomponowały się małże z pikantną kiełbasą chorizo. Danie Ani również nie odstaje od tego co ja dostałem. Wieczorem lądujemy jeszcze w jakiejś knajpce o dziwo wypełnionej szczelnie ludźmi. Chyba wszyscy się tu zbiegli , bo samo miasteczko, jak wszystkie dotychczas, sprawia wrażenie wymarłego.
01 czerwiec 2024
Plan jak zwykle weryfikuje rzeczywistość. Fajnie by było zaliczyć Brugię, ale prognozy nie sprzyjają. Zwiedzanie tej Wenecji północy, w deszczu, brzmi mało przekonująco. Dziś musimy dojechać do miejsca skąd zaczęliśmy naszą motocyklową podróż. Jedziemy więc bocznymi drogami w kierunku Brukseli. W okolicach Lille robimy ostatnie zakupy żeby mieć coś jutro na śniadanie, i też przywieźć coś do domu. Po przekroczeniu belgijskiej granicy zaczyna się mordęga. Jedziemy w ślimaczym tempie przez tamtejsze miejscowości, często rozgrzebane robotami drogowymi. W końcu stajemy w jakiejś dziwnej kawiarni, ale po zamówieniu kawy sugeruję Ani, żeby lepiej tam nie wchodziła. Podejmujemy decyzję że chyba trzeba podciągnąć kawałek, chociaż do stolicy autostradą, bo do jutra nie dojedziemy. Postój na stacji na ringu wokół Brukselii przynosi kolejną decyzję, tniemy dalej autobahną, Bardzo tego nie lubimy ale chyba nie ma wyjścia. Koło 19 lądujemy na noclegu gdzie czeka samochód i przyczepa. Szybko się przebieramy i jedziemy na obiad. Po powrocie ładujemy jeszcze motocykle na przyczepę i idziemy spać.
02 czerwca 2024
Ostatnie poprawki mocowań, pakowanie, śniadanie i w drogę. Dziś jesteśmy skazani na autostrady. Szczęście nam dopisuje i po drodze nie trafiamy na żaden korek. Podobnie jak tydzień wcześniej, wszystkie korki były w przeciwnym kierunku.
| takich konwojów jadących na wschód trochę minęliśmy, jakoś bezpieczniej wcale się nie czuję, raczej gęsia skórka na samą myśl |
Od Magdeburga zaczynam szukać jakieś stacji żeby się zatrzymać, odpocząć i zapodać currywursta z kartoffelsalat. Bezskutecznie. Wszystkie parkingi zawalone, albo pojedyncze miejsce jest na osobówkę, a nie nasz ponad 8 metrowy zespół. W końcu udaje się stanąć na stacji przed polską granicą, ale tam już nic nie zjemy, bo za późno. Granicę przelatujemy sprawnie, ale zaraz potem wpadamy w ciąg nawałnic jakie przetaczają się przez Polskę. Ściana wody z nieba, błyskawice, a na poboczach porozbijane auta. Armageddon.
Stacja benzynowa po zjeździe z autostrady w Buku zalana, a właściwie przez stację płynie potok.
Podobnie wygląda sytuacja w Niepruszewie, tyle że tam droga bardziej przypomina Ganges. Intensywny deszcz spłukał z pól na drogę piasek i żwir, i drogą płynie brunatna rzeka, wyrzucana spod kół jadących z naprzeciwka aut. Samochód pod domem wygląda jakby wrócił z niezłej błotnej przeprawy.
Ciekawostki:
Normandia - piękna kraina, gdzie czasem ma się wrażenie, że czas się zatrzymał grubo ponad 100 lat temu. Kamienne wioski i miasteczka mają swój niepowtarzalny urok. Do tego perełki jak Rouen czy Honfleur, które najbardziej nas zaskoczyły, a tym samym utkwiły w pamięci. Warto tam jechać i eksplorować jeszcze bardziej. Polecamy francuską komedię z 2008roku "Jeszcze dalej niż północ" (fr. Bienvenue chez les Ch'tis).
Język, ludzie - fakt, francuzi są bufonowaci i rzadko kiedy posługują się językiem innym niż ich ojczysty. Od czego jednak tłumacz google. Poza tym będąc przygotowanymi na ich bufonowatość, jakoś łatwiej było to znieść. Choć na początku młoda siksa, kelnereczka mnie zgrzała, potem im odpuściłem.
Pogoda - szkoda, że padało, ale tam ponoć to normalne. Pierwotnie mieliśmy jechać na przełomie kwietnia i maja. Nie udało się, co mnie nawet ucieszyło, bo pomyślałem sobie "pod koniec maja pogoda będzie stabilniejsza i będzie cieplej". No cóż, momentami w czasie deszczu temperatura spadała do 11°C, najcieplej było 18°C. Nie liczę Antwerpii na początku podróży, gdzie temperatura doszła może nawet i do 24°C. Nie wiem co by było miesiąc wcześniej. Na szczęście w pierwszej połowie podróży udawało się jakoś przed deszczem uciekać. Ania wykazała się dużą dzielnością, na panujące temperatury i konieczność zakładania przeciwdeszczówki.
Knajpy - to, że knajpa jest pusta, wcale nie znaczy, że są w niej wolne miejsca, Często knajpy otwierają się o 18 lub 19 i mają zarezerwowane stoliki przez tubylców. W odróżnieniu od Polski, tam nie rezerwuje się stolika na posiłek, tylko na datę. A że knajpa jest czynna od 18-23 to stolik jest zajęty cały czas. Przy stole się biesiaduje. Każdorazowo, gdy udało nam się dostać stolik w pustej knajpie, to po 15-30 minutach cały lokal był pełny. Ceny raczej umiarkowane. Porcja muli to koszt 15-18 EUR więc bardzo przystępnie. Ryba, czy mięcho to już koło 20-25 EUR
Noclegi - mimo, że mieliśmy namiot, nie zdecydowaliśmy się ani razu. Czasy kiedy można było znaleźć nocleg dla 2 osób, na booking.com, w cenie do 50EUR, chyba już bezpowrotnie minęły. Niemniej tragedii nie było. Najtańszy nocleg za ok 60 EUR, najdroższy, ale ze śniadaniem i 10minut z buta od shuttlebusa do Sant Michel to ok 110EUR. Było drogo, ale nie żałowaliśmy żadnego wydanego centa. Zwróciło się to w możliwości zostawienia całego majdanu motocyklowego, na czas naszego zwiedzania, oraz rozmowie z przeuroczą właścicielką, która przyznała że ma polskie korzenie.
Bezpieczeństwo - na pierwszym noclegu we Francji w Calais, miałem sporo wątpliwości. Każdy chyba pamięta obrazki w mediach z obozu uchodźców. Apartament mieliśmy w bloku przy plaży (czy to nie francuzi wynaleźli technologię wielkiej płyty?), parking typu osiedlowy, dookoła większość ludzi to kolorowi. Ale może to szczęście, a może jednak nie ma tragedii. Raz tylko w Rouen, zaczepiła mnie starsza, biała kobieta widząc, że przestawiam motocykle, żebym uważał, bo to bardzo niebezpieczna okolica i coś może zginąć. Ewidentnie nie radziła sobie z napływem uchodźców z byłych, francuskich kolonii. Fakt, gdzieś jakiś niepokój we mnie był, jak nigdy wcześniej, gdy widziałem kolorowych wyrostków, przesiadujących na murkach. Ale obyło się bez przygód.