piątek, 20 marca 2026

202509 Słowenia

30.08.2025

Pierwotny plan wyjazdu jeszcze w piątek spalił na panewce, ze względu na serwisowe komplikacje motocykla Ani. Niestety, przy okazji serwisu wyszły jakieś niedoróbki i motocykl odbieraliśmy dopiero w piątek popołudniu. Pakowanie, na szczęście, udało nam się już ogarnąć, więc była szansa, że wyruszymy wcześnie rano w sobotę.





Tym razem plany pokrzyżowała pogoda, ponieważ od rana mocno padało i ruszyć udało się dopiero koło 11. Trasę wyznaczył OSMAND, który chyba czegoś się nauczył, ponieważ nie ujął w planie nie tylko wyłączonych autostrad, ale również ekspresówek. 



Do granicy w Lubawce dojechaliśmy drogami, których wcześniej nie znaliśmy. Zakładaliśmy, że dojedziemy pod czesko-austriacką granicę. Tutaj też, w odróżnieniu od wyprawy sprzed 5 lat, nawigacja poprowadziła bocznymi drogami. Temperatury oscylowały wokół 20°C, puste drogi sprawiły, że jechało się bardzo przyjemnie, a Ania zaczęła nawet przebąkiwać, że można by podciągnąć do Wiednia. Niestety koło 20, w Znojmo zaczęło padać. 
 


 



Zweryfikowaliśmy prognozy i wiedzieliśmy, że nie ma co się pchać dalej. Wiedeń tonie w deszczu i jutro ma być podobnie. Ogarnęliśmy nocleg w okolicy i knuliśmy drogę na kolejny dzień, by nie wpaść w burzowy front.



31.08.2025

Około 10 ruszamy w lekkim deszczu w kierunku Eggenburg.


coś się ma krótkie nóżki


Wyznaczyłem trasę przez Mariazell, gdzie 9 lat temu nocowaliśmy, podczas naszej podroży, gdy pierwszy raz jechaliśmy na wyprawę dwoma motocyklami. W Sankt Pölten gaśnie mi nawigacja. Okazuje się, że zapomniałem podłączyć ładowanie telefonu. Kierując się drogowskazami jedziemy na Mariazell drogą nr 20. Plan był na trochę pośledniejsze drogi, ale... cóż robić. Tam robimy przerwę na kawę i lody.


 
 

jakiś zlot miłośników starych opli nam się trafił, ktoś ma hopla na punkcie opla

 










Jest niedziela, więc nie ma ruchu ciężkiego sprzętu, za to chmary motocyklistów, miłośnicy starych samochodów i cykliści.


chwila przerwy, co by łańcuch Ani nie chlastał po plecach

Odbijamy z głównej drogi na Turnau, a potem na Birkfeld drogą L114. Znaki informują, że droga w Fishbach jest zamknięta, ale niezrażeni jedziemy dalej. Faktycznie, odbywa się tam wielki festyn i na rogatkach stoi straż pożarna. Oczywiście nie ma możliwości objazdu, bo to górska pipidówa. Na szczęście dogaduję się ze strażakiem i nas puszcza, tylko mamy „sehr langsam und achtbar fahren”











Ufff… oszczędzamy w ten sposób kilkadziesiąt km i dalej omijając Graz, przez Gleisdorf docieramy do Mariboru, gdzie nocujemy.

 

Nie wiem dlaczego uparłem się na Maribor. Może dlatego, że jak cała Słowenia, traktowany jest zawsze tylko tranzytowo. W sumie ładne, nieduże miasteczko nad rzeką. Tylko czy w kraju mniejszym niż województwo podlaskie mogą być duże miasta? Na dodatek rośnie tam najstarsza na świecie winorośl, której wiek jest szacowany na ponad 400 lat
 
 

najstarsza winorośl świata
 

 BMW???? pewnie dealer






oko na widelcu



01.09.2025

Dziś ma być lajtowo. Prognozy na wtorek w Bled są takie sobie, ma padać, więc odpuszczamy i wybieramy Laško. Ale żeby nie było za łatwo i za szybko jedziemy drogą nr 1 na Dravogard, a potem 112 do Črna na Koroškem, gdzie odbijemy na Koprivna, by wspiąć się na Solčava Panoramic Road









 
Niestety, w górach po kilkuset metrach mamy zonk. Skończył się asfalt i zaczął szuter, czasem dość „grząski”. Biorę motocykl Ani i ruszam pod górę, żeby sprawdzić czy brak asfaltu jest chwilowy czy to standard tej drogi.


Wracam z minorową miną, bo asfaltu nie znalazłem. Debatujemy co dalej. Para zjeżdżających z góry Niemców nie nastraja nas optymistycznie, bo widać, że walczą. Ja jestem obładowany, Ania nie lubi luźnych nawierzchni, odpuszczamy i wracamy na asfalt. Uzupełniamy paliwo i robimy przerwę na kawę, szukając alternatywnej drogi. Ania proponuje wrócić do Austrii i ponownie zaatakować góry w kierunku Słowenii]. Droga 698 okazuje się kręta, wąska z nachyleniem rzędu 18%. Znowu jesteśmy w AT i w St. Stefan skręcamy na Globasnitz i dalej na Koprein Petzen. Zaczyna się hardcore, przy którym droga Solčavska to pikuś. Pniemy się szutrami w górę, gdzie każda serpentyna to przewyższenie rzędu kilku pięter. Z jednej strony pionowa ściana, z drugiej kilkunastometrowa przepaść. O dziwo mijają nas dwa samochody (terenowe) i 3 rowerzystów. Motocyklistów tam nie było. Wdrapać się jakoś dało, ale lekko przeraża mnie droga w dół. O dziwo i na szczęście, na szczycie nagle pojawia się asfalt, jesteśmy uratowani. Ostrymi serpentynami mkniemy w dół. Kilkanaście minut później jesteśmy znowu w Słowenii. 












 
 





















 

Nie kombinując już więcej, w tym, w zamierzeniu, lajtowym dniu, jedziemy do Lasko. Po dotarciu, ponownie zastanawiamy się skąd wziął się pomysł nocowania w tym miejscu.








02.09.2025

Dziś też się zastanawiamy co nas skłoniło, by się tu zatrzymać na 2 noce. Może fakt, że to stare uzdrowisko, z wodami termalnymi. Problem w tym, że tej starej uzdrowiskowej architektury, znanej z Polski, Czech czy Niemiec tutaj nie uświadczysz. Może komuna to zaorała, a może przemiany lat 90-tych lub wojna na Bałkanach. Ponieważ prognozy się zmieniły i tutaj też ma padać, to idziemy przeczekać deszcz w wodzie, czyli w tutejszych termach. Po ok. godzinie moczenia, zacząłem zastanawiać się jak wytrzymać kolejne dwie. Jednak rozpadało się i moje wątpliwości spłynęły wraz ze strugami deszczu. Pod wieczór zwiedziliśmy sobie Celje, ponoć najpiękniejsze miasto Słowenii.  Zdecydowanie lepiej wypadło niż Lasko, tym bardziej że się rozpogodziło. Nad miastem góruje zamek, na który nie omieszkaliśmy się wspiąć, przeklinając w duchu, czyj to był pomysł









zachciało nam się iść na górę











03.09.2025

 
Czas pojechać nad jezioro Bled zurokliwym kościółkiem na wyspie. Trasa, którą wytyczyłem nie wywołała entuzjazmu Ani, bo chciałem wrócić na Solčava Panoramic Road (droga 926). Pojechaliśmy więc na północ, robiąc drugie podejście w tym samym miejscu, co dwa dni wcześniej. Temperatura wahała się między 16 a 20°C, ale wiedzieliśmy, że nie zmarzniemy jadąc pod górę szutrami. Wprawdzie znowu miałem chwilę zwątpienia, bo w odróżnieniu od poprzedniego razu teraz było świeżo po deszczu. Nawet asfalty były jeszcze w większości mokre. Pojechaliśmy jednak i na Solčavskiej największym wyzwaniem okazał się świeżo wysypany żwir i sprzęt, który go dowoził lub rozprowadzał po drodze. Niespodziewanie też, za Podolševa zaczął się asfalt i znowu zjazd okazał się komfortowy. Trasa okazała się dużo łatwiejsza niż Luscha Landesstraße, przejechana dwa dni wcześniej. Dalej pognaliśmy serpentynami przez austriacki cypelek w kierunku Kranj i Bled. Ania próbowała coś protestować, bo na mapie dużo tych serpentyn, ale sama później przyznała, że nie zrobiły na niej wielkiego wrażenia. 



 


 









 
 


Po zalogowaniu się na noclegu, na lekko już pojechaliśmy do Bled na sesję zdjęciową i obiad. Samo miasteczko to skrzyżowanie Zakopanego z Międzyzdrojami. Czuć gruby pieniądz, tu biedy nie ma, za to ceny nieuzasadnienie wysokie, tłumy ludzi, blichtr i splendor.





04.09.2025

Dziś mniej motocyklowo, bardziej krajoznawczo. W planie wąwóz Vintgar, jezioro Bohinj i wąwóz rzeki Mostnica. Na Vintgar, parking dla motocykli jest tuż przy samym wejściu i na szczęście darmowy. Kierowcy samochodów nie mają takich luksusów. Zakładamy otrzymane kaski na głowy i kładką przyklejoną do ściany kaniony spacerujemy podziwiając płynącą pod nogami rzekę. Na powrót do motocykli wybieramy krótką ścieżkę (szkoda), żeby nie zabrakło czasu na resztę atrakcji.

Śniadanie na trawie, pełna dekadencja





























Tak po prawdzie, kolejny wąwóz Mostnicy, zrobił na nas jeszcze lepsze wrażenie niż rozreklamowany Vintgar. Petarda. Robi się późno więc jedziemy nad jezioro Bohinj i znowu podoba nam się bardziej niż Bled. Spokojniej, bez tłumów, bez wielkiej pompy, urokliwiej.

















 

















Dzień kończymy przy winku w Radovljica, miasteczku w którym nocujemy, które też okazało się perełką.









05.09

Piątek weekendu początek, a może wakacji? Tylko trzeba najpierw dojechać nad morze, bo co to za wakacje bez morza. Niestety dzień nie zaczął się szczęśliwie, bo Ania nie miała zbyt wiele czasu na poranny rozruch. W końcu wsiedliśmy na motocykle i bokami ruszyliśmy w kierunku Kranjska Gora.




Przy okazji podjechaliśmy pod najstarszy w Słowenii zamek, górujący nad jeziorem Bled. Cena za wejście skutecznie nas zniechęciła do kupna wejściówek i ograniczyliśmy się do fotek spod murów.






Droga 206 przez przełęcz Vrsic okazała się bardzo wymagająca. Od strony Krajnskiej Gory każdy zakręt serpentyny wyłożony był kostką granitową, na dodatek w kiepskim stanie. Dla Ani dodatkowym źródłem stresu była ilość samochodów  oraz motocyklistów szlifujących kolana na bruku. Na szczycie krótki postój na fotki, ale mina Ani nie wróżyła nic dobrego. 





 


Wprawdzie horda motocyklistów, która nas wyprzedziła, zdążyła ruszyć w dół, a ostatnie 25 serpentyn było już wyasfaltowane, ale nie poprawiało to mojej pozycji i co chwilę słyszałem wyrzut, że nie uprzedziłem. Tym bardziej, że niedługo potem zaliczyłem kolejną wtopę na przełęczy Mantgar. Wjazd okazał się płatny, Ania wkurzona powiedziała „to jedź”. No to , jako przykładny mąż, posłuchałem i pojechałem. I to był błąd, ale o tym przekonałem się po powrocie. 



 

No cóż, rzadko, ale ciche dni też się nam zdarzają. Droga na przełęcz to była wąska półka przyklejona do skał, bez barier ochronnych. Po drodze kilka tuneli wykutych w skali, czasem z zakrętem 90° tuż za tunelem. Wspinam się na wysokość ponad 2000m czując momentami, że będę miał pełne galoty. Na dole uprzedzili, że nie da się całości przejechać ze względu na osuwisko skalne i zamkniętą drogę. Dojeżdżam więc tak daleko jak się da, strzelam foty i wracam do Ani. A na dole czeka na mnie Marszałek Foch. Wystarczy na dziś tych atrakcji... jedziemy nad morze. Czas na kąpiele morskie i słoneczne oraz chwilę wytchnienia. Bukujemy nocleg w Umag w Chorwacji i podążamy tam bocznymi drogami, zahaczając przez chwilę o Włochy i Triest.



06.09.2025

Niestety nocleg zdecydowanie nie odpowiadał temu co było przedstawione w ofercie, ale mamy tu jeszcze jedna noc. Idziemy poplażować, popływać, cieszyć się słońcem i wodą, pochłaniając kolejne porcje lodów. Zastanawiamy się co dalej. Kierunek dalej południe, czy może zostać tu, bo mamy jeszcze do zaliczenia co najmniej Skocjankie Jamy. Niby można załatwić to na powrocie, ale sprawdzenie prognozy pogody szybko zweryfikowało nasze plany. Za kilka dni przez Istrię i Kvaerner miał przejść potężny front burzowy. Decyzja, że zostajemy w Umag, ale szukamy czegoś lepszego. Wieczorem podjeżdżamy sobie do urokliwego, słoweńskiego Piran na kolację.

  

Lenin wiecznie żywy

 


 










07.09.2025

Dziś czeka nas przeprowadzka do lokum 500m dalej, za to w pierwszej linii brzegowej i z widokiem na morze. Raz się żyje. Dzień nie obfituje w wydarzenia, bo znowu oddajemy się nic nierobieniu.







"miłość to nie pluszowy miś"






08.09.2025

Na dzisiejszy dzień mamy też przewidzianą plażę, ale szczególną. Jedziemy prawie 100km na południe na koniuszek Istrii, do parku narodowego Kamjenak. To nasza podróż sentymentalna, bo jeździliśmy tu z dziećmi jakieś 15 lat temu. Podobnie jak wówczas, wszystko pokrywa biały pył z drogi. Parkujemy motocykle i szukamy miejsca dla siebie na skałach. Po chwili zanurzamy się w krystalicznych wodach Adriatyku. Wieczór kończymy w Porec.






















09.09.2025

Czas na kolejne atrakcje w Słowenii. Dzisiaj ponoć ma padać to chyba nie ma lepszej opcji niż schować się w jaskiniach. Do wyboru jest szeroko reklamowana Postojna i trochę mniej skomercjalizowane, za to wpisane na listę UNESCO Skocjanske Jamy. Nie lubimy komerchy to jedziemy do tych drugich. Tuż przed granicą CRO-SL wpadamy w korek który udaje się sprawnie ominąć, dzięki posiadaniu 2oo. Jest pochmurnie, ale ciepło i wcale nie pada. Omijając autostrady jedziemy w kierunku jaskiń. Na parkingu ciuchy motocyklowe wrzucamy do kufrów i już na lekko idziemy zwiedzać. Jaskinia, jak jaskinia, kto już jakieś widział, na nim formy stalaktytowe czy stalagmitowe wielkiego wrażenia już nie zrobią, Sytuacja zmienia się, gdy dochodzimy do nurtu rzeki, o zastanawiającej nazwie Rjeka (ci to mają fantazję), która hucząc przetacza się przez jaskinię. Warto to zobaczyć i usłyszeć. Dodatkowo stare ścieżki wykute w skale, z zawieszonymi podestami, czy zwalonymi mostkami nadają aury tajemniczości i poczucie zwiedzania tolkienowskiej Morii. Niestety w samj jaskinii nie wolno robic zdjęć.




 
Po wyjściu z jaskini żegnamy się z przewodnikiem i ruszamy najdłuższą trasą powrotną do motocykli. Świetne widoki, kolejne jaskinie, a w dole Rjeka. Do Umag udaje się wrócić znowu omijając deszcze.
 


























  

10.09.2025

Dzisiejsze prognozy nie są zbyt optymistyczne. Media nadają alerty o gwałtownych ulewach, możliwych podtopieniach. Faktycznie wyczuwa się nerwową atmosferę w miasteczku i od wczoraj niektórzy zabezpieczali obejścia workami z piaskiem. Fakt, zaczęło padać, momentami trochę bardziej. Spodziewaliśmy się że ugrzęźniemy na cały dzień w apartamencie, jednak gdy tylko na chwilę przestało padać, ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu parasola, pamiątek, kawy i lodów. Trudno było  nazwać ten deszcz kataklizmem.


 

 

 






11.09.2025

Ostatnia szansa na utrwalenie opalenizny, więc jedziemy na plażę. Znaleźliśmy swoje miejsce w okolicy Sandrija spędzając czas na kąpielach słonecznych i morskich oraz podziwiając ławice ryb, które co jakiś czas postanowiły polatać. 


  









Wieczór spędzamy w Novigrad.

 

  

 





 

12.09.2025

Czas niestety się zbierać. 


 

 

 

Wyznaczyłem trasę do Graz, który podobnie jak Słowenia, zawsze był tylko tranzytem. Priorytetem było ominąć opady, autostrady, korki na granicy. Pojechaliśmy w głąb Istrii podziwiając w lusterkach widok na morze. Miejsce w którym przekroczyliśmy granice CRO-SLO wywołało dość żywe komentarze w interkomie. Asfaltu tam na pewno nie było i pewnie długo jeszcze nie będzie. Miałem wątpliwości czy to legalne przekroczenie, ale uspokoił mnie drogowskaz w Chorwacji do miasteczka po stronie słoweńskiej. 

 

 




 








 

 

 


za chwilę wjedziemy do Słowenii















Tym razem Słowenia to był już tylko tranzyt, a do Austrii wjechaliśmy ponownie pokonując serpentyny na Jezersky Vrh. Trochę rozluźnienia w dolinie zanim za Lavamünd droga ostro zaczęła się piąć w górę. Znowu byliśmy wysoko i mogliśmy podziwiać panoramę na dolinę rzeki Drawa. 

 









 






 






Graz okazał się kolejną perełką, to miejsce, gdzie koniecznie trzeba wrócić. Niezmiernie żałowaliśmy, że tak późno dotarliśmy i zabrakło czasu na dłuższe zachwyty. Wjechaliśmy windą pod zegar, zjedliśmy pyszną kolację w greckiej knajpie, praktycznie na każdym rogu opadały nam szczęki. "Jakby tego było mało, ku..sko się rozpadało"



 








13.09.2025

Ponownie staram się wyznaczyć trasę z pominięciem deszczowych frontów. W planach jest przejechanie ok 450km w kierunku Pilzna. Pogoda w Alpach dopisuje, robimy ponownie przerwę w Mariazell i trochę główniejszymi drogami jedziemy w kierunku CZ

 


Świeci słońce, na termometrze w porywach 22°C, jest ładnie. Liczyliśmy że starczy nam czasu na Czeski Krumlov ale niestety



Czasu nie starczyło nawet na Pilzno i lądujemy gdzieś obok, w środku niczego, ale ze śniadaniem i jeszcze w miarę rozsądnych pieniądzach. Jak tylko zaparkowaliśmy zaczęło padać.


 
 

14.09.2025

Tym razem nie ma szans na ominięcie deszczu. Bocznymi drogami jedziemy w kierunku Bogatyni. Deszcz raz siąpi, innym razem pada mocniej. Po drodze roboty drogowe z ruchem wahadłowym, 2 wypadki, w tym jeden bardzo poważny, a kolejny z motocyklistami. Gdy w końcu udaje się wydostać, trafiamy w środek jakiegoś wyścigu kolarskiego. Ironicznie pytam, „co jeszcze dzisiaj się wydarzy?” Na trójstyku granic, po stronie niemieckiej, słońce przebija się przez chmury i na horyzoncie widać niesamowitą poziomą tęczę. Po polskiej stronie kłębią się na wyrobiskiem kopalni czarne deszczowe chmury. Granicę przekraczamy w Radomierzycach, a Ania zaczyna mówi, że coś jej się nie podoba w dźwięku silnika. Robimy przerwę na rozgrzanie się i przeczekanie aż ciemne chmury kłębiące się na Polską pójdą w głąb kraju. Miejsce nie było jakieś super, ale przerwa była potrzebna, a Anię przekonało „napijesz się rosołu”.  Ruszamy dalej i kawałek za Zgorzelcem, w interkomie słyszę jakiś „gruby” zgrzyt, pytam co się dzieje „nie wiem, był hałas, silnik zgasł, nie chce odpalić”. Słabo, jesteśmy w prawym łuku, pod górkę, bez pobocza, za to ze skarpą. Na szczycie wypatruję jakąś boczną polną drogę, zeskakuje z motocykla i biegnę do Ani, bo nie wiem czy się dotoczy. Na szczęście udało jej się wbić luz i siłą rozpędu dotarła do skraju dróżki. Uffff… ale motocykl nie reaguje. Pozostaje laweta, do domu ponad 200km, na szczęście przestało padać. Laweciarz pojawia się po 1,5h i zabiera Anię z jej motocyklem. 


no to koniec wycieczki

w oczekiwaniu na lawetę



nasz wybawca
 

Ja wskakuję na swój motocykl i gnam do domu już sam, z krótką przerwą na rozgrzewkę w Nowej Soli.





Epilog

Nieprzewidziane zakończenie wakacji, powoduje że biorę dzień wolnego, busa od Leffa i jedziemy do dealera z paścią. Spotkanie z mechanikiem, który przygotowywał motocykl przed podróżą i… „no to spełnił się mój czarny scenariusz. Zrobiłem wszystko co było do zrobienia, sprawdziłem wszystko co mogłem, ale ciągle coś nie dawało mi spokoju.”

Jak to usłyszał sprzedawca to pobladł, a nas wziął wkurw, bo to znaczyło, że wydał motocykl którego nie był pewny, a wiedział, że jedziemy w długą trasę.

Diagnoza przyszła po kilku dniach, urwany zawór... Jak się okazało i poszperaliśmy w necie, nie byliśmy jedynym przypadkiem. Pierwsza seria silników miała jakąś wadę i producent wypuścił później poprawioną głowicę silnika. Ponoć importer przespał akcję serwisową, ponoć nie poinformował dealerów. Jaka jest prawda tego się nie dowiemy. Klasyfikacja silnika do wymiany w ramach gwarancji. Na nasze szczęście, dla Ani był to już koniec sezonu, bo na motocykl czekaliśmy w sumie 3 miesiące i dostaliśmy go z powrotem w połowie grudnia.

Niestety, mimo że Ani jeździ się nim świetnie, zdecydowanie lepiej niż X-Country, straciła zaufanie do motocykla.

Nowy silnik jest już po dotarciu i trafił z powrotem do dealera, na darmowy serwis po "pierwszym" tysiącu km, mimo że motocykla ma już nakulane prawie 14 000km.

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz