Dzień pierwszy, 15/07/2010
Godzina 8 rano. Właśnie odstawiłem samochód do mechanika i pełni mieszanych uczuć wyruszamy na południe Polski. Cel Kotlina Kłodzka.Ponieważ trasa najlepsza nie znaczy dla nas najkrótsza, omijając giełdę w Przeźmierowie wypadamy na drogę na Buk. Lecimy przez Grodzisk Wlkp. do Wolsztyna, gdzie skręcamy na Głogów. Tu, na stacji benzynowej, pierwszy przystanek, uzupełnienie płynów, chwila wytchnienia w strumieniach chłodnych powiewów klimatyzacji. Niestety temperatury panujące na zewnątrz skutecznie zniechęcają do kluczenia uliczkami tego miasta. Dodatkowo na drogach cały czas spory ruch, mnóstwo TIR-ów.
Na szczęście
przed nami kawałek dwupasmówki, więc jest szansa, że trochę się
rozluźni.
Mijamy Legnicę i kierujemy się na Jawor. Po kliku próbach
udaje się wreszcie zaparkować przy parku Pokoju w Jaworze, w środku
którego, stoi perła tego miasta, przepiękny ewangelicki kościół z XVII
w. – prawdziwe cacko, które trudno opisać słowami.Po zwiedzaniu i zachwytach czas zastanowić się, co dalej. Krótka dyskusja i pozostajemy przy pierwotnych planach, czyli rezygnujemy z trasy przez Szklarską Porębę. Ruszamy i od razu mylimy drogę. Trzeba zawrócić, zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz. Odnajdujemy drogę na Strzegom i Świdnicę; mijamy Dzierżoniów. W Bielawie, znowu popełniam jakiś błąd i chyba, choć do dziś nie jestem tego pewien, skręcamy nie tam gdzie trzeba.
Jesteśmy już mocno zmęczeni, a droga zaczyna się mocno wić w górę ostrymi zakrętami. Asfalt nie jest najwyższej jakości, a dodatkowo od Dzierżoniowa zaczyna delikatnie padać. Oboje lekko się „spinamy”, wymagająca droga plus nasze zmęczenie to nie jest dobry koktajl.
Wspinamy się naszym V-Stromem coraz wyżej, przez Góry Sowie i przełęcz Woliborską, a ja już zaczynam się zastanawiać co to będzie, jak droga zacznie spadać w dół. Ostre zakręty, często pełne piachu, mokra i dziurawa jezdnia, oprócz kilku krótkich wyremontowanych odcinków. Uff… udało się, lecz nie wiemy, gdzie jesteśmy. Oboje mamy już dość i marzymy, żeby zsiąść z motocykla i zrzucić motociuchy.
Na szczęście, Ania kojarzy informację o jakimś zalewie w Radkowie, więc kierujemy się tam. Wreszcie znajdujemy przystań dla naszych umordowanych ciał. Parkujemy motocykl przed małym domkiem nad samym zalewem, by po chwili zanurzyć się w jego wodach. Jesteśmy szczęśliwi.
Nie mamy ochoty wsiadać znowu na motocykl więc spacerujemy po zakupy do Radkowa, co w sumie zajmuje nam dwie godziny. Sam Radków jest klimaciarski. W drodze z zakupów lądujemy w uroczej knajpce na świeżo wędzonym pstrągu.
Dzień zamknął się 330km w siodle, zrobionymi w sumie w ponad 8 godzin i ok. 6km spacerem.
Dzień drugi, 16/07/2010
Pobudka 8 rano. W nocy była burza i lało. Wstajemy leniwie.
Podejrzewamy, że drogi wciąż są mokre, więc nie ma co się spieszyć,
chyba że przed palącym słońcem.
Ruszamy o 9.30.
Dzisiejszy plan: „droga 100zakrętów”, a przede wszystkim Błędne Skały. Odcinek drogi do parkingu przed Błędnymi Skałami rozczarowuje. Wczoraj trafiła się nam bardziej wymagająca trasa.
Wjazd na parking do góry dopiero za pół godziny. Decydujemy się zostawić motocykl tutaj i iść piechotą. Drapiemy się na górę, obserwując, w pewnym momencie, auta palące sprzęgła na ostry podjeździe i ciesząc się, że motocykl zostawiliśmy na dole. Robi się gorąco, jesteśmy na górze. Formacje skalne okazują się obłędne.

Przechodzimy trasę, przepuszczamy wycieczki, strzelamy multum fotek i
schodzimy na dół. Ruszamy do Kudowy Zdrój, gdzie zahaczamy o Kaplicę
Czaszek. Żar leje się z nieba, a z nas potoki potu. Jedziemy dalej na
autostradę sudecką. Przepiękna droga z dobrym asfaltem i zapierającymi
dech widokami. Oczywiście znowu musiałem pomylić gdzieś drogę i skręcamy
na Przełęcz Spaloną, przez którą przebijamy się do Bystrzycy Kłodzkiej.
Zaczyna doskwierać nam głód, jednak Bystrzyca nie powala nas, jedziemy
dalej do Polanicy Zdrój. Tu na pewno się zatrzymamy. Znowu zrzucamy
ciuchy i zanurzamy stopy w wodach Bystrzycy Dusznickiej.
Wreszcie
siadamy na dobrym obiedzie. Ruszamy do Radkowa przez Wambierzyce. Tam
zatrzymuje nas potężna Bazylika NMP. Szok! Teraz jest zamknięta, ale
wrócimy tam jeszcze tego samego dnia. Parkujemy pod naszą bacówką i
wskakujemy w wody zalewu. Po chwili znów wsiadamy na motocykl, żeby udać
się do Wambierzyc. Plecy nas bolą, ale damy radę. Pod bazyliką jesteśmy
21,01. Jest otwarta, ale trwa nabożeństwo. Około 21,50 zaczyna się
kilkuminutowa iluminacja całego zespołu świątyni, wraz z podniosłym Ave
Maria.
Czas zakończyć dzień. 160km tras o różnych stopniach trudności. Zasłużyliśmy na odpoczynek.
W Dusznikach wypadamy na drogę nr 8 i jedziemy już prosto do Kłodzka.
Parkujemy w centrum, gdzie z parkingowym gawędziarzem wymieniamy uprzejmości i idziemy zwiedzać miasto.
Kłodzko nas zachwyca swoją starówką, mostem św. Jana, podziemnymi korytarzami. Zdobywamy twierdzę, jednak odpuszczamy sobie korytarze Minerskie.



Jesteśmy zmęczeni upałem, czas coś zjeść. Po zrobieniu trzech kółek wokół rynku, udaje nam się znaleźć miejsce w upatrzonej knajpce. W trakcie obiadu zauważamy niebezpiecznie czerniejące niebo. Spada kilka pierwszych kropel deszczu.
Szybka decyzja, jedziemy do Złotego Stoku, może uda się uciec przed burzą i ją ominąć. Znowu wymiana grzeczności z parkingowym i ruszamy. W Złotym Stoku, zaczyna padać. Skręcamy na stację benzynową i trzy minuty później zaczyna się godzinna nawałnica z gradobiciem, piorunami i deszczem padającym poziomo. Dla urozmaicenia pobytu na stacji, miejscowe pijaczki wszczynają bójkę między sobą przy naszym motocyklu. Jest niewesoło, kończy się przyjazdem karetki i policji, a sprawcy i poszkodowani ulatniają się. Przestaje padać, policjant żartobliwie pyta: - dokąd płyniecie?
Chcieliśmy odwiedzić dzisiaj jeszcze Lądek Zdrój, ale „w tych okolicznościach przyrody” dajemy sobie spokój, tak samo jak odpuszczamy zwiedzanie Złotego Stoku. Byle szczęśliwie dostać się na do Radkowa. Ruszamy najkrótszą trasą. Przed Kłodzkiem znowu zaczyna padać, raz mocniej, raz słabiej. Oczywiście wszystkie nieprzemakalne podpinki zostały na kwaterze. Mamy wprawdzie stroje kąpielowe przy sobie, ale nie poprawia to naszego samopoczucia. W moich niby nieprzemakalnych butach czuję jezioro, ale przecież część wody mogła się wlać od góry, niemniej tracę wiarę w ich wodoodporność. W końcu szczęśliwie docieramy do celu. Przemoknięci, zmarznięci, ale szczęśliwi. Gospodarze ratują nas tytkami herbaty, żeby się rozgrzać. Czas też zjeść jakiś ciepły posiłek. Ciekawe co przyniesie jutro.
W sumie zrobiliśmy dziś około 100km.
Całą noc lało. Budzę się koło 8, nadal leje. O 10 też leje. Wg prognoz
ma się wypogodzić koło południa. Niestety leje dalej, zaczynam tracić
nadzieję, że przestanie. Na szczęście ciuchy udało się nawet nieźle
wysuszyć - jak dobrze że lodówka też grzeje. Powinniśmy ruszyć na
północ, żeby choć część trasy do domu pokonać jeszcze dziś. W końcu koło
14 decyduję, że jedziemy w deszczu. Przed 15 żegnamy się z
gospodarzami i wsiadamy na motocykl. Drogi mokre, z nieba leci, a bluzgi
spod kół mijających nas samochodów dopełniają szczęścia. Dzięki
dodatkowym foliowym skarpetkom mam suche stopy. Gustowne zabezpieczenia
moich butów taśmą do pakowania niewiele pomaga. Dojeżdżamy do
Wałbrzycha. To miasto nawet nazwę ma przygnębiającą. Reszta jest tylko
dopełnieniem. Tankujemy paliwo i pani kasjerka podpowiada, żeby szukać
knajpek w Szczawnie-Zdroju. W końcu dziś nawet śniadania za bardzo nie
zjedliśmy, bo na mokro nie chciało nam się jechać do sklepu.
Podwałbrzyski kurort nas zaskoczył, choć nie było czasu na zwiedzania, a
aura też nie sprzyjała.
Po sutym i rozgrzewającym posiłku wsiadamy znów
na motocykl i kierujemy się na Legnicę. Pierwotnie mieliśmy jechać do
Kalisza, ale przesuwająca się na wschód fala deszczów zweryfikowała
plany. Jedziemy do Zielonej Góry, do której mamy jeszcze 150km. Ruszamy o
18, mijamy szybko Legnicę, Lubin, Polkowice. Droga wreszcie sucha.
Jeszcze raz upewniam się czy jedziemy do Zielonej, czy skręcamy na
Poznań. Decyzja „Monte Verde”, którą osiągamy około 20.
Szybka konsultacja telefoniczna w sprawie noclegu i lądujemy w hoteliku przy Starym Rynku, a co, raz się żyje! To miasto jak zawsze mnie zaskakuje, choć znam je od 20 lat. Urocze deptaki wypełnione ludźmi, mimo późnej niedzielnej pory, odnowione kamieniczki, porządek, spokój, brak wszechobecnego w Kotlinie Kłodzkiej „menelstwa”. Siadamy przy kawie i dostajemy głupawki ze szczęścia, że wreszcie sucho i ciepło.
Ruszamy o 9.30.
Dzisiejszy plan: „droga 100zakrętów”, a przede wszystkim Błędne Skały. Odcinek drogi do parkingu przed Błędnymi Skałami rozczarowuje. Wczoraj trafiła się nam bardziej wymagająca trasa.
Wjazd na parking do góry dopiero za pół godziny. Decydujemy się zostawić motocykl tutaj i iść piechotą. Drapiemy się na górę, obserwując, w pewnym momencie, auta palące sprzęgła na ostry podjeździe i ciesząc się, że motocykl zostawiliśmy na dole. Robi się gorąco, jesteśmy na górze. Formacje skalne okazują się obłędne.
Czas zakończyć dzień. 160km tras o różnych stopniach trudności. Zasłużyliśmy na odpoczynek.
Dzień trzeci, 17/07/2010
Pobudka ok. 8,30. Tej nocy nie padało, więc żar z nieba leje się od samego rana. Pierwotnie chcieliśmy przenieść się z ostatnim noclegiem w okolice Złotego Stoku, jednak przy śniadaniu postanawiamy zostać tu jeszcze jedną noc. Jak się później okaże, na całe nasze szczęście. Czas zwiedzić Kłodzko i Złoty Stok. Do Kłodzka jedziemy mocno okrężną trasą. Wprawdzie mamy założenie ominąć wszystkie „białe” drogi, ale za Karłowem skręcamy na Duszniki i znowu telepiemy się serpentynami, o pośledniej jakości asfalcie.W Dusznikach wypadamy na drogę nr 8 i jedziemy już prosto do Kłodzka.
Parkujemy w centrum, gdzie z parkingowym gawędziarzem wymieniamy uprzejmości i idziemy zwiedzać miasto.
Kłodzko nas zachwyca swoją starówką, mostem św. Jana, podziemnymi korytarzami. Zdobywamy twierdzę, jednak odpuszczamy sobie korytarze Minerskie.
Jesteśmy zmęczeni upałem, czas coś zjeść. Po zrobieniu trzech kółek wokół rynku, udaje nam się znaleźć miejsce w upatrzonej knajpce. W trakcie obiadu zauważamy niebezpiecznie czerniejące niebo. Spada kilka pierwszych kropel deszczu.
Szybka decyzja, jedziemy do Złotego Stoku, może uda się uciec przed burzą i ją ominąć. Znowu wymiana grzeczności z parkingowym i ruszamy. W Złotym Stoku, zaczyna padać. Skręcamy na stację benzynową i trzy minuty później zaczyna się godzinna nawałnica z gradobiciem, piorunami i deszczem padającym poziomo. Dla urozmaicenia pobytu na stacji, miejscowe pijaczki wszczynają bójkę między sobą przy naszym motocyklu. Jest niewesoło, kończy się przyjazdem karetki i policji, a sprawcy i poszkodowani ulatniają się. Przestaje padać, policjant żartobliwie pyta: - dokąd płyniecie?
Chcieliśmy odwiedzić dzisiaj jeszcze Lądek Zdrój, ale „w tych okolicznościach przyrody” dajemy sobie spokój, tak samo jak odpuszczamy zwiedzanie Złotego Stoku. Byle szczęśliwie dostać się na do Radkowa. Ruszamy najkrótszą trasą. Przed Kłodzkiem znowu zaczyna padać, raz mocniej, raz słabiej. Oczywiście wszystkie nieprzemakalne podpinki zostały na kwaterze. Mamy wprawdzie stroje kąpielowe przy sobie, ale nie poprawia to naszego samopoczucia. W moich niby nieprzemakalnych butach czuję jezioro, ale przecież część wody mogła się wlać od góry, niemniej tracę wiarę w ich wodoodporność. W końcu szczęśliwie docieramy do celu. Przemoknięci, zmarznięci, ale szczęśliwi. Gospodarze ratują nas tytkami herbaty, żeby się rozgrzać. Czas też zjeść jakiś ciepły posiłek. Ciekawe co przyniesie jutro.
W sumie zrobiliśmy dziś około 100km.
Dzień czwarty, 18/07/2010
Szybka konsultacja telefoniczna w sprawie noclegu i lądujemy w hoteliku przy Starym Rynku, a co, raz się żyje! To miasto jak zawsze mnie zaskakuje, choć znam je od 20 lat. Urocze deptaki wypełnione ludźmi, mimo późnej niedzielnej pory, odnowione kamieniczki, porządek, spokój, brak wszechobecnego w Kotlinie Kłodzkiej „menelstwa”. Siadamy przy kawie i dostajemy głupawki ze szczęścia, że wreszcie sucho i ciepło.
Dzień piąty, 19/07/2010
Pobudka 8 rano. W Poznaniu musimy niestety być przed 12 w południe, żeby
odstawić motocykl do salonu. Za oknem błękit nieba, słońce i o. 18°C.
Zbieramy nasze manele, pakujemy motocykl i ruszamy za róg żeby coś
przegryźć i wypić poranną kawę. W końcu opuszczamy słoneczną Zieloną
Górę i kierujemy się na Poznań. Do Sulechowa droga szeroka i niestety
zatłoczona. Skręcamy na Wolsztyn, mijamy tą stolicę parowozów i starą
drogą na Poznań lecimy przez Opalenicę i Buk. Jest ładniej, prawie
pusto, jakoś tak zapomniana ta droga, dla nas to dobrze.
O 11,30 lądujemy na stacji benzynowej koło domu. Tankuję paliwo, opłukuję motocykl z drogowego syfu i do domu. Szybko rozpakowujemy sprzęt i doprowadzamy go do porządku.
O 11,30 lądujemy na stacji benzynowej koło domu. Tankuję paliwo, opłukuję motocykl z drogowego syfu i do domu. Szybko rozpakowujemy sprzęt i doprowadzamy go do porządku.
Co nas kręci, co nas podnieca
Czas niestety pożegnać się z naszym V-Stromem. Na naszych polskich
dziurawych drogach, sprawdził się idealnie. Mimo niewielkiego silnika i
dwóch osób na pokładzie z bagażami, dzielnie i bez wysiłku dawał sobie
radę na serpentynach. Zaskoczyło mnie spalanie poniżej 5l/100km. Biały
kolor dodatkowo dodawał mu szyku i powodował ostrożniejszą jazdę
współużytkowników drogi, przekonanych że jesteśmy patrolem policyjnym.
To była nasza pierwsza „wielka” wyprawa, na nieznanym motocyklu, jakże innym od naszej Hondy Shadow, którą poruszamy się na co dzień. Miał to być sprawdzian naszych możliwości i umiejętności. Mimo gnębiących nas przez pierwsze dni zakwasów mięśni, o których nawet nie mieliśmy pojęcia że istnieją, wiemy że podróże motocyklowe to jest to „co nas kręci, co nas podnieca”.
To była nasza pierwsza „wielka” wyprawa, na nieznanym motocyklu, jakże innym od naszej Hondy Shadow, którą poruszamy się na co dzień. Miał to być sprawdzian naszych możliwości i umiejętności. Mimo gnębiących nas przez pierwsze dni zakwasów mięśni, o których nawet nie mieliśmy pojęcia że istnieją, wiemy że podróże motocyklowe to jest to „co nas kręci, co nas podnieca”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz