W czerwcowy weekend odwiedzili nas znajomi i pochwalili się że jadą z dzieciakami i znajomymi na Roztocze i Zamojszczyznę. Pierwszy przystanek planują w Kazimierzu Dolnym. Wprawdzie tereny są już nam znane z racji naszej wycieczki sprzed... 9 lat(!) ale... przecież mamy do zrealizowania talon na balon... a właściwie voucher na jazdy doszkalające dla Ani, które odbywają się w Puławach. Grzech ie skorzystać, przy okazji ja też się podszkolę w jeździe w bieliźnie. A co potem? To zależy jak się sytuacja rozwinie, czy może jeszcze jakieś granice otworzą, albo jak pogoda pozwoli.
Na razie czynimy przygotowania
27/06/2020
Pierwotny plan ruszenia w piątkowe popołudnie spalił oczywiście na panewce. Ruszamy w sobotę rano, jak na nas bardzo wcześnie bo już przed 10. Ania zaproponował żeby trochę podgonić i polecieć głównymi drogami na wschód. Głównymi nie oznacza autostradami. Sprawnie przejeżdżamy przez Poznań i starą drogą 92 lecimy w kierunku Konina. To była dobra decyzja, droga jest niezbyt obciążona ruchem, sobota i autostrada nieopodal robią swoje.W Koninie odbijamy na Tuliszków, Turek, by później przez Ozorków i Stryków ominąć Łódź górą.
Później docieramy do Rawy Mazowieckiej już poślednimi drogami. Na horyzoncie piętrzą się burzowe chmury, widać że niedawno spadł deszcz. Zmienia się krajobraz. Pola zastępują niekończące się sady. Jest niezwykle urokliwie, wszystko zadbane, kolorowe, jakże różne od tego co jeszcze przed chwilą widzieliśmy na trasie. Po drodze zahaczamy jeszcze w okolicach Jedlni o rodzinę ojca Ani. Mnóstwo wzruszeń, wspomnień, ostatni raz była tu pewnie ze 40 lat temu...
W końcu dojeżdżamy do Kazimierza, logujemy na naszym noclegu i ruszamy na poszukiwania znajomych oraz jakiegoś obiadu.
28/06/2020
pobudka, śniadanie i wsiadamy na nasze rumaki żeby popędzić na szkolenie. Po drodze jeszcze tankowanie i za chwilę słuchamy trochę teorii z dziedziny budowy silnika motocyklowego i zaczynamy kręcić ósemki na placu, z kierownicami skręconymi do ograniczników.
Jak się posłucha mądrzejszego to okazuje się, że nawet takie bydle jak bielizna potrafi całkiem sprawnie kręcić ciasne manewry. Na placu spędzamy ponad 6 godzin, żar leje się z nieba, a my tylko dokładamy kolejne manewry. Na końcu mamy zadanie przejechania między ustawionymi bramkami, ale niestety nie udaje mi się ani razu zmieścić na zadanej trasie bez podparcia . Zawsze zabraknie centymetrów na jednej z bramek. No nic... może jednak było za wąsko. pozostałe manewry jednak wychodzą bezbłędnie. Zdjęć brak, bo nie było czasu.
Po powrocie do Kazimierza Dolnego idziemy spełnić nasz obywatelski obowiązek, oddajemy głos i siadamy na zasłużonym posiłku.
29/07/2020
Opuszczamy Kazimierz Dolny i kierujemy się do Kozłówki do muzeum Zamoyskich. Oczywiście bocznymi drogami choć w pewnym momencie zjeżdżamy się z naszymi znajomymi jadącymi samochodem i do zespołu pałacowego dojeżdżamy już razem.
Dziś poniedziałek więc tradycyjnie muzea nieczynne. Ograniczamy więc naszą wizyte do spaceru po parku i ruszamy w kierunku Lublina. Po kilku kilometrach w oko uderza mnie jakiś owad. Boli jak cholera, staję żeby sradzić czy nic nie zostałeo i ostatnie 30km do Lublina pokonuję prawie po omacku. Z racji zdarzenia nasza wizyta w Lublinie ogranicza się do poszukiwania okulisty, który mógłby sprawdzić na ile zostało uszkodzone oko. Na szczęście tylko rogówka, która szybko się regeneruje. Po 2 godzinach mogę już w miarę dobrze funkcjonować
Z Lublina kierujemy się już na okolice Szczebrzeszyna gdzie mamy mieć kolejny nocleg w gospodarstwie. Po drodze ze względu na sporą czeredę dzieciaków zahaczamy jeszcze o słynny Nielisz. Nie znalazłem tylko Cycowa i Niemców. Ale podczas kąpieli zaczęły się gromadzić dość groźne chmury więc my zobiliśmy szybki odwrót i w ostatniej chwili uciekliśmy przed dwiema nawałnicami jakie się przetoczyły nad nami.
30/06/2020
Dziś w planach zwiedzanie. Zaczynamy od Szczebrzeszyna, gdzie chrząszcz brzmi w trzcinie... i to nie jeden...
Potem jedziemy do Zwierzyńca przejśc się kawałkiem Roztoczańskiego Parku Narodowego do Stawów Echo.
Kolejny punkt wycieczki to szumy na Tanwią
Z punktu widokowego rozpościera się ładny widok...
a to tylko połowa ferajny...
Wycieczkę kończymy nad jakimś jeziorem, w jakimś Majdanie... Sopockim
01/07/2020
Dzisiaj rozdzielamy się z ekipą. Oni jadą do Zamościa, my do Tomaszowa Lubelskiego. Przynajmniej taki jest pierwszy punkt wycieczki. Chcę zobaczyć dawny dom dziadków gdzie byłem... jakieś 45lat temu. No to jedziem...
kościół modrzewiowy w Tomaszowie Lubelskim
cerkiew prawosławna św. Mikołaja
Po przerwie na uzupełnienie płynów i lody ruszamy dalej w kierunku Tarnoszyna. Ta niewielka wioska pod ukraińską granicą w rodzinnych opowieściach przewija się nader często. Tutaj w marcu 1944 roku banderowcy wymordowali znaczną część mieszkańców, a wśród nich sporą część rodziny mojego ojca.
kościółek w Jarczowie
Zajechaliśmy na cmentarz.. i zrozumiałem dlaczego... tam co drugi grób to Nowaki. Ciężko było ale odnalazłem miejsce spoczynku pradziadków.
Niestety na tym nasz plan się zakończył. Nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. Szukaliśmy jakiejś miejscówki nad jeziorem, rzeką, ale chyba koronawirus wyciął część oferty noclegowej, po krążeniu pod ukraińską granicą i zjechaniu wzdłuż niej do Lubaczowa pognaliśmy do Sandomierza gdzie zdecydowaliśmy się na odrobinę luksusu.
Niestety wieczorny Sandomierz w środku tygodnia nawet w okresie wakacyjnym ma niewiele do zaoferowania, a byliśmy głodni po całym dniu jazdy w upale. Zanim trafiliśmy na stary rynek było juz po 22 i żadna knajpa nie oferowała już nic z kuchni. Jedyne co nam pozostało to nieśmiertelny kebab. Niestety tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia co w Chełmie 2 lata temu, bo jedyny kebab był oddalony około 2km od starówki... Co było robić... poszliśmy do libańczyka i zjedliśmy kebaba ;)
02/07/2020
Odpoczywamy od motocykli. Do południa, nie licząc śniadania, nie ruszamy się z wyra... na zewnątrz pada, więc za bardzo nie mamy ciśnienia. Dogadaliśmy się na kolejny nocleg więc też nie spieszy nam się do zmiany lokum. W końcu wynurzamy się z pokoju i próbujemy zwiedzać. Najpierw zamek, potem miasto, jakaś kawa, jakieś lody. Wspinamy się na bramę Opatowską, bo Ania twierdzi że nie była. Przekonuję ją że była, nawet zdjęcie znalazłem. W kolejnym lokalu próbujemy spróbować lokalnego wina i kolejny raz, ku naszemu zaskoczeniu, bez sukcesu. Trudno to pojąć że na Starym Rynku w knajpach nie serwują tutejszych wyrobów winiarskich. Ktoś chyba słabo działa marketingowo.
Czekając aż dojadą nasi znajomi zwiedzamy jeszcze podziemia starego miasta, z których 90% zostało zasypanych. W końcu siadamy wspólnie na obiedzie doświadczając kolejny raz marności tutejszej oferty gastronomicznej zarówno pod względem jakości jedzenia jak i obsługi.
03/07/2020
Wczoraj wracając wieczorem do pokoju okazało się że nasza noclegownia zapełniła się ważnymi osobistościami. Ponieważ nie jesteśmy stałymi bywalcami serwisów plotkarsko-kulturalnych niespecjalnie zwróciliśmy uwagę na towarzystwo. Dziś przy śniadaniu okazało się, że to my jesteśmy większą atrakcją dla elity kulturalnej kraju, niż oni dla nas. No cóż, taka jest cena życia bez telewizora od prawie ćwierć wieku.
Plan ja zwykle był inny, ale nasi sąsiedzi, będący organizatorami festiwalu niezwykłego, przekonali nas żeby zostać jeszcze jeden dzień w Sandomierzu. Zostać nie znaczy nie wsiąść na motocykle. Ruszamy więc w kierunku Ujazdu zobaczyć monumentalny zamek/ rezydencję Krzyżtopór. Oj robi wrażenie, choć chyba jeszcze większe brak szczęścia w historii tego miejsca. Służył Ossolińskim może z 30 lat za rezydencję później, pomimo kilkukrotnej zmiany właścicieli sukcesywnie popadał w ruinę.
Rozmach projektu oraz ciekawostki w rodzaju szklanego stropu jadalni z umieszczonym powyżej akwarium świadczą o niebanalnej wyobraźni fundatora. Była to największa budowla pałacowa w Europie przed powstaniem Wersalu.
Z Ujazdu kierujemy się do Ćmielowa. Ania, miłośniczka prac manualnych koniecznie chce odwiedzić fabrykę porcelany. Dojeżdżamy tuż przed burzą, kolejny raz udaje nam się uciec tego dnia przed deszczem. Niestety wycieczka przed nami jest dość spora i musimy czekać na kolejne wejście. Trudno, ale przynajmniej przeczekamy deszcz i możemy w spokoju popodziwiać tutejsze wyroby które wciąż są wytwarzane tradycyjnymi metodami ręcznie.
Ostatnim punktem wycieczki jest jakaś lokalna winnica, gdzie wreszcie udaje się Ani posmakować lokalnych wyrobów i zakupić butelkę na użytek własny.
04/07/2020
Czas opuścić rewiry ojca Mateusza.
Nie spieszy nam się do domu, ale tutejszych klimatów już nam wystarczy i trzeba ruszyć gdzieś dalej.
Ponieważ nie mieliśmy jak dotąd szczęścia do wypoczynku nad wodą, postanawiamy spędzić ostatnie dni wolnego nad zalewem Sulejowskim. To największy zbiornik wodny centralnej Polski. W promieniu co najmniej 100km nie ma nic innego, tak dużego. Spodziewamy, że takie miejsce obfitować będzie w bazę turystyczną na przyzwoitym poziomie. Nie mamy wielkich wymagań, bo chcemy rozbić namiot, ale dostęp do ciepłej wody i czyste sanitariaty są dla nas niezbędne. Początkowo zajeżdżamy do Zarzęcina. Specjalnie wybieramy tą stronę zbiornika, żeby mieć możliwość cieszenia się popołudniowym słońcem na plaży. Niestety jedyne pole namiotowe to port jachtowy, z zakazem kąpieli, planowaną na wieczór dyskoteką i jako takimi sanitariatami. Opinie w necie nie zachęcały. Wszystko sprawia wrażenie wolnej amerykanki. Jedziemy dalej do Smardzewic. Ponieważ robi się późno, siadamy w plażowej smażalni, gdzie żywi się chyba cała plaża. Co się dziwić, to jedyny otwarty „lokal” przy plaży. Kombinujemy co dalej. Obdzwaniam kilka miejscówek, znajduję kolejne pole namiotowe, gdzie podjeżdżamy. Tu mam wrażenie jeszcze większa degrengolada jak w Zarzęcinie. Jesteśmy już trochę zmęczeni więc podejmuję decyzję o noclegu w jakimś pensjonacie, który minęliśmy po drodze. Ania mocno niepocieszona, bo bez dostępu do jeziora, ale ja już mam dość. Chcę zrzucić ciuchy, wziąć prysznic. Wyjeżdżając z pola namiotowego Ania na piachu wywraca motocykl, co jest kolejnym przyczynkiem do złęgo samopoczucia. Wieczorem idziemy nad jezioro. Jest kawałek, a ja dla rozluźnienia atmosfery wylewam na Anię pół butelki soku. Jest pięknie.
05/07/2020
Zwlekamy się z wyra. Uciekamy stąd. Hałas z drogi, daleko do plaży, nie o to nam chodziło. Podejmujemy męską decyzję, wracamy na pole namiotowe w Treście. Jest niedziela, więc szansa, że przynajmniej wieczorem nie będzie dyskoteki. Szukamy miejsca gdzieś blisko wody, udaje się, rozbijamy namiot i idziemy wypożyczyć rower wodny. Pole trochę zatłoczone, do sanitariatów strach się zbliżyć, ciepła woda jest podobno, ale chyba nikt jej nie widział. Uciekamy na środek zalewu korzystając bardziej z kąpieli słonecznej niż wodnej. Kolor, przejrzystość i temperatura niezbyt zachęcają do kąpieli. Jednak ze względu na skwar wskakuję kilka razy, Ania też decyduje się zanurzyć. Po prawie 3 godzinach na wodzie, w towarzystwie wszechobecnych wyjących skuterów wodnych, spieczeni jak raki, wracamy do namiotu zaskoczeni wyobraźnią rodaków, którzy zaparkowali samochód centralnie przed naszym namiotem. No nic, kultura to coś co widocznie tu jeszcze nie dotarło.
Żebym mógł coś zjeść musimy udać się do Smardzewa, do knajpy gdzie wczoraj jedliśmy. Na motocykl nie chce nam się wsiadać, więc ruszamy piechotą na dłuuuugi spacer. Po kilku kilometrach walki z komarami siadamy na grillowanej rybie. Szału nie ma, ceny jak na Batorym, kucharz bez żenady przyznaje, że brak im konkurencji. Wracamy na nasze pole i stajemy jak wryci. Pole jest puste, prawie wszyscy wyjechali, a obok nas rozbiła się nowa AT w towarzystwie ER-6. Okazuje się że to parka w Wrocławia, z którą spędzamy wieczór przy winie.
06/07/2020
Nasi sąsiedzi rano zapraszają nas na śniadanie. Później oni szybko zwijają mandżur i ruszają w trasę a my delektujemy się jeszcze chwilę ciszą, spokojem. Niespiesznie zaczynamy pakować nasz dobytek, obmyślać trasę.
W okolicach zbiornika Jeziorsko znalazłem jakiś nowy ośrodek, gdzie liczę że uda nam się zjeść coś przyzwoitego. Okolice Łodzi to mordęga. Tłoczno, roboty drogowe i jeszcze zaczyna coś kapać z nieba. Niestety znaleziona miejscówka jeszcze nie ruszyła, i nie nacieszymy oczu widokiem wody znad talerza. Jedziemy więc dalej niespiesznie w kierunku domu, drogami niekoniecznie prowadzącymi prosto do celu.



