Niedziela, 24 czerwca 2018
Poprzedni dzień jeszcze
nam się nie zakończył. Po północy byliśmy na lotnisku w Kerkirze
czekając na odlot. Około 4 nad ranem wreszcie wystartowaliśmy, ale tego
żadne z nas już nie pamięta. Odpłynęliśmy zaraz po zapięciu pasów i
ocknęliśmy się po wylądowaniu w Warszawie 2 godziny później. Pociąg do
Bydgoszczy mamy dopiero o 8,30 więc kiblujemy na centralnym. Nie
przewidzieliśmy, że to pierwszy weekend wakacji i nie ma już miejsc w
pociągu, który docelowo jedzie nad morze. Trzeba było się szarpnąć na
pierwszą klasę ale co tam, raz się żyje a my mamy szansę trochę jeszcze
odrobić nieprzespaną noc. O 12,30 jesteśmy w Bydgoszczy gdzie zdajemy
relację z dotychczasowej podróży naszej rodzince, po czym zaczynamy się
przepakowywać na motocykle. O 16 znowu w trasie do… Warszawy. Pierwsze
120km udaje się pojechać bardzo bocznymi drogami, ale za Rypinem
decydujemy się na główniejsze drogi żeby nadrobić czas. Po 20,30
meldujemy się u znajomych na mecie we Wawrze, rozgrzewamy zupą i o 23
padamy do łóżka.

Poniedziałek, 25 czerwca 2018
Przesypiam
9h po czym zaczynam wytyczać drogę do Chełma. Mamy tam się spotkać z
forumowym Dziadkiem, od którego odbierzemy jakieś graty do X-Country
Ani. Budzę mojego śpiocha o 10,30. Niestety aura na zewnątrz nie
zachęca. Mokro, co chwilę coś leci z nieba. Koło 13 udaje nam się
wyruszyć. Ponieważ chwilę wcześniej lało wbijamy się w nasze
pomarańczowe kondomki. Ania mocno nieszczęśliwa próbuje coś protestować,
ale na szczęście niezbyt mocno. W sumie udało mi się wytyczyć całkiem
przyjemną trasę bocznymi drogami z pominięciem S-ek. Mijamy interesujące
miejscowości jak Wiśniówka, Wielgolas, Stara i Nowa Prawda, Krzywda.
Krótko przed 18 docieramy do Chełma i znowu zaczyna lać. Wypijamy kawę,
opowiadamy, bierzemy ostatnie wskazówki Dziadka co do poruszania się po
Ukrainie i szukamy noclegu w przyzwoitej cenie. W końcu idziemy coś
zjeść. Jednak jest poniedziałek, późno w nocy i lokale w większości już
pozamykane. Ratuje nas kebab ostatniej szansy, bo już wisiało realne
ryzyko noclegu na głodnego.
Wtorek, 26 czerwca 2018
Dla odmiany leje! Koło 10 świeci znowu słońce więc ruszamy w kierunku Dołhobycze. Na granicy przed nami 3 samochody. Rozpieszczeni strefą Schengen zapomnieliśmy już co to kontrola na granicy i czekanie na dobry humor pogranicznika. Na szczęście już po 2 godzinach mijamy ostatnią graniczną rogatkę i Ukraino Witaj! Tutaj już nie ma map online-owych, nie ma dostępu do sieci w trasie. Jest OSMAND którego nawigacyjnie słabo ogarniam co kończy się wylądowaniem w miejscowości Sokal. Drogi sa słabo oznakowane, nawierzchnia przypomina poligon po ćwiczeniach artyleryjskich i zaczyna padać. Pod jakimś drzewkiem decydujemy się wdziać kondomki co po chwili opłaciło się.
Z nieba spadła ściana wody. Ania klnie na deszcz, drogę i na mnie. Drogę wybieramy wg stopnia napełnienia dziury wodą. Zalana w miarę płytko, nie do końca zalana, lepiej ominąć bo można wpaść poniżej osi. Niewiele widać ale udaje się dotrzeć do trochę lepszej asfaltówki, a po chwili dojeżdżamy do Czerwonogradu. Tu wydaje się że nawet kropla nie spadła. Jedziemy dalej do Radziejowa po drodze zrzucają przeciwdeszczówki. Wbrew zapewnieniom Dziadka nie możemy znaleźć kantoru. Na stacjach nie wymieniają, w sklepach też nie, w końcu znajdujemy jakiś kantor przy markecie, a przy okazji zamieniamy parę słów z miejscowym.
Dalej jedziemy piękną i równą drogą na Brody, zadającej kłam wszelkim opowieściom o fatalnej infrastrukturze drogowej naszych pobratymców zza wschodniej granicy. Wpadamy nawet na krótki odcinek autostrady, ale zaraz po tankowaniu na stacji uciekamy drogą na Poczajew. Na stacji mamy nieprzyjemny incydent z agresywnym żebrakiem o chyba mocno kryminalnej przeszłości, ale udaje się umknąć bez szkody. Nie znamy Ukrainy, nie wiemy czego się spodziewać, mamy w głowie obraz złożonych z zasłyszanych lub przeczytanych opowieści, stereotypów itp. Ale widok ławry Poczajowskiej odebrał nam dech. To taka ukraińska Częstochowa. Lśniące złotem kopuły, gigantyczny klasztor, pięknie odnowiony, bogactwo, a wokół bieda aż piszczy. Niestety nie mamy czasu na zwiedzanie bo zrobiło się już późno, a plan jest dojechać do Krzemieńca.



Miasto nie zrobiło już takiego wrażenia, a podjazd pod słynne Liceum Krzemienieckie wywoła kolejną serię przekleństw pod moim adresem. Niestety tak samo jak miasteczko, niszczeje też to gigantyczne gmaszysko szkoły w dawnym kolegium jezuickim założonej przez Czackiego i Kołłątaja. Logujemy się w hoteliku nieopodal i idziemy zjeść nasz pierwszy obiad na Ukrainie. Mamy wrażenie, że ewidentnie nas orżnęli na rachunku, ale nieznajomość języka jest pewną przeszkodą. W sumie to się najedliśmy do syta, rachunek to i tak były grosze, ale niesmak pozostał. Nieopodal pocieszyliśmy się za to dobrą kawą i lodami w jakiejś budce.



Środa, 27 czerwca 2018
Wreszcie słońce! Wreszcie ciepło! Wypinamy podpinki i ruszamy na południe. Przeglądając prognozy musimy zweryfikować nasze pierwotne zamierzenia. Na południu cały czas kotłuje się jakiś deszczowy front, który nie chce odpuścić. Mnie ciągnie do Kamieńca Podolskiego i Czerniowce ale patrząc na prognozy nie ma szans. W trasie uciążliwy jest trochę wiatr ale widoki i aura rekompensują tą niedogodność. Pierwszym celem jest Zbaraż.





Spod Zbaraża zawijamy z powrotem na północ do Podkamienia, rewelacyjny monastyr, niesamowicie położony na szczycie Góry Różańcowej. Zwiedzamy kaplice grekokatolicką, boczną nawę będącego w ruinie soboru Dominikanów założonego przez Odrowąża, słuchając opowieści miejscowego kustosza. Z murów warownych klasztoru w oddali migoczą kopuły ławry Poczajowskiej.











Kolejny przystanek to Podhorce. Późno już i wszystko zamknięte ale spotykamy grupę Polaków którzy przekupują miejscowego strażnika i wchodzimy na teren villa castello należący pierwotnie do Stanisława Koniecpolskiego, a później do Rzewuskich. Ja mam skojarzenie z podpoznańskim pałacem Raczyńskich w Rogalinie. Wrażenie to potęguje domykający przestrzeń przed pałacem, a wybudowany na zamówienie Rzewuskiego kościół pw. św. Józefa i Podwyższenia Krzyża Świętego, stanowiący replikę bazyliki turyńskiej. Widok z tarasów pałacu jest przepiękny i w czasach świetności musiało to być niesamowite miejsce, skoro robi wrażenie do dnia dzisiejszego.









Do Oleska dojeżdżamy różnymi dziwnymi, bocznymi drogami. Po drodze zaczyna kropić, jest już późno, wiele nie zobaczymy więc trzeba pomyśleć co dalej.
W sumie docieramy tam na tyle późno że nie bardzo jest już co zwiedzać.


Z racji pogody zamiast na południe odwinęliśmy z powrotem na północ, jednak do Łucka jest chyba za daleko. Chcemy przenocować w Poczajowie, aby móc rano zwiedzić klasztor, a dopiero potem ruszyć w kierunku Świtezi. Niestety cel w nawigacje wbiłem z palucha na mapie i coś poszło nie tak. W okolicach Накваша kieruje nas na boczną drogę przez wioski do celu. Po przejechaniu jakiś 2 km i zaliczeniu kolejnej dziury mój motocykl milknie. Nie wierzę! Jesteśmy w czarnej dupie, bo zaczyna padać. Przed nami majaczą się na horyzoncie jakieś zabudowania.

No nic, w tym kierunku jest trochę z górki, a odległość wydaje się podobna do tej do Nakwaszy. To pcham. Mija nas kilka samochodów, ale to nie Bałkany. Nikt się nie zatrzymał. Mijają nas jakieś chłopaki, pytam o pomoc „a co my pomożemy?” Trochę podkopuje to mój optymizm, że tam gdzie ludzie, tam sobie poradzimy. Anię zaczyna powoli ogarniać panika. Doprowadzam motocykl do pierwszych zabudowań i wołam gospodarza. Dość nieufnie wychodzi kobieta. W sumie trudno jej się dziwić. Jakieś pomarańczowe ufoludki na motocyklach, gadające w obcym języku. Na wschodzie zielone ludziki, tu pomarańczowe, może się czuć niekomfortowo. Pytam czy mogę zostawić motocykl, bo musimy poszukać noclegu i pomocy. Po chwili pojawia się jej mąż i babuszka i zaczyna już być swojsko, przyjaźnie. Wprowadzamy paść na podwórze, przykrywamy czymś nawet, żeby nie rzucał się w oczy.
Na stół wjeżdżają pierogi, pomidory z cebulą i różne inne przysmaki, a gospodarze obdzwaniają wszystkich dookoła szukając jakiegoś ogarniętego mechanika. Sprawę komplikuje fakt, że zaczyna się długi weekend z racji święta niepodległości, więc jak dobrodusznie oznajmił gospodar wszyscy już piją. "Traktor to u nas naprawią, ale motor nie, za nowoczesna maszyna".
Przepakowujemy się na XC i jedziemy do Brodów znaleźć nocleg. Oczywiście leje, a my we dwójkę na tym małym motocyklu z kufrem upchanym po brzegi. Wreszcie znajdujemy nocleg, jesteśmy wykończeni, a w pokoju śmierdzi z kanalizy. Na szczęście jest WIFI więc jesteśmy w kontakcie z Dziadkiem i kombinujemy co dalej. Próbować naprawiać tutaj czy szukać transportu na granicę gdzie Dziadek załatwi jakiś rescue team. W 99% jestem pewien diagnozy niedomagania motocykla. Brakuje mi tylko suchego i czystego miejsca, lutownicy i może paru jeszcze banalnych dupereli.
Czwartek, 28 czerwca 2018
Noc była krótka. Smród i nerwy nie pozwoliły nam pospać za długo. Musimy wypłacić kase w bankomacie, bo z racji święta kantory nieczynne. Wracając do hoteliku spotykamy faceta z busem, jak później się okaże, właściciela hotelu. Proponuje nam transport sprzętu do granicy. Jesteśmy uratowani. W porównaniu do cen polskich, 10 hrywien za km to pikuś. Dołhobyczów jest za 120km a Zosin 180. Wybieramy Zosin bo tam łatwiej będzie Dziadkowi ogarnąć pomoc. Ania jedzie za nami motocyklem a ja busem! Sprawnie pakujemy mojego, zabezpieczamy i ruszamy. W pewnym momencie orientuję się że chyba szyba została na daszku kurnika i Ania wraca znowu do Tetylkowcy. Mogę sobie tylko wyobrazić te gromy jakie na mnie ciskała. Koło 13 jesteśmy na granicy, rozliczamy i żegnamy z dobrodziejem. Po 2h przetaczam się na drugą stronę gdzie od kilku minut czeka już Dziadek.

Zdążyliśmy się tylko przywitać i… DESZCZ!!! Skryliśmy się trochę za zaparkowanym busem i za chwilę znowu wyszło słońce. Zabieramy się za motocykl. Diagnoza się potwierdziła puścił lut na przewodzie pompy paliwa. Niemiecka technika poległa w konfrontacji z ukraińską drogą. Jakaś historyczna analogia? W szczerym polu, tuż za graniczną rogatką, męczymy się próbując wydłubać konektorek z wtyczki, ale bez sukcesu. Koło 16 nadjeżdża pomoc w osobie Andrzeja, który jednym ruchem wyjmuje złączkę. Szybko zarabia nowy konektorek, składamy wszytko do kupy i… motocykl odpala od strzała. Chłopaki proponują żeby mimo wszystko podjechać do Hrubieszowa, to w warunkach warsztatowych Andrzej poprawi tą klamizerkę i samą fabrykę też. Propozycja nie do odrzucenia, tym bardziej że mam świadomość, że inny przewód pompy, w czasie naszych prób wyłuskania został też nieźle wymęczony i za chwilę problem może się powtórzyć. U Andrzeja uzupełniamy płyny, a on, wirtuoz lutownicy zarabia nowe przewody w pompie. Ja przy okazji przykręcam stelaż kufra w XC, bo na dziurach puściła śruba. Wreszcie możemy ruszyć w dalszą podróż. Dziękujemy, serdecznie się żegnamy, Andrzej jeszcze nas kieruje do dobrej restauracji. Mamy już na dzisiaj dość więc korzystamy dobrej ceny na bookingu i nocujemy w hotelu, aby luksusami zrekompensować sobie nerwy ostatnich dni.
Piątek, 29 czerwca 2018
Budzę się już o 6 więc kończę notatki z podróży, układam trasę i pozwalam wyspać się Ani. Idziemy na ekskluzywne sniadanie i pakujemy w drogę. Prognozy nie zachęcają więc uciekając przed deszczem jedziemy na północ wzdłuż granicy drogą 816.






Zatrzymujemy się na chwile w słynnym Janowie Podlaskim, ale jakoś zachwytu u nas nie wzbudza. Ciekawsza jest już rozmowa na parkingu z parką motocyklistów z Moskwy, którzy chcą tu przenocować.







Jedziemy wzdłuż Bugu do Siemiatycz gdzie odbijamy na drogę 690. Na obiedzie w Ciechanowcu myślimy co dalej. Jest już 19 i czas pomyśleć o noclegu. Szukamy czegoś w okolicy Łomży lub Zambrowa. Ania chciałaby nad Ruciane Nida, ale ceny powalają. W końcu znajdujemy jakąś agroturystykę w okolicach Piszu, nad samym jeziorem. Dogaduje szczegóły z właścicielką i umawiam że za 2h będziemy. Niestety w połowie drogi zrywa się silny wiatr i temperatura spada o kilka stopni. Ten ostatni odcinek to dla Ani spore wyzwanie. W końcu docieramy, miejsce jest przeurocze, nie pada, tylko jest zimno.
Sobota, 30 czerwca 2018
Zostanie w Łupkach nad jeziorem jest bez sensu w tych warunkach pogodowych. To może do Gdańska? W mieście jest co robić niezależnie od pogody. Wyznaczam trasę na ile się da z pominięciem głównych traktów i jedziemy. Śniadanie jemy w Ruciane Nida, a potem już droga, droga, droga.
W planach jest jeszcze przeprawa promowa.
Niestety ze względu na warunki pogodowe, a właściwie sztormowe prom nie
pływa. Fakt, cały dzień walczyliśmy z wiatrem. Zmusza nas to do
nadrobienia kilkudziesięciu km i o 20 meldujemy się w hostelu, by za
chwilę iść w miasto.





Szukaliśmy jakiegoś spokojnego miejsca na kolację niestety wszędzie wyświetlają mecze w telewizorach, a my mamy organiczną awersję do klimatów piłkarskich i pewnego sortu kibiców. Wreszcie udaje nam się zasiąść w restauracji Gvara gdzie zamiast jazgotu telewizora gra jakiś zakręcony lokalny grajek.






Niedziela, 01 lipca 2018
Opuszczając hostel, zagaduję białoruskich chłopaków na motocyklach. Chłopaki ambitnie chcą dojechać tego samego dnia do Zakopanego. My za bardzo nie mając pomysłu na kończący się urlop ruszamy w trasę i znowu wybierając boczne drogi kierujemy się na południowy zachód.









Tak więc przez Kościerzynę i Sworne Gacie, mijając drogowskaz na Rz... jedziemy, jedziemy po drodze zakopując się jeszcze w piachu na bezdrożach za Chojnicami. Z krótkim przystankiem w Zlotowie na stacji, szukając obiadu w Czarnkowie, docieramy do... knajpy prowadzonej przez ukrainki niedaleko naszego domu, by w końcu zakosztować kuchni kresowej.








Wtorek, 26 czerwca 2018
Dla odmiany leje! Koło 10 świeci znowu słońce więc ruszamy w kierunku Dołhobycze. Na granicy przed nami 3 samochody. Rozpieszczeni strefą Schengen zapomnieliśmy już co to kontrola na granicy i czekanie na dobry humor pogranicznika. Na szczęście już po 2 godzinach mijamy ostatnią graniczną rogatkę i Ukraino Witaj! Tutaj już nie ma map online-owych, nie ma dostępu do sieci w trasie. Jest OSMAND którego nawigacyjnie słabo ogarniam co kończy się wylądowaniem w miejscowości Sokal. Drogi sa słabo oznakowane, nawierzchnia przypomina poligon po ćwiczeniach artyleryjskich i zaczyna padać. Pod jakimś drzewkiem decydujemy się wdziać kondomki co po chwili opłaciło się.
Z nieba spadła ściana wody. Ania klnie na deszcz, drogę i na mnie. Drogę wybieramy wg stopnia napełnienia dziury wodą. Zalana w miarę płytko, nie do końca zalana, lepiej ominąć bo można wpaść poniżej osi. Niewiele widać ale udaje się dotrzeć do trochę lepszej asfaltówki, a po chwili dojeżdżamy do Czerwonogradu. Tu wydaje się że nawet kropla nie spadła. Jedziemy dalej do Radziejowa po drodze zrzucają przeciwdeszczówki. Wbrew zapewnieniom Dziadka nie możemy znaleźć kantoru. Na stacjach nie wymieniają, w sklepach też nie, w końcu znajdujemy jakiś kantor przy markecie, a przy okazji zamieniamy parę słów z miejscowym.
Dalej jedziemy piękną i równą drogą na Brody, zadającej kłam wszelkim opowieściom o fatalnej infrastrukturze drogowej naszych pobratymców zza wschodniej granicy. Wpadamy nawet na krótki odcinek autostrady, ale zaraz po tankowaniu na stacji uciekamy drogą na Poczajew. Na stacji mamy nieprzyjemny incydent z agresywnym żebrakiem o chyba mocno kryminalnej przeszłości, ale udaje się umknąć bez szkody. Nie znamy Ukrainy, nie wiemy czego się spodziewać, mamy w głowie obraz złożonych z zasłyszanych lub przeczytanych opowieści, stereotypów itp. Ale widok ławry Poczajowskiej odebrał nam dech. To taka ukraińska Częstochowa. Lśniące złotem kopuły, gigantyczny klasztor, pięknie odnowiony, bogactwo, a wokół bieda aż piszczy. Niestety nie mamy czasu na zwiedzanie bo zrobiło się już późno, a plan jest dojechać do Krzemieńca.



Miasto nie zrobiło już takiego wrażenia, a podjazd pod słynne Liceum Krzemienieckie wywoła kolejną serię przekleństw pod moim adresem. Niestety tak samo jak miasteczko, niszczeje też to gigantyczne gmaszysko szkoły w dawnym kolegium jezuickim założonej przez Czackiego i Kołłątaja. Logujemy się w hoteliku nieopodal i idziemy zjeść nasz pierwszy obiad na Ukrainie. Mamy wrażenie, że ewidentnie nas orżnęli na rachunku, ale nieznajomość języka jest pewną przeszkodą. W sumie to się najedliśmy do syta, rachunek to i tak były grosze, ale niesmak pozostał. Nieopodal pocieszyliśmy się za to dobrą kawą i lodami w jakiejś budce.



Środa, 27 czerwca 2018
Wreszcie słońce! Wreszcie ciepło! Wypinamy podpinki i ruszamy na południe. Przeglądając prognozy musimy zweryfikować nasze pierwotne zamierzenia. Na południu cały czas kotłuje się jakiś deszczowy front, który nie chce odpuścić. Mnie ciągnie do Kamieńca Podolskiego i Czerniowce ale patrząc na prognozy nie ma szans. W trasie uciążliwy jest trochę wiatr ale widoki i aura rekompensują tą niedogodność. Pierwszym celem jest Zbaraż.





Spod Zbaraża zawijamy z powrotem na północ do Podkamienia, rewelacyjny monastyr, niesamowicie położony na szczycie Góry Różańcowej. Zwiedzamy kaplice grekokatolicką, boczną nawę będącego w ruinie soboru Dominikanów założonego przez Odrowąża, słuchając opowieści miejscowego kustosza. Z murów warownych klasztoru w oddali migoczą kopuły ławry Poczajowskiej.











Kolejny przystanek to Podhorce. Późno już i wszystko zamknięte ale spotykamy grupę Polaków którzy przekupują miejscowego strażnika i wchodzimy na teren villa castello należący pierwotnie do Stanisława Koniecpolskiego, a później do Rzewuskich. Ja mam skojarzenie z podpoznańskim pałacem Raczyńskich w Rogalinie. Wrażenie to potęguje domykający przestrzeń przed pałacem, a wybudowany na zamówienie Rzewuskiego kościół pw. św. Józefa i Podwyższenia Krzyża Świętego, stanowiący replikę bazyliki turyńskiej. Widok z tarasów pałacu jest przepiękny i w czasach świetności musiało to być niesamowite miejsce, skoro robi wrażenie do dnia dzisiejszego.









Do Oleska dojeżdżamy różnymi dziwnymi, bocznymi drogami. Po drodze zaczyna kropić, jest już późno, wiele nie zobaczymy więc trzeba pomyśleć co dalej.
W sumie docieramy tam na tyle późno że nie bardzo jest już co zwiedzać.


Z racji pogody zamiast na południe odwinęliśmy z powrotem na północ, jednak do Łucka jest chyba za daleko. Chcemy przenocować w Poczajowie, aby móc rano zwiedzić klasztor, a dopiero potem ruszyć w kierunku Świtezi. Niestety cel w nawigacje wbiłem z palucha na mapie i coś poszło nie tak. W okolicach Накваша kieruje nas na boczną drogę przez wioski do celu. Po przejechaniu jakiś 2 km i zaliczeniu kolejnej dziury mój motocykl milknie. Nie wierzę! Jesteśmy w czarnej dupie, bo zaczyna padać. Przed nami majaczą się na horyzoncie jakieś zabudowania.

No nic, w tym kierunku jest trochę z górki, a odległość wydaje się podobna do tej do Nakwaszy. To pcham. Mija nas kilka samochodów, ale to nie Bałkany. Nikt się nie zatrzymał. Mijają nas jakieś chłopaki, pytam o pomoc „a co my pomożemy?” Trochę podkopuje to mój optymizm, że tam gdzie ludzie, tam sobie poradzimy. Anię zaczyna powoli ogarniać panika. Doprowadzam motocykl do pierwszych zabudowań i wołam gospodarza. Dość nieufnie wychodzi kobieta. W sumie trudno jej się dziwić. Jakieś pomarańczowe ufoludki na motocyklach, gadające w obcym języku. Na wschodzie zielone ludziki, tu pomarańczowe, może się czuć niekomfortowo. Pytam czy mogę zostawić motocykl, bo musimy poszukać noclegu i pomocy. Po chwili pojawia się jej mąż i babuszka i zaczyna już być swojsko, przyjaźnie. Wprowadzamy paść na podwórze, przykrywamy czymś nawet, żeby nie rzucał się w oczy.
Na stół wjeżdżają pierogi, pomidory z cebulą i różne inne przysmaki, a gospodarze obdzwaniają wszystkich dookoła szukając jakiegoś ogarniętego mechanika. Sprawę komplikuje fakt, że zaczyna się długi weekend z racji święta niepodległości, więc jak dobrodusznie oznajmił gospodar wszyscy już piją. "Traktor to u nas naprawią, ale motor nie, za nowoczesna maszyna".
Przepakowujemy się na XC i jedziemy do Brodów znaleźć nocleg. Oczywiście leje, a my we dwójkę na tym małym motocyklu z kufrem upchanym po brzegi. Wreszcie znajdujemy nocleg, jesteśmy wykończeni, a w pokoju śmierdzi z kanalizy. Na szczęście jest WIFI więc jesteśmy w kontakcie z Dziadkiem i kombinujemy co dalej. Próbować naprawiać tutaj czy szukać transportu na granicę gdzie Dziadek załatwi jakiś rescue team. W 99% jestem pewien diagnozy niedomagania motocykla. Brakuje mi tylko suchego i czystego miejsca, lutownicy i może paru jeszcze banalnych dupereli.
Czwartek, 28 czerwca 2018
Noc była krótka. Smród i nerwy nie pozwoliły nam pospać za długo. Musimy wypłacić kase w bankomacie, bo z racji święta kantory nieczynne. Wracając do hoteliku spotykamy faceta z busem, jak później się okaże, właściciela hotelu. Proponuje nam transport sprzętu do granicy. Jesteśmy uratowani. W porównaniu do cen polskich, 10 hrywien za km to pikuś. Dołhobyczów jest za 120km a Zosin 180. Wybieramy Zosin bo tam łatwiej będzie Dziadkowi ogarnąć pomoc. Ania jedzie za nami motocyklem a ja busem! Sprawnie pakujemy mojego, zabezpieczamy i ruszamy. W pewnym momencie orientuję się że chyba szyba została na daszku kurnika i Ania wraca znowu do Tetylkowcy. Mogę sobie tylko wyobrazić te gromy jakie na mnie ciskała. Koło 13 jesteśmy na granicy, rozliczamy i żegnamy z dobrodziejem. Po 2h przetaczam się na drugą stronę gdzie od kilku minut czeka już Dziadek.

Zdążyliśmy się tylko przywitać i… DESZCZ!!! Skryliśmy się trochę za zaparkowanym busem i za chwilę znowu wyszło słońce. Zabieramy się za motocykl. Diagnoza się potwierdziła puścił lut na przewodzie pompy paliwa. Niemiecka technika poległa w konfrontacji z ukraińską drogą. Jakaś historyczna analogia? W szczerym polu, tuż za graniczną rogatką, męczymy się próbując wydłubać konektorek z wtyczki, ale bez sukcesu. Koło 16 nadjeżdża pomoc w osobie Andrzeja, który jednym ruchem wyjmuje złączkę. Szybko zarabia nowy konektorek, składamy wszytko do kupy i… motocykl odpala od strzała. Chłopaki proponują żeby mimo wszystko podjechać do Hrubieszowa, to w warunkach warsztatowych Andrzej poprawi tą klamizerkę i samą fabrykę też. Propozycja nie do odrzucenia, tym bardziej że mam świadomość, że inny przewód pompy, w czasie naszych prób wyłuskania został też nieźle wymęczony i za chwilę problem może się powtórzyć. U Andrzeja uzupełniamy płyny, a on, wirtuoz lutownicy zarabia nowe przewody w pompie. Ja przy okazji przykręcam stelaż kufra w XC, bo na dziurach puściła śruba. Wreszcie możemy ruszyć w dalszą podróż. Dziękujemy, serdecznie się żegnamy, Andrzej jeszcze nas kieruje do dobrej restauracji. Mamy już na dzisiaj dość więc korzystamy dobrej ceny na bookingu i nocujemy w hotelu, aby luksusami zrekompensować sobie nerwy ostatnich dni.
Piątek, 29 czerwca 2018
Budzę się już o 6 więc kończę notatki z podróży, układam trasę i pozwalam wyspać się Ani. Idziemy na ekskluzywne sniadanie i pakujemy w drogę. Prognozy nie zachęcają więc uciekając przed deszczem jedziemy na północ wzdłuż granicy drogą 816.






Zatrzymujemy się na chwile w słynnym Janowie Podlaskim, ale jakoś zachwytu u nas nie wzbudza. Ciekawsza jest już rozmowa na parkingu z parką motocyklistów z Moskwy, którzy chcą tu przenocować.







Jedziemy wzdłuż Bugu do Siemiatycz gdzie odbijamy na drogę 690. Na obiedzie w Ciechanowcu myślimy co dalej. Jest już 19 i czas pomyśleć o noclegu. Szukamy czegoś w okolicy Łomży lub Zambrowa. Ania chciałaby nad Ruciane Nida, ale ceny powalają. W końcu znajdujemy jakąś agroturystykę w okolicach Piszu, nad samym jeziorem. Dogaduje szczegóły z właścicielką i umawiam że za 2h będziemy. Niestety w połowie drogi zrywa się silny wiatr i temperatura spada o kilka stopni. Ten ostatni odcinek to dla Ani spore wyzwanie. W końcu docieramy, miejsce jest przeurocze, nie pada, tylko jest zimno.
Sobota, 30 czerwca 2018
Zostanie w Łupkach nad jeziorem jest bez sensu w tych warunkach pogodowych. To może do Gdańska? W mieście jest co robić niezależnie od pogody. Wyznaczam trasę na ile się da z pominięciem głównych traktów i jedziemy. Śniadanie jemy w Ruciane Nida, a potem już droga, droga, droga.
Niestety ze względu na warunki pogodowe, a właściwie sztormowe prom nie
pływa. Fakt, cały dzień walczyliśmy z wiatrem. Zmusza nas to do
nadrobienia kilkudziesięciu km i o 20 meldujemy się w hostelu, by za
chwilę iść w miasto.




Szukaliśmy jakiegoś spokojnego miejsca na kolację niestety wszędzie wyświetlają mecze w telewizorach, a my mamy organiczną awersję do klimatów piłkarskich i pewnego sortu kibiców. Wreszcie udaje nam się zasiąść w restauracji Gvara gdzie zamiast jazgotu telewizora gra jakiś zakręcony lokalny grajek.






Niedziela, 01 lipca 2018
Opuszczając hostel, zagaduję białoruskich chłopaków na motocyklach. Chłopaki ambitnie chcą dojechać tego samego dnia do Zakopanego. My za bardzo nie mając pomysłu na kończący się urlop ruszamy w trasę i znowu wybierając boczne drogi kierujemy się na południowy zachód.









Tak więc przez Kościerzynę i Sworne Gacie, mijając drogowskaz na Rz... jedziemy, jedziemy po drodze zakopując się jeszcze w piachu na bezdrożach za Chojnicami. Z krótkim przystankiem w Zlotowie na stacji, szukając obiadu w Czarnkowie, docieramy do... knajpy prowadzonej przez ukrainki niedaleko naszego domu, by w końcu zakosztować kuchni kresowej.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz