Prolog
Po rocznej przerwie od wolnego, rysuje się realna szansa na urlop. Ponieważ młodzież jest już na tyle stara, że od 2 lat nie jeździ z nami na wakacje pojedziemy, jak ostatnio motocyklem, a może nawet motocyklami. Kierunek południe.
Koncepcje są różne.
Oborniki Śląskie choć są na południu nie wchodzą w rachubę.
Ja optuję za Bałkanami, Ania bardziej za Włochami. Jednak po naszych ostatnich doświadczeniach z wakacjami we Włoszech zwycięża opcja Chorwacja.
Tu znowu trwają targi: ja bardziej Dalmacja, bo ładniej, Ania bardziej Istria, bo bliżej.
Wybieramy, okolice Szybenika, jak się później okaże, to ja wybrałem.
Ponieważ droga przed nami daleka, Ania postanawia się przygotować i skorzystać z kuponu na jazdy szkoleniowe, które jej wykupiłem jakieś 3 lata temu.
No i się zaczyna… na szkolenie dojeżdża w miarę sprawnie, przy pomocy szkoleniowca poznaje kwestie regulacji podstawowych parametrów motocykla i…
W momencie, gdy ma wreszcie ruszyć na plac okazuje się, że kluczyka nie można przekręcić w stacyjce. Z wielkiego, kilkugodzinnego szkolenia większość czasu została poświęcona na odgrzebanie drugiego klucza, który był w domu.
Dodatkowo, na koniec kursu zalicza paciaka i urywa śrubę lusterka, o czym przekona się w drodze powrotnej, 100m przed domem. Na szczęście, w kieszeni mam zapasową, dodatkowo profilaktycznie ściągam z allegro dwie kolejne ;-)
Próbuję przygotować motocykle do trasy: wymieniam im klocki hamulcowe, filtry, oleje, przy okazji w Drakarze, też uszczelniacze pompy wody. Czyszczę olejarki, diagnozuję brak napięcia w gnieździe zapalniczki i znajduję obejście przy pomocy dobrej duszy z forum, obładowuję motocykle różnymi niezbędnymi duperelami, które nie daj boże, mogą się przydać.
Powoli zaczynamy się pakować. Już wiemy, że w sobotę na pewno nie wyruszymy. Ale to nic, nie ma napinki, bo najważniejsze że jedziemy.
Jest sobota wieczór, z zakamarków wyciągamy rzeczy te bardziej i mniej potrzebne. Próbujemy zweryfikować ilość ciuchów jaką da się zapakować w kufry, przypomnieć sobie o czym zapomnieliśmy. Wreszcie o 24 kładziemy się spać.
Niedziela 07/08/2016
Pobudka skoro świt, tj. 8,15 :)
załadunek ostatnich rzeczy na motocykle, śniadanie, ostatnia kawa w domu, tanie tankowanie i w drogę!!! Jest 11,15. Chwilę później urywam uchwyt nawigacji, kolejne 3 chwile później kończy nam się asfalt. Zgodnie podejmujemy decyzję, że trochę za wcześnie na takie ekstrawagancje. Starając się omijać boczne drogi docieramy do Lubiąża, który nas zatrzymuje monumentalnym gmaszyskiem dawnego pocysterskiego klasztoru.
Ogromny, piękny i niestety zniszczony, ale prace konserwatorskie już trwają i powoli odzyskuje świetność ten największy w Polsce zespół klasztorny. Jest to też jeden z największych tego typu obiektów na świecie. Jest prawie trzy razy większy od zamku królewskiego na Wawelu, ponad dwa razy większy od zamku krzyżackiego w Malborku. Przy okazji spotykamy okolicznego gawędziarza i posileni wiedzą ruszamy na popas do Szczawna Zdrój.
Tam obmyślamy dalszy plan podróży. Po ostatnich doświadczeniach z poszukiwaniem noclegu w Czechach wolimy nie ryzykować i rezerwujemy już teraz pokój w Pardubicach. W trakcie jazdy do celu coś mi nie daje spokoju w moim motocyklu. Pojawił się jakiś podejrzany hałas. Sprawdzam hamulce przód i tył, to nie to. Dopiero rano odkrywam, że znowu Scottoiler nie smaruje łańcucha. No cóż, będę smarował codziennie własnoręcznie. Przejechaliśmy 370km.
08/08/2016
Dzień zaczynamy od zwiedzenia Pardubic. To jedno z większych miast w Czechach z ładnym starym rynkiem, podzamczem i odnowionym renesansowym zamkiem, obecnie siedzibą muzeum. Pardubice słyną głównie z najtrudniejszego wyścigu konnego w Europie, Wielkiej Pardubickiej, rozgrywanego każdej jesieni od prawie 150 lat.
Ruszamy w kierunku Znojmo przez Chrudim, z efektownym starym mostem. Niestety pokutuje brak planu. Droga którą się poruszamy jest w remoncie i co rusz trafiamy na zwężenia i ruch wahadłowy. Po krótkim postoju w Znojmo przekraczamy wreszcie granicę CZ-AT.
Chcemy ominąć Wiedeń i drogą nr 19 i kolejnymi coraz bardziej podrzędnymi, kierujemy się na południe. Robi się dość późno, część Gasthofów zamknięta, w innych brak miejsc, jednak wszyscy kierują nas do Mariazell.
Trochę nam to nie po drodze, ale nie mamy innego wyjścia. Ania jest już wykończona drogą i serpentynami w górę i w dół. Lądujemy u stóp wielkiej bazyliki narodzenia NMP. Sanktuarium znajdujące się tutaj jest jednym z najsłynniejszych ośrodków kultu maryjnego w Europie Środkowej i pielgrzymowania. Taka nasza Częstochowa, tylko w mikroskali, bo miasteczko liczy nie więcej niż 4000 mieszkańców.
Jest już za późno żeby coś zjeść na mieście, więc pozostają kanapki z kabanosem.
Padamy w starym skrzypiącym łożu, pod bogato rzeźbionymi belkami.
09/08/2016
O 7 rano budzą mnie dzwony bazyliki. Prognozy nie napawają optymizmem. Ma lać, a nawet zdrowo gnoić. W końcu jesteśmy w Austrii więc musi się to tak skończyć. Nad górą widzianą przez okno, co rusz przewalają się ciemne chmury. Mobilizuje nas to do wczesnego opuszczenia Gasthofu. Ze względu na pogodę decydujemy się na szybkie przemieszczenie na południe, w kierunku Słowenii. O dziwo nie spada ani kropla deszczu a nawet wychodzi słońce, które prowadzi nas przez całą drogę. Na początku znowu alpejskie serpentyny, w dodatku o tej porze dnia zatłoczone, co jest dodatkowym źródłem stresu dla Ani.
W końcu wypadamy na S-ki i tniemy przez, a właściwie pod, Grazem do Mariboru. Tam znowu opuszczamy dwupasmówki i bocznymi drogami kierujemy się do Zagrzebia. Zanim dojedziemy do celu mam zderzenie z osą lub innym żądlącym robactwem. Mój organizm na szczęście jest odporny na takie przypadki. Krążymy po Zagrzebiu, gdzie żar leje się z nieba szukając noclegu. Pierwszy okazuje się totalnym nieporozumieniem. Na wakacje z duchami nie jesteśmy przygotowani. Drugi miał być w centrum, okazuje się dobre ponad pół godziny spaceru od Placu Europy. Ania zmęczona, głodna i zła. Po szybkim prysznicu ruszamy na miasto. Pod katedrą zajadamy się wreszcie ćevapi i kalmarami. Ania poprawia sobie nastrój lampką wina i jest już lepiej. Po zjedzeniu lodów jest już całkiem dobrze.
10/08/2016
Odradzam Ani jazdę przez góry, bo chcielibyśmy o rozsądnej porze być u celu i zacząć szukać miejscówki. Na autostradę wbijamy się dopiero w okolicach Josipdolu. Tym arzem pogoda nie sprzyja. Jest około 17st. C, mży. Po godzinie monotonnej jazdy Ania ma pierwszy kryzys. Czwarty dzień w siodle, wymagająca droga to sporo. Postanawiamy robić przystanki co ok. 50km. Docieramy do Jadrija, Ania pilnuje motocykli ja ruszam na rekonesans. Niestety mało tu apartamentów na wynajem. To dziura w której stoją letnie domki mieszkańców Szybenika, Zagrzebia czy Splitu. Jest tu jeden sklep, jeden sensowny lokal, okropna plaża miejska, kiosk i trzy kafejki przy plaży. W pomoc angażuje się też Sławek z żoną, napotkani Polacy, mający w rodzinie miejscowego Chorwata. Niestety też bezskutecznie. W końcu udaje mi się znaleźć cokolwiek. Jest źle, do morza 100m, nie widać go, a pokój jest ciemny. Na razie jest nam jednak wszystko jedno. Później okaże się że gościnność gospodarzy zrekompensuje niedociągnięcia i braki tego miejsca.
11/08/2016
Z gór wieje Bora co powoduje że upał nie jest uciążliwy, a woda w morzu zimna. Jesteśmy niepocieszeni, w Chorwacji byliśmy tyle razy, a tak zimnej wody nie pamiętamy. Próbuję wypożyczyć windsurfing, ale nie ma takiej możliwości gdy wieje Bora. Trochę to bez sensu bo wieje tylko wtedy.
Spędzamy część dnia na plaży, a popołudniu płyniemy do Szybenika, powłóczyć się po stary mieście.
ktoś musi mieć bardzo małego
12/08/2016
Dzień tradycyjnie zaczynamy wycieczką do sklepu i kawą przy plaży. Podejmujemy kolejna próbę kąpieli w morzu ale temperatura wody nadal zniechęca. Po południu wybieramy się na wycieczkę na wyspę Murter. Tam wreszcie udaje się skorzystać z wód Adriatyku.
ten kolor wody zawsze mnie rozwala
Przy plaży jemy pyszne i olbrzymie kalmary z grila.
Wieczorem w Jadriji rozkłada się scena, gdzie lokalne zespoły folklorystyczne dają popis swych możliwości.
13/08/2016
Mieliśmy jechać do Rogoźnicy, ale prognozy mówią, że tam wieje. Wybieramy kierunek przeciwny do Pakostane.
Droga wzdłuż wybrzeża jest tak urokliwa, że zachwyca mnie kolejny raz. Ania strzela fotki a my pędzimy do miejsca, w którym zakochaliśmy się w Chorwacji.
Chwilę krążymy po miasteczku, wreszcie parkujemy i idziemy na plażę. Ale najpierw lody w naszej ulubionej pizzeri. I tu spotyka nas niemiła niespodzianka, pozwalamy się w głupi sposób okraść. Psuje nam to trochę radość z pobytu w tym miejscu, ale niektóre błędy bywają kosztowne.
Idziemy plażować, kąpać się i napawać oczy widokami, Tradycyjnie kończymy obiadem, czyli co? Kalmary!!!
14/08/2016
Dzisiejszy plan to Rogoźnica – jedziemy na sam koniec, na urokliwą wysepkę. Wreszcie są skałki, z których można poskakać, kolor wody i jej temperatura wymiata. W samym miasteczku nie decydujemy się na obiad, bo nic nas nie zachwyciło a ceny ok. 30% wyższe niż dotychczas mieliśmy okazję.
15/08/2016
Plan był wodospady Krka, ale nie wyszedł i znów pojechaliśmy do Rogoźnicy. Wracając zahaczyliśmy o Primosten. Urokliwe miasteczko usytuowane na wyspie. Trochę tłoczno i drogo, ale to wakacje więc zaszaleliśmy i zjedliśmy obiad. Jak mawia Ania "kiedyś się odrobi."
A co nas najbardziej zaskoczyło w Primosten? Grupka młodych Węgrów, która jak zobaczyła naszą rejestrację wykrzyczała łamaną polszczyzną
"Polak Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki" :-)
16/08/2016
jeszcze raz jedziemy na Murter. Tym razem szukamy plaży z innej strony. Jest pusto i super. Syty obiad jemy w znanej nam już konobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz